Próba

/fragment 3. części opowiadania „czasem warto”/

PRÓBA, czyli te(k)st na zaliczeniepobierz-pdf

– „Próba”? „Próba” to najlepszy tekst sensacyjny jaki kiedykolwiek powstał…

– Aha…

– Serio… Powstała na zajęciach z kreatywnego pisania.  Tam dostajesz takie zadanie: „napisz rozdział mając kilka postaci i wątek przewodni”, i później kolejny rozdział i kolejny. I tak powstała. Ok, może nie jest tekstem zbyt głębokim, bo z złożenia miała być utworem sensacyjnym i prostym… i pewnie jest w niej wiele nieścisłości czy niedopowiedzeń, ale to właśnie sprawia, że jej klimat jest tak niesamowity… I daje tak dużą dowolność czytelnikom/czytelniczkom domyślenia sobie tego co niedopowiedziane. Bo i opisy osób i ich otoczenia ograniczone są tutaj do minimum. Umysł czytającego może sobie wytworzyć takich bohaterów i taką scenerię na jaką będzie miał ochotę. Więc tak gwoli prawdy, to jeśli Ci się ta „Próba” nie spodoba, to świadczy tylko o Tobie.

– Aha…

– E… Bo Ty się nie znasz na sensacji…

– Aha…

okladka-p

Rozdział 1. Pierwszy poranek
A więc jednak… Doczekałem się kolejnego dnia
Dnia, którego wcale nie oczekiwałem z zapartym tchem. Dnia, który nadchodzi po nocy ponieważ noc staje się zbyt piękna i natura dla zachowania równowagi zsyła swoim dzieciom odmienny stan śmiertelności.

Kiedy wczoraj kładłem się spać… a może to już było dzisiaj? marzyłem, żeby tylko jakiś bóg zesłał mi przyjemny sen, bo znudziły mi się już te koszmary. I tym razem jeden z bogów najwyraźniej wysłuchał moich modłów (i przynajmniej na moment wysłał mnie na zasłużone wakacje w krainie chwilowej szczęśliwości). Żebym jeszcze tylko mógł się dowiedzieć, który z nich był dla mnie tak łaskawy, który się wreszcie zlitował… Natychmiast wtedy zrezygnowałbym ze składania ofiar innym i zostałbym najbardziej zagorzałym jego wielbicielem i wyznawcą. Ale obawiam się, że odpowiedź tak sama z siebie się nie nasunie. Przecież już tyle razy składałem im wszystkim ofiarę i żaden nie chciał nawet na mnie spojrzeć, a tu nagle taka odmiana. Ciekaw jestem co skłoniło któregoś z nich do okazania mi swojej łaski. Nie wiem do kogo mam skierować te słowa, ale „dziękuję”… A może to kwestia odpowiedniego połączenia? Może nie wystarczy się modlić do jednego lub dwóch, a należy do co najmniej trzech na raz? To może być to. Tylko przypomnieć sobie kogo błagałem wczoraj…

Już wiem. Wczoraj modliłem się do czterech…pięciu, swoją drogą muszę przyznać, że zawsze ich lubiłem. To byli bogowie … wina, wódki, LSD, marihuany i grzybków halucynogennych. Czy to możliwe, że nigdy wcześniej nie modliłem się do nich wszystkich na raz? A może modliłem się zazwyczaj do większej ilości? No cóż, dziś będę musiał spróbować od nowa.

Szczerze mówiąc, to wszystko zaczyna mnie już trochę męczyć. Pamiętam czasy kiedy mój mózg był w stanie obliczyć jakąś cholernie głupią całkę, podczas gdy ja zabawiałem się klawiaturą mojego starego maca, a dziś… Jak się nie nawalę z samego rana nie jestem w stanie napisać durnego programu bankowego. Czuję, że już niedługo odstawią mnie na boczny tor i zapomną, tak jak o największych hackerach poprzedniego stulecia. Wiem, że zapewne nie dorastam im nawet do pięt, ale lubię myśleć, że byłem kiedyś jednym z nich – tych najlepszych. Z łezką w oku wspominam czasy, kiedy razem z kumplami dla hecy robiliśmy włam do serwera Banku Narodowego. Ja zazwyczaj pilnowałem tyłów – mówili, że jestem jeszcze za młody na akcję… Ale to nieprawda – byłem w stanie, gdyby mi tylko dali szansę… A dziś – oni są specami od zabezpieczeń w jakichś zagranicznych firmach, a ja robię w C-Formie i upijam się po pracy, żeby nie myśleć o straconych marzeniach. Mieliśmy kiedyś włamać się do Pentagonu, ale dałem ciała. Przez tą cholerną imprezę u Beaty… Zresztą, ja zawsze odstawałem od grupy. Kiedy oni siedzieli w domu i uczyli się łamać najnowsze bezpieki, ja wolałem coś zarzucić i imprezować całą noc – to było takie cool. I na co mi przyszło?

Chciałbym teraz cofnąć czas, ale wiem, że to jest niemożliwe. Przestałem wierzyć w bajki… Kiedyś obiecywaliśmy sobie, że się nigdy nie rozstaniemy, że założymy wspólną firmę i będziemy zarabiać kupę szmalu, ale później jakoś się to wszystko rozeszło. Szprycę po szkole wzięli do woja (rodzinna tradycja) i kiedy wrócił to był już inny chłopak- miał dziewczynę, która zresztą była w czwartym miesiącu ciąży. Musiał zacząć zarabiać na siebie i na swoje dziewczyny – tą dużą, i tą małą, która w momencie, w którym się o niej dowiedzieliśmy nie mogła mieć więcej jak dwadzieścia centymetrów.

Jajko zaraz po studiach wyjechał za granicę, do wielkiej firmy w Niemczech, którą mu nagrali rodzice – przez jakiś znajomych, jak się później okazało to faktycznie był strzał w dziesiątkę. Jajko jeździ dzisiaj mercedesem, zarabia kilkaset tysięcy euro rocznie i żyje jak król.

Evan, mały Evan założył rzeczywiście własną firmę, nawet chciał mnie do niej wciągnąć, ale ja byłem zbyt dumny. Przecież ten gostek był jeszcze słabszy ode mnie. Nie mogłem u niego pracować. Dzisiaj trochę żałuję, bo pewnie teraz stać by mnie było na posłanie dzieci do szkoły gdybym je miał i trochę by jeszcze zostało na wakacje na jakiejś słonecznej wysepce gdzieś na środku Atlantyku czy Morza Śródziemnego. Ale niestety, jak to mówił papa – co się stało to się nie odstanie. Trudno.

A ja? Wciąż żyję sam – przynajmniej od poniedziałku do czwartku, bo w weekend mam ze trzy panienki, jednak każda po bliższym poznaniu traci cały czar i powab, który zyskała tańcząc ze mną w ekstatycznym szale. Ale przecież nie wolno się nam uskarżać, przecież żyjemy.

Co ja im powiem jak się spotkamy, prawdę? Chyba nie będę w stanie, taki byłem kiedyś dumny. Kłamstwo? Własnym, najlepszym kumplom? Jeżeli już kumplom nie będę mógł zaufać – któż mi pozostanie. Więc jednak prawdę, ale to będzie boleć. Chyba, że znowu będę na haju. Ale tego mi nie wolno zrobić, nie mogę im od razu pokazać całego mojego rynsztoka. Muszę się jakoś przemóc. Tylko jak?

Nie ważne, przynajmniej na razie. Trzeba iść do pracy, bo nawet tę nędzną posadę stracę… A jak bym tak coś zrobił? Przecież jeszcze nie jestem takim znowu wapniakiem. Jakiś włam… Ale poważny, to nie może być jakieś proste tete-a-tete z fiskusem, tylko coś grubszego. Jezu przecież musi być jakiś sposób…

Cholera… nie … Nie mogę już…

Do pracy. Tam odpocznę…

***

  • Zając! Do szefa!

  • Idę.

Nie cierpię go.

  • Tak szefie?

  • Zając, słuchaj, wiesz że Cię lubię, ale Twoje ostatnie poczynania sprawiły, że firma straciła kilkadziesiąt tysięcy, nie mówiąc już o zszarganej reputacji…

  • Wiem szefie, to się już więcej nie powtórzy.

  • Niestety masz rację, choć chyba wolałbyś jej nie mieć. Dostałem pismo od przełożonych, w którym domagają się jakiegoś kozła ofiarnego… Naprawdę przykro mi, że to ja Ci to muszę powiedzieć, ale to Ty masz zostać tym kozłem. Tutaj jest Twoje zwolnienie z pracy. Dostaniesz oczywiście trzymiesięczną odprawę co na jakiś czas powinno Ci pomóc przetrwać i mam nadzieję, że gdzie indziej będzie Ci się lepiej pracowało. Pamiętam jak kilka lat temu podziwiałem Twoje wyczyny. Wierzę, że jeszcze Cię na coś takiego stać. Powodzenia.

***

Tak… A ja myślałem, że mnie nie cierpi. Cholera. Straciłem pracę. Trzymiesięczne wynagrodzenie.

Lepiej mi się było dzisiaj nie budzić – taki przyjemny sen. Dobra. Trzeba się wziąć w garść, chłopaki przyjeżdżają za dwa tygodnie, zaraz a może nie. Trzydziesty? Którego będzie trzydziesty? Jasne – trzydziestego, ale który jest dzisiaj?

  • Przepraszam pana, mógłby mi pan powiedzieć którego dzisiaj mamy?

  • Dwudziestego piątego.

O cholera, to by oznaczało, że będą tu w niedzielę. Jezu cóż ja mogę wymyślić do tego czasu. To musi być coś extra. Nie, dzisiaj tego nie wymyślę. Zresztą to nie ważne, przynajmniej na razie. Na razie trzeba zapomnieć, odlecieć. Teraz tylko zapomnieć.

Próba – Rozdział 2