Wielki Tydzień, czyli Rekolekcje księdza Jacka

/fragment 3. części opowiadania „czasem warto”/

Wielki Poniedziałek: Bóg ma poczucie humoru


Reporterka:
Rozmawialiśmy już o tym chwilę, ale chciałam tak jeszcze nawiązać do tego co tworzyłeś o Bogu. On się bardzo często pojawia w Twojej sztuce. I jest taki cały cykl obrazów o którym jeszcze nie mówiłeś: „Wielki Tydzień, czyli Rekolekcje księdza Jacka”.

Artysta:
Tak, Chętnie o nim opowiem. Rekolekcje to seria wieloraka i ona jest swego rodzaju całością, którą warto oglądać od początku do końca… „Bóg ma poczucie humoru” to pierwszy obraz z tej serii…

„Bóg ma poczucie humoru. No, nie ma wyjścia…” – tak swoje rekolekcje zaczynał zazwyczaj ksiądz Jacek.
„Pewnie, może kiedyś poczucia humoru nie miał, ale w pewnym momencie wszystko się zmieniło. Wiecie kiedy?” – I Ci z nas, którzy już wcześniej słyszeli tę opowieść, odpowiadali sobie w głowie na jego pytanie. A reszta słuchała z zapartym tchem…
„No właśnie…” – kontynuował, jakby słyszał nasze myśli – „jak mu się Syn urodził. Jak mu się Syn urodził, to chociaż On sam się nim nie opiekował tak fizycznie, to jednak widział jak ten malec się rozwija, jak uczy się chodzić, jak biega z kolegami i koleżankami z osiedla to tu to tam, jak się czasem umorusa w błocie, jak żartuje z matką i przybranym ojcem, jak robi psikusy z okazji starożytnego Prima Aprilisa… I, bez dwóch zdań, musiał Bóg wtedy pojąć czym jest poczucie humoru, nawet jeśli wcześniej nie miał o nim zielonego pojęcia. I musiał się czasami śmiać do rozpuku jak widział co ten mały urwis – Jezus – wyczynia. A nawet jeśli ten Bóg w Niebie nie śmiał się kiedy śmiał się Jezus na Ziemi, to przecież Jezus na Ziemi, to też Bóg, czyli – ergo – Bóg się śmiał… Bóg ma poczucie humoru…
Dlatego, pamiętajcie – jeżeli ktokolwiek przedstawia Wam Boga jako smutnego starca, który tylko nakazuje i zakazuje, to wytłumaczcie mu, że to nie tak… Wytłumaczcie, że Bóg jest osobą, która dobrze poznała czym jest dobra zabawa, czym jest śmiech z kolegami i koleżankami na podwórku, czym są wspólne wypady nad rzekę i zabawy w skakanie do tejże, czym jest gra w „starożytne klasy”, czymkolwiek by one nie były. Bóg to wszystko wie. I takim Go warto widzieć, bo to jest prawdziwe oblicze Boga – Bóg radosny…
A ponieważ nasz Bóg jest Bogiem radosnym i my powinniśmy być radośni, dlatego – żartujcie, śmiejcie się, uśmiechajcie się do siebie kiedy się tylko da, bo warto, no i też po to, żeby Bóg mógł się znowu pośmiać, bo teraz jak Jezus już dorósł to i pewnie (tak jak Ci inni dorośli) trochę mniej żartuje, trochę mniej morusa się w błocie, trochę mniej psikusów robi z okazji Prima Aprilisa… No, chyba że o czymś nie wiem…
W każdym razie, pamiętajcie o tym poczuciu humoru… Uśmiechajcie się do siebie i do Boga…”

I tak to się zaczynało.

Reporterka:
To musiały być naprawdę fajne rekolekcje. Powiedz w takim razie o kolejnych obrazach… „Bóg dorasta i zmienia poglądy”?

Wielki Wtorek: Bóg dorasta i zmienia poglądy

Artysta:
Tak… Kolejne kazanie było zazwyczaj właśnie o dorastaniu Boga…

„Bóg dorasta i czasem zmienia poglądy. Serio.
Może się Wam to wydawać dziwne, ale tak po prostu jest. Dlaczego? Bo Bóg urodził się jako Jezus, mały chłopczyk, który nie potrafił ani samodzielnie chodzić, ani mówić, jedyne co potrafił to jeść i robić…” – wyobraź sobie jakie emocje wzbudzały w nas te rekolekcje. No przecież nikt wcześniej się nad tym nie zastanawiał, ale to miało sens. Bóg nie umiał chodzić, czytać, pisać…
„No i nie ma szans, żeby Bóg tych swoich poglądów nie zmieniał. Jak miał ze sześć lat, to pewnie chciał zostać „starożytnym pilotem”, albo strażakiem, jak część z Was w tym wieku. Ale jak trochę podrósł to pewnie mu się zmieniło. I tak to widzenie świata mu się musiało zmieniać przez ponad 30 lat. No bo przecież nie mógł w wieku 30 lat ciągle myśleć w taki sposób jak myślał gdy był w tych pieluchach, które, możecie mi wierzyć, nie zawsze pachniały fiołkami.
I skoro Bóg dorasta i zmienia poglądy, to pamiętajcie, że i Wam się to może przytrafić. Nie bójcie się tego. Nie bójcie się mieć marzeń o zostaniu pilotami/pilotkami, książętami/księżniczkami. Nie ma w tym nic złego. I nie bójcie się i nie przejmujcie tym, że za kilka lat Wasze widzenie świata może się zmienić, jak zaczniecie chodzić bez pieluch (to do tych, którzy jeszcze noszą pieluszki), jak zaczniecie chodzić do szkoły średniej, na studia, jak pójdziecie do pracy. Wasze poglądy, Wasze marzenia, Wasze widzenie świata będzie się zmieniało i to jest naturalne. I to jest piękne…”

Reporterka:
No proszę, ja też się nad tym nie zastanawiałam. I powiem Ci, że teraz trochę inaczej odbieram ten obraz niż przy pierwszym jego zobaczeniu. Ha, to chyba i ja dorastam. Podobają mi się te kazania.

 

Wielka Środa: Bóg nie zabronił używania prezerwatyw

Artysta:

No ba… Słuchaj dalej…

Kazania wielkośrodowe ująłem w obrazie „Bóg nie zabronił używania prezerwatyw”

„Bóg nigdy nie zabronił używania prezerwatyw.” – te rekolekcje były już zdecydowanie skierowane do starszych nastolatków, pełnoletnich (aha, tylko jak będziesz to redagowała, to żeby nie było, że ksiądz przekraczał jakieś granice, których nie powinien był, bo tego nie robił, pewnych granic nie przekraczał)… – „Wiecie czemu?” – nie wiedzieliśmy… „Bo jak chodził po Ziemi… to prezerwatyw po prostu nikt nie używał… no, a przynajmniej nie w tym celu, w którym teraz się je stosuje…”

„Ale jednocześnie Bóg, Jezus, jako mężczyzna sam też wiedział co to znaczy… być mężczyzną…” – wyobraź sobie jakie mieliśmy wtedy miny, część czerwona jak buraki, reszta z szelmowskim uśmiechem, dziewczyny, chłopaki, patrzyliśmy po sobie i uszom nie wierzyliśmy, ale ksiądz… A on kontynuował… – „To znaczy, chyba wiedział. Tak na chłopski rozum, bo to zdrowy facet był, to raczej wiedział. Więc nawet jak nie zabraniał używania prezerwatyw, to pewnie gdybyście mu taką pokazali, to by wiedział mniej więcej do czego to służy.” – reakcja sali… a zresztą… – „I kto wie, może by i zabronił ich używania, ale jednak nie zabronił. A do dziewczyn pewnie go też ciągnęło, bo tak to już jest, że od zawsze mężczyzn do kobiet ciągnęło (i na odwrót), bo gdyby nie ciągnęło, to by nas tu nie było. I pewnie, że nie zawsze, nie wszystkich ciągnie, ale to już insza inszość.

Ale wracając do tych prezerwatyw. To jednak wiecie. Tak właściwie, to nie o prezerwatywach Wam tu chciałem mówić, ale o miłości, tylko pewnie gdybym zaczął, że o miłości, to byście się tak nie wsłuchiwali jak teraz (choć może się nie znam). Więc skoro już, widzę, że wszyscy tak uważnie słuchacie, to słuchajcie dalej… Bo widzicie… pewnie i Was tu ciągnie jednych do drugich, za ręce się trzymacie i myśli pewnie macie różne takie… żywiołowe to nazwijmy… To jednak, wiecie. Zanim pozwolicie żywiołowi, żeby przejął kontrolę nad resztą Waszego ciała, pomyślcie – co Jezus powiedziałby gdyby Was teraz zobaczył, pochwaliłby czy pokiwałby palcem?

Miłość to wielka rzecz, ale z miłością to trzeba delikatnie. Serio serio.

I o ile mogę sobie wyobrazić, że uprawiacie tutaj seks z prezerwatywami, to jednak nie wyobrażam sobie, żebyście się „w prezerwatywach miłowali/kochali”.

Bo nie da się kochać drugiego człowieka tak na pół gwizdka, tak w „prezerwatywie” właśnie. Że niby Cię kocham, ale tak z zabezpieczeniem. Miłość to uczucie bez prezerwatywy, bez zabezpieczeń… I dlatego jest jednocześnie tak niebezpieczna i tak energetyzująca. Miłość to skok nad przepaścią w ramiona ukochanej osoby bez zabezpieczenia – z wiarą, że ta ukochana osoba Was złapie po tej drugiej stronie, bo jak nie, to czeka na Was ta przepaść.

Dlatego: bądźcie uważni w miłości, uważni na swojego partnera, swoją partnerkę.

Tak więc…, Bóg nie zabronił używania „emocjonalnych prezerwatyw”, ale jeżeli jesteście zwolennikami tych „emocjonalnych prezerwatyw”, poinformujcie o tym tę drugą osobę, która skacze bez zabezpieczeń i wierzy, że Wy tam będziecie w pełni wierzący i gotowi do miłości bez wstrzymywania się. Jeżeli wstrzymujecie się w miłości, jeżeli zakładacie na swoje uczucia tę „emocjonalną prezerwatywę” i kochacie się, ale tak bezpiecznie, że jakby co, to „prezerwatywę” ściągniecie i powiecie sobie „to na razie”, to nie będziecie w stanie w pełni poznać czym jest ta bezgraniczna miłość, w której pomiędzy Wami a tą drugą osobą nie ma już żadnej granicy – ta miłość, z której zrodzić się może nowe życie, za które Wy będziecie odpowiedzialni – Wasze wspólne życie.

Dlatego, bądźcie uważni w miłości.

Dlatego, jeżeli nie jesteście pewni, jeżeli czujecie, że wolelibyście założyć tę „emocjonalną prezerwatywę” na Waszą miłość do partnera/partnerki, porozmawiajcie o tym, spróbujcie zrozumieć wspólnie z czego to wynika i co z tym zrobić.

No i kochajcie się, bo warto…

Aha, tylko jeszcze jedno… Uważajcie, żeby ta Wasza miłość to nie była jakaś brazylijska telenowela…, choć Bóg takie lubi… Musi chyba…

Naprawdę, mówię Wam, Bóg musi uwielbiać te telenowele…

Bo czy Wy sobie wyobrażacie jakie tam w tym Niebie musi być czasami zamieszanie? No wyobraźcie sobie, że Bóg, Jezus i Maria patrzą na to co dzieje się na Ziemi, na to nasze kazanie o używaniu prezerwatyw i jak nagle Maria nie zakrzyknie…

– Boże mój… co ten ksiądz mówi… – Maria (matka Boga, córka Boga).

– Jezusie Nazarejski, cóż to ma znaczyć! – wykrzykuje Bóg (Ojciec Jezusa, Ojciec wszystkich ludzi, w tym Marii).

– O co chodzi Tato? – w te pędy odzywa się Jezus (Bóg, syn Boga, syn Marii).

– O, Matko Boska! Nie nazywaj mnie Tatą. – odpowiada Bóg.

– Ale przecież ja Cię tak nie nazywam Ojcze. – włącza się do rozmowy Maria.

– Nie Ty. Jezus. – Bóg.

– Synu… – Maria (córka Boga, matka Boga).

– Tak mamo… – Jezus (Bóg – ojciec Marii, syn Marii)

– Pomódlmy się: Ojcze Nasz, któryś jest w Niebie.

– Zdrowaś Mario, Matko Boska?…

Czyli jakbyśmy to chcieli podsumować to wychodzi nam, że…:

Bóg jest „ojcem” Marii. Maria jest „córką” Boga i matką Jego dziecka… Maria jest więc jednocześnie matką Boga. A Bóg jest ojcem Jezusa, czyli Boga, czyli Siebie samego. No i Jezus jest jednocześnie synem Marii, synem Boga i Bogiem, czyli „ojcem” Marii…

No widzicie jaka telenowela. Bóg to musi uwielbiać i śmiać się czasem do rozpuku z tego wszystkiego.

Tak więc, wracając, pamiętajcie co Wam o tych prezerwatywach mówiłem. I… do seksu Was namawiał nie będę, ale jak się kochacie – kochajcie się bez tych „emocjonalnych prezerwatyw”. Takiej miłości Wam życzę.”

Reporterka:

No, coraz lepiej…

Artysta:

Oj tak. Ale nie wszystkie rekolekcje były aż tak radosne… W końcu nadchodziły też te trudniejsze…

Wielki Czwartek: Nie można kochać Boga i nienawidzić bliźniego

Artysta:
Ksiądz Jacek mówił nam też o nienawiści i o Szatanie…

„Słuchajcie, muszę Was na coś uczulić… Kiedy słyszycie, że ktoś mówi (bez względu na to kim ta osoba jest), że należy… wszystkich Muzułmanów, Żydów, Buddystów, Hinduistów, innych Chrześcijan, homoseksualistów, heteroseksualistów, „lewaków”, „prawaków”, ludzi o innych poglądach, wyznawców innych religii i tak dalej… nienawidzić, to wiedzcie, że przez takiego człowieka, który to mówi nie przemawia Bóg, tylko szatan.
To szatan podpowiada tę nienawiść do innych ludzi, do tych samych ludzi, których Bóg naucza, aby kochać. Nie da się bowiem jednocześnie kochać Boga i nienawidzić innych ludzi. To tak nie działa.
I mówię Wam, nie bójcie się dawać świadectwa swojej wiary… Nie bójcie się powiedzieć takiemu człowiekowi, który w jednym zdaniu jest w stanie powiedzieć, że należy kochać Boga i nienawidzić bliźniego, nie bójcie się powiedzieć takiemu człowiekowi, że zbłądził. Bo zbłądził… i to bardzo.
Choć… jedna kwestia…
Może jeżeli akurat jesteście w jakiejś ciemnej uliczce sam na sam z tymi błądzącymi i tych błądzących jest cała masa, to pamiętajcie też, że czasami lepiej odczekać (z tym mówieniem) na odpowiedni moment. I nie chodzi o to, żebym zachęcał Was do odwracania wzroku, zasłaniania uszu czy zamykania ust, mówię Wam jedynie, żebyście mądrze wybierali kiedy Wasze słowa najlepiej mogą pomóc światu. Oczywiście, dawanie świadectwa w trudnych chwilach jest szlachetne, ale jeszcze szlachetniejsze jest rozsądne dawanie świadectwa nie tylko po to, aby dać świadectwo, ale przede wszystkim aby pomóc całemu światu, czyli także tym błądzącym. To jest prawdziwe wyzwanie.”

Reporterka:
To było rzeczywiście poważniejsze. Głębokie. Trudne.

Artysta:
No, a były jeszcze trudniejsze… i do przełknięcia i do zrozumienia…

Wielki Piątek: Nie można być dobrym chrześcijaninem i zwolennikiem kary śmierci

Artysta:
„Słuchajcie…” – mówił ksiądz Jacek…
„Jak wiecie, Chrystus został skazany na śmierć i umarł na krzyżu razem z dwoma innymi ludźmi także na tą śmierć skazanymi. Pamiętajcie o tym kierując się swoimi poglądami w życiu w kwestiach karania ludzi, a w szczególności w kwestii kary śmierci…
To o czym chciałbym Wam dziś powiedzieć może nie być łatwe, dlatego chciałbym, abyście uważnie się nad tym zastanowili i to nie raz, a wielokrotnie, aż w końcu zdobędziecie własne rozumienie tego tematu, to ważne…

Nie można być dobrym chrześcijaninem i zwolennikiem kary śmierci.

I to bez względu na to czy Ci ludzie zabili Twojego Ojca, zgwałcili Twojego Brata czy okradli Twojego Syna.
Chrześcijaństwo to religia miłości.
Chrześcijaństwo to religia wybaczania.
Tego uczy nas Bóg.
Bez względu na wszystko, nadstaw drugi policzek, wybacz.
I tu pewnie niektórym z Was pojawi się pytanie – czy warto w takim razie być chrześcijaninem.
Według mnie – tak, warto.

Kochani, Bóg uczy nas, że wszyscy ludzie na Ziemi są wartościowi i my, jako chrześcijanie, powinniśmy ich kochać. I powinniśmy im wybaczać nawet jeśli zbłądzą.

Tak jak Jezus wybaczył Judaszowi, tak jak Jezus wybaczył swoim oprawcom i tak jak wybacza nam nasze grzechy, tak i my powinniśmy wybaczać innym.

Bóg nie uczy nas, żebyśmy krzywdzili innych w imię błędnie pojętej sprawiedliwości, Bóg uczy nas byśmy im wybaczali.

I ja wiem, że to trudne, ale Bóg nie mówił, że to będzie proste. Dla Niego śmierć na krzyżu też nie była prosta, ale pomimo tego – wybaczył. I my powinniśmy wybaczać.

Ale…

Choć powiedziałem Wam, że nie można być dobrym chrześcijaninem i zwolennikiem kary śmierci, to jednak wiedzcie, że Bóg zostawił nam furtkę na trudne chwile.

Bo widzicie, tak jak też Wam mówiłem, Bóg nam wybacza i Bóg uczy nas, abyśmy wybaczali.

I Bóg uczy nas, abyśmy nie tylko wybaczyli oprawcom tego co nam uczynili złego, ale Bóg uczy nas też, abyśmy wybaczali samym sobie jeżeli do owych oprawców poczujemy nienawiść, jeżeli poczujemy chęć zemsty.

Dlatego, jeżeli ktoś z Was kiedyś znajdzie się w tak trudnej sytuacji, choć mam nadzieję, że się to nie zdarzy, w której zostanie skrzywdzony i poczuje „niechrześcijańskie” uczucia do swoich oprawców, pogódźcie się z tym. Ludzkim bowiem jest posiadanie i takich emocji/uczuć. I wybaczcie sobie te emocje/uczucia. I kiedy będziecie już gotowi, wybaczcie też swoim oprawcom to co Wam uczynili.

I teraz, choć mogłoby się wydawać, że skoro Bóg tak wszystkim wybacza, to przecież nie ma sensu stosować się do tych Jego przykazań, skoro i tak i On i ludzie powinni nam wybaczyć, to jednak nie jest tak do końca.

Bóg wybacza i uczy wybaczania, ale przede wszystkim Bóg daje nam wolną wolę.

I faktycznie, możemy zrobić na tym świecie cokolwiek nam się spodoba i tak naprawdę to tylko my sami możemy zdecydować jak chcemy żyć. To my jesteśmy odpowiedzialni za to nasze życie i od nas zależy czy będziemy nienawidzić (czy pozwolimy Szatanowi zapanować nad naszymi emocjami i myślami) czy będziemy kochali (czy będziemy żyli w łasce Boga).

Każdy sam może zdecydować czy krzyżować ludzi czy kochać. Każdy jest odpowiedzialny za siebie, swoje decyzje i swoje działania.

Pamiętajcie o tym.”

Różne wtedy myśli kłębiły się nam wszystkim na tych rekolekcjach po głowach i dyskusje, które prowadziliśmy później po drodze do szkoły też były różnorodne. Było w nich i dużo złości i dużo zrozumienia i dużo ulgi, ale na pewno nie było w nich obojętności – to trzeba przyznać księdzu Jackowi. Potrafił wzbudzić w nas emocje. I za to byliśmy mu wdzięczni. Choć, może nie wszyscy.

Reporterka:
Hmm… Wyobrażam sobie.
Dobrze.
Nie do końca…
Trochę daje do myślenia to kazanie, ale dobrze… Później.
Powiedz proszę jeszcze o kolejnym obrazie teraz, jeśli możesz…

Artysta:
O, Boże! Bóg (nie) istnieje!

Reporterka:
No właśnie. O ten obraz chciałam zapytać. O co w nim chodzi?

Wielka Sobota: O Boże! Bóg (nie) istnieje!

Artysta:
„Bóg (nie) istnieje” jest obrazem wkurzonym.

Ksiądz Jacek na rekolekcjach nauczył nas wielu rzeczy, każdego zapewne czego innego, ale jednego wspólnego dla wszystkich, którzy braliśmy w tych rekolekcjach udział – myślenia. To myślenie często nie było łatwym myśleniem, czasami było myśleniem pełnym wątpliwości, myśleniem wymagającym spojrzenia w najgłębsze zakamarki swojej duszy, w najtrudniejsze odczucia, które się człowiekowi pojawiają, ale częściej było też myśleniem radosnym, myśleniem nastawionym na człowieka, na współpracę, na wspólne poszukiwanie rozwiązania…

Ksiądz Jacek nas oszukał. Choć pewnie sam nie zdawał sobie z tego sprawy.

Po rekolekcjach u niego, w nas wszystkich było to ziarno myślenia, które kiełkowało na różne sposoby i dawało różne owoce. I to było piękne i to było bardzo rozwojowe dla nas wszystkich, uczestników rekolekcji.
Ksiądz Jacek nas oszukał, bo dał nam przekonanie, że takie myślenie o Bogu jest czymś naturalnym, że wszyscy tak mają, że mają wątpliwości, że mają swoje wglądy, że czasami z tym Bogiem się śmieją, a innym razem się na niego wkurzają. Ksiądz Jacek nas oszukał, bo dał nam przekonanie, że bez względu na to jakie są nasze aktualne przemyślenia odnośnie Boga, powinniśmy się nawzajem szanować, kochać, bo jesteśmy swoimi bliźnimi, powinniśmy się słuchać i uczyć się od siebie nawzajem.

Ksiądz Jacek nas oszukał, bo wzbudził w nas przekonanie (nieświadomie zapewne), że wszyscy tak mają, że wszyscy są nastawieni na słuchanie, na współpracę, na wzajemny szacunek bez względu na poglądy, które posiadamy.

To nasze myślenie sprawiało jednak, że dla ludzi z zewnątrz staliśmy się inni, dziwni. A i oni dla nas trochę też. Nie wszyscy bowiem wierzyli, że o Bogu można myśleć, że z Bogiem można się pośmiać, że można się na niego wkurzyć, że można w niego zwątpić. Nie wszyscy wierzyli w Boga. I nie wszyscy wierzyli w ludzi. I nie wszyscy wierzyli w myślenie.

Ksiądz Jacek nas oszukał. Bóg (nie) istnieje w umysłach ludzi, Bóg istnieje w ich emocjach. I to z tymi emocjami przyszło nam się spotykać gdy rozmawialiśmy o Bogu z ludźmi, którzy nie brali udziału w rekolekcjach…

W obrazie „O Boże! Bóg (nie) istnieje!” wyraziłem więc swoją emocjonalną odpowiedź na pytanie, które pojawiało się wielokrotnie w moich rozmowach ze znajomymi spoza rekolekcji, z tymi „innymi” znajomymi – „A Ty właściwie wierzysz w Boga?”
Bo wiesz, z początku to wchodziłem w takie dyskusje, jak każdy kto brał udział w rekolekcjach, dopiero w pewnym momencie zrozumiałem, że coś tu nie gra… że to nie tak powinna wyglądać rozmowa po takim pytaniu jak wyglądała… i trochę alergicznie zacząłem reagować na to pytanie, które zadawali ludzie, którzy mieli z góry ustaloną wizję świata i nie mieli potrzeby faktycznego myślenia, faktycznej dyskusji… chcieli jedynie potwierdzenia lub konfrontacji, z której od samego początku wiedzieli, że wyjdą zwycięsko, bo oni wierzą w jedynego prawdziwego Boga (i jak ktoś nie wierzy, to jest normalnie złem wcielonym, „zdeprawowanym, …, lewakiem” i nie ma sensu z nim rozmawiać), albo bo oni nie wierzą w żadnego Boga (i jak ktoś wierzy, to jest normalnie „tak zacofanym moherem, że w ogóle nie ma o czym z nim rozmawiać”).

„O, Boże! Bóg (nie) istnieje!”

I choć samo pytanie było przecież jak najbardziej w porządku. Nie mam przecież nic przeciwko pytaniom „czy wierzysz w Boga?”, „czy wierzysz w Świętego Mikołaja?”, „czy wierzysz w ewolucję?”, „czy wiesz ile jest 2*?”, „czy wiesz kto napisał?”. Pytanie to po prostu pytanie i zadawanie pytań jest dla mnie podstawą, która nas napędza. Nie ma głupich pytań, serio. Nawet jeśli dane pytanie nie ma sensu, jak pytanie „czy wiesz ile jest 2*?”, bo bo „2* ile”, aż się ciśnie na usta. I nawet jeśli ktoś zadaje to samo pytanie wielokrotnie, to też nie mam nic przeciw temu.
Trudne było dla mnie, kiedy ktoś zadawał pytanie, ale nie słuchał odpowiedzi, nawet nie próbował, więc tak naprawdę, to on nie zadawał tego pytania, bo to nie o pytanie w tym „pytaniu” chodziło, tylko o jakąś, no, o coś innego niż pytanie, niż dążenie do zrozumienia, poznania opinii czy po prostu usłyszenia odpowiedzi. W tych pytaniach o Boga zawsze było jakieś ukryte „ale”, jakaś nieznosząca wątpliwości potrzeba zaklasyfikowania osoby, która udziela odpowiedzi, do konkretnej kategorii: wierzący, wierząca, niewierząca, niewierzący, poszukujący, ateista, agnostyk, teistka, nihilistka. I ja chyba na tę ukrytą potrzebę tak właśnie specyficznie reagowałem… O, Boże! Bóg (nie) istnieje!

Ksiądz Jacek nas oszukał i wszyscy, którzy braliśmy udział w jego rekolekcjach musieliśmy przyjąć nową lekcję życia…

Bóg zazwyczaj (nie) istnieje w ludzkich umysłach. Bóg istnieje w ich emocjach. I to bez względu na to czy ludzie w niego wierzą czy nie…

I to właśnie ująłem w obrazie „O Boże! Bóg (nie) istnieje!”.

Reporterka:
Emocjonalnie… No to chciałbyś teraz odpowiedzieć na pytanie „czy wierzysz w Boga?”. Obiecuję wysłuchać i nie klasyfikować.

Artysta:
Ha… W pewnym sensie właśnie na to pytanie odpowiadam w kolejnym obrazie – „Bóg wychodzi z jaskini”

Reporterka:
A konkretniej.

Wielka Niedziela: Bóg wychodzi z jaskini

Artysta:
Jak pewnie wiesz, w religii chrześcijańskiej Jezus-Bóg wyszedł z jaskini po trzech dniach od swojej śmierci na krzyżu… To wyjście z jaskini dla chrześcijan jest bardzo symbolicznym wydarzeniem. Dla nas, wtedy po rozmowie z księdzem Jackiem, po tych wielko-niedzielnych rekolekcjach to wyjście z jaskini nabrało, myślę, dużo bardziej symbolicznego znaczenia… Po tych rekolekcjach zrozumieliśmy bowiem, że ten Bóg już nigdy nas nie opuści…

Ale po kolei…

„Bóg wychodzi z jaskini”, czy też, w skrócie: „Bóg jaskiniowy!” jest ostatnią częścią „Rekolekcji księdza Jacka”, ale jednocześnie to dzieło późniejsze niż te sześć pierwszych i także późniejsze niż „Towarzysz Bóg”, „Cztery miliardy głupców” czy „Bezimienne dzieci nieistniejącego Boga” (o których wcześniej Ci opowiadałem). Myślę, że jest pracą dojrzalszą w pewnym sensie; pracą wynikłą z tych wszystkich kazań, z wszystkich przemyśleń porekolekcyjnych, i z tych rozwojowych rozmów i z tych wkurzających, i z wkurzenia na księdza Jacka, i z późniejszych doświadczeń związanych z Bogiem, ale też i ogólnie z życiem i z ludźmi abstrahując od kwestii Boga, z poznaniem innych Bogów, zrozumieniem, że – jak to mawiają – co kraj to obyczaj, czyli, że tak naprawdę, to w jakiego wierzymy Boga w dużej mierze zależy od tego gdzie i kiedy się urodziliśmy, w jakiego Boga wierzyli nasi rodzice…

W „O, Boże! Bóg (nie) istnieje!” jest dużo na ludzi, na księdza Jacka i na Boga frustracji.
W „Bogu jaskiniowym” jest więcej Bogiem, ludźmi i rozmowami z księdzem Jackiem fascynacji. I to jest ta moja swoista odpowiedź na pytanie o istnienie Boga.

Ale po kolei…

Przede wszystkim, musisz wiedzieć, że rekolekcje księdza Jacka nie kończyły się dla nas nigdy w momencie, w którym ksiądz kończył kazanie. Nie kończyły się nawet gdy wracaliśmy do szkoły, nie kończyły się po Wielkim Tygodniu, po Lanym Poniedziałku… właściwie, one trwały w nas przez cały kolejny rok, aż do następnego z księdzem spotkania. I chyba, w pewnym sensie, ciągle trwają.

Czasami, jeśli ktoś czuł potrzebę, mógł się spotkać z księdzem Jackiem tak po prostu. I często go odwiedzaliśmy całymi grupami, żeby jeszcze coś przedyskutować, o coś dopytać lub podzielić się własnymi przemyśleniami, odczuciami.

Pamiętam to jedno spotkanie, które tak wiele zmieniło… spotkanie na którym właśnie dzieliliśmy się naszym wkurzeniem na świat, na księdza, na Boga, na to, że ludzie nie chcą myśleć, nie chcą rozmawiać, nie chcą współpracować, nie chcą…

No właśnie… I ksiądz Jacek zadał wtedy to znamienne pytanie: „Nie chcą być tacy jakimi chcielibyście, żeby byli?”

Ale jak to? Że co?…

Ksiądz tym jednym pytaniem całkowicie obrócił kota ogonem. Bo przecież my mu tu mówimy, że to świat jest taki zły, że nie potrafi myśleć itp., a ksiądz tu próbuje jakby, że… to my? Że to świat? Że świat jest sobą, ale my jakby nie chcemy się na to zgodzić? Że my jesteśmy dokładnie tacy sami jak ten świat… Że jesteśmy częścią tego świata?… Z tymi samymi przekonaniami, że powinno być dokładnie tak jak to myśmy sobie wymyślili, że to wszystko ma wyglądać… Że nasze podejście do współpracy, do myślenia o Bogu, o ludziach, o świecie jest jedynie słuszne, a inne podejścia… Że my do tych rozmów, tak jak inni, wchodziliśmy z gotową odpowiedzią (odpowiedzią dotyczącą tego jak ta rozmowa powinna wyglądać) i jeżeli ktoś nie zachowywał się tak jak tego oczekiwaliśmy, to uznawaliśmy tak jak i inni ludzie, że to „oni”, „inni”…

Tak jak i wszyscy, tak i my podzieliliśmy świat na „nich” i „nas”… I być może, tak jak i oni, nie zdawaliśmy sobie z tego zupełnie sprawy…

Ludzie są ludźmi, ludzie nie muszą być tacy jacy chcielibyśmy, aby byli, żebyśmy mogli z nimi rozmawiać…

To jedno pytanie księdza Jacka sprawiło, że zaczęliśmy to wszystko zupełnie inaczej widzieć, te wszystkie wcześniejsze rozmowy ze znajomymi, nasze emocje, ich emocje, wszystko nabierało zupełnie innego wydźwięku… Przestało tak bardzo wkurzać…

Z początku było w nas trochę zażenowania tym, że okazaliśmy się dużo bardziej „niedojrzali” niż nam się zdawało, że byliśmy… Ale ksiądz Jacek znów przyszedł nam z pomocą w tym naszym zmaganiu ze światem, z samymi sobą (jeśli tak można powiedzieć)…

„Tylko się teraz nie zacznijcie przejmować tym, że jesteście ludźmi. Bo jesteście. I ja też jestem człowiekiem. I ja też się wkurzam. I ja też po czasie łapię się za głowę i myślę: O Boże, co ja narobiłem, co ja im naopowiadałem…, albo: O Boże, taki stary a taki głupi… Ale tak naprawdę, to jeżeli przychodzą nam do głowy takie myśli, to znaczy, że nauczyliśmy się czegoś nowego, że jesteśmy o to nowe doświadczenie dojrzalsi i następnym razem potkniemy się już pewnie na czymś innym, a w tej jednej kwestii będziemy ustawieni… Więc myślę sobie, jak już mi przejdzie to myślenie w stylu „ale z Ciebie…”, myślę sobie: „ale bosko”, ale luzik, alem się wygłupił, ale teraz luz… Tak, wiem, mało to składne myśli, ale myśli nie zawsze są poukładane. I jestem pewien, że nawet Bóg czasami też ma takie nieposkładane przemyślenia. Jezus przecież był po części człowiekiem, i On pewnie czasami też się łapał za głowę i myślał „alem dał plamę”… Chyba…”

I w miarę jak tak ciągnęła się ta nasza rozmowa z księdzem Jackiem, jak patrzyliśmy po sobie, to co raz to na kolejnych twarzach pojawiała się ulga, pojawiało się zrozumienie, pogodzenie się z tą swoją ludzką naturą i z tym, że jeszcze pewnie wielokrotnie damy plamę w kwestii myślenia, w kwestii uczuć, w kwestii kontaktów z innymi ludźmi… nic to… Trzeba się po prostu z tym pogodzić… W końcu, wszyscy jesteśmy tylko ludźmi… i aż ludźmi… ludźmi, którzy potrafią się przyznać do błędów i ludźmi, którzy potrafią błędy innych wybaczać; ludźmi, którzy wtedy już zdawali sobie sprawę, że świat nie musi się do nas dostosowywać, żebyśmy mogli w nim żyć, kochać, rozmawiać z tymi, którzy nie mówią w naszym języku, w naszym stylu, którzy nie zgadzają się z nami i mają z góry przyjęte założenia dotyczące świata, nas i naszej rozmowy (tak jak i my je mamy)…

Każde z nas wchodzi do rozmowy z pewnym nastawieniem, każde z nas ma swoje przemyślenia i swoje emocje – bez względu na to czy jest uczniem, księdzem, rabinem, imamem, ateistą, etc.. I pomimo tego, z każdym warto rozmawiać. Jeżeli ta osoba nie chce dostosować się do naszego sposobu rozmowy, to nie musi oznaczać, że rozmowa nie może być wartościowa, bo może my jesteśmy w stanie dostosować się do niej, albo przynajmniej pozwolić sobie nawzajem na to, że mamy inne style rozmowy.

Ważne, że z wieloma ludźmi warto rozmawiać, warto się spotkać, warto poznać ich styl, ich myśli, ich emocje. I, kto wie, może po pierwszych dotarciach, okaże się, że jednak jesteśmy w stanie rozmawiać… I że naprawdę było warto…

Tak…

A oprócz tego, że warto rozmawiać, warto zdawać sobie też sprawę z tego o Kim, o czym rozmawiamy. I tu też ksiądz Jacek pomógł nam osiągnąć głębsze świata rozumienie.

„Bo widzicie, mówicie mi tutaj, że dla ludzi Bóg (nie) istnieje w ich umysłach, tylko w ich emocjach… I trochę macie rację, a trochę jej nie macie. Na pewno, macie dobre przeczucie, że coś tu zgrzyta z tym istnieniem Boga i z tym co ludzie o Nim myślą i co czują na Jego temat.

Mówicie, że Bóg (nie) istnieje w ludzkich umysłach, a ja Wam mówię, że istnieje… i to nie jeden, ale… istnieje tych Bogów miliardy… Wiecie o czym mówię, prawda?…

Dokładnie, tak naprawdę, w umyśle każdego człowieka istnieje inny Bóg. W umyśle i w emocjach każdego chrześcijanina istnieje odrobinę inny Bóg, bo każdy tego Boga uczył się i poznawał po swojemu, bo każdy miał własne z Nim doświadczenia. I, jak tu wszyscy siedzimy, to założę się, że nikt z nas nie postrzega i nie odczuwa tego Boga w dokładnie takim sam sposób jak ktokolwiek inny. Ale powiem Wam więcej… Żaden ksiądz / kapłan / kapłanka danej religii, bez względu na to czy jest to religia chrześcijańska, muzułmańska, buddyjska, hinduistyczna, pogańska, pastafariańska, czy jakakolwiek inna, żaden ksiądz / kapłan / kapłanka nie wierzy w dokładnie tego samego Boga. Jak się to przejawia, pytacie…

Każdy ma odrobinę inne podejście do tego co Bóg uznaje za dobre, a co uznaje za złe.

I, możecie mi wierzyć, popatrzcie na przykład religii chrześcijańskiej, nawet wszyscy nasi papieże począwszy od Piotra poprzez papieży wieków średnich, poprzez papieżycę Joannę, poprzez papieży czasów wojen krzyżowych, wojen XX-wiecznych, aż po papieży współczesnych, nawet Ci wszyscy nasi papieże nie wierzyli dokładnie w tego samego Boga, inaczej rozumieli co ten Bóg chciał ludzkości przekazać. Bo, pamiętajcie, wiara w Boga, to nie tylko powiedzenie sobie, że wierzę, że taki a taki, wtedy a wtedy zrobił to i tamto. Wiara w Boga, to wiara, że przekazał nam on świadectwo dotyczące tego co jest dobre a co złe. A z historii naszej religii widzimy, że bardzo odmiennie Ci nasi papieże pojmowali dobro i zło. I, szczerze, być może nawet niejeden średniowieczny papież skazałby późniejszych papieży na stos za to co Ci późniejsi głosili… A i nie jeden post-średniowieczny potępiłby działania i wiarę poprzedników i sposób w jaki tamci postrzegali Boga.

Tak więc, jak widzicie, praktycznie każdy chrześcijanin, inaczej pojmuje Boga i inne emocje mu towarzyszą gdy o Bogu rozmawia, gdy o Bogu słucha.

Ale to nie koniec… Bo widzicie, nawet ludzie, którzy nie wierzą w żadnego Boga, posiadają go w swoich umysłach i w swoich emocjach. I również, ten Bóg, którego posiadają za każdym razem jest innym Bogiem. W innego Boga „nie wierzą” ludzie wychowani w religii chrześcijańskiej, w innego Boga nie wierzą ludzie wychowani w religii muzułmańskiej, w innego Boga nie wierzą… Oni mogą w żadnego Boga nie wierzyć, ale mają jakiegoś konkretnego w umyśle, takiego na którym budowali swoją niewiarę, ten konkretny Bóg istnieje w ich umyśle. I pewnie mogą uogólniać swoją niewiarę na wszelkich Bogów, ale to podstawowe odniesienie dotyczy tego konkretnego, o którym uczyli się w dzieciństwie, którym przesiąkali poprzez kulturę, w której się wychowywali. I ten Bóg jest tym najważniejszym w ich umysłach. Dla ludzi wychowanych w obrębie religii chrześcijańskiej, to właśnie Bóg chrześcijan jest tym, w którego nie wierzą, jest tym, który istnieje w ich umyśle na większych prawach niż Bogowie Greccy, Rzymscy czy Nordyccy.

Tak naprawdę, człowiek, dla którego Bóg nie istniałby w jego umyśle, to człowiek, który nigdy w życiu z ideą Boga się nie zetknął. Z ideą czegoś ponadludzkiego… Dla całej reszty Bóg w ten czy inny sposób istnieje w ich umysłach…

Ale pójdźmy za ciosem i zastanówmy się jeszcze trochę nad tym czy w ogóle to możliwe, że Bóg nie istnieje? To znaczy czy możliwe, że nie istnieje w świecie realnym, poza ludzkimi umysłami…

Przykładowo, gdybyście spytali mnie czy ja wierzę, że Bóg istnieje nie tylko w ludzkich umysłach jako byt niematerialny, to pewnie mógłbym Wam od razu powiedzieć, że tak, ale… po kolei…

Bo zacznijmy od tego czy wierzę, że być może istnieje byt, który stworzył świat, w którym żyjemy, albo jakikolwiek inny świat lub wszechświat lub to co jest ponad wszechświatem lub obok, cokolwiek by to nie było, czy wierzę, że jest jeszcze wiele spraw, których nie rozumiemy?… Tak. Wierzę, że wielu spraw jeszcze nie rozumiemy i wierzę, że być może istnieje taka istota, która mogłaby potencjalnie stworzyć jeden z wszechświatów i wierzę, że mógłby to być nasz wszechświat i mógłby to być nasz Bóg. Wynika to z czystego rachunku prawdopodobieństwa i przekonania o własnej niedoskonałości w postrzeganiu i rozumieniu wszechświata.

Jeżeli istnieje nieskończenie wiele możliwych wszechświatów, jeżeli czas może biec w nieskończoność, jeżeli za każdą czarną dziurą, jeżeli przed każdym wielkim wybuchem, jeżeli po zniknięciu tego wszechświata, jeżeli przed jego powstaniem…

W tym wszystkim jest tak wiele „jeżeli”, że musiałbym być bardzo pewnym siebie człowiekiem, żeby powiedzieć, że znam jakikolwiek pewnik w całej tej układance na tak ponadludzkim / ponadziemskim / ponadukładowo-słonecznym poziomie. A ja nie jestem zbyt pewnym siebie człowiekiem. Nie potrafię powiedzieć, że wiem o czymś tak przerastającym moje możliwości poznawcze. Więc dopuszczam możliwość, że świat wygląda w taki lub inny sposób. Być może w przyszłości będę w stanie odpowiedzieć na to pytanie, ale póki co pozostaje mi tylko stwierdzenie, że „wydaje mi się, że nie wiem”, ale wierzę. Wierzę, że może istnieć taka istota i że nazywamy ją Bogiem.

I ja akurat wierzę w Boga chrześcijan, ale wiem że tych Bogów w dziejach ludzkości było już co najmniej dobre kilka tysięcy. Ja osobiście czytałem i uczyłem się o kilkunastu takich, w których ludzie wierzą aktualnie i kilkudziesięciu takich, w których wierzyli na przestrzeni ostatnich 10 tysięcy lat. I odpowiadając wprost – nie wierzę, żeby którykolwiek z tych innych Bogów (oprócz Boga chrześcijan), jeżeli którykolwiek by istniał, dał się światu poznać w sposób, w który został opisany przez ludzi. Nie wierzę, że którykolwiek z Bogów (oprócz naszego) robił to o czym ludzie sobie najpierw opowiadali a później rysowali, w taki sposób jak to wierzący w danego Boga, przedstawiali. Wydaje mi się naprawdę mało prawdopodobne, aby którakolwiek z ludzkich legend o Bogach poza legendą chrześcijańską (czy to o Bogach Wikingów, czy o Bogach Starożytnych Greków, czy o innych dawnych i obecnych) mogła faktycznie opowiadać o realnych wydarzeniach i realnych Istotach, które wchodziły w kontakt z ludźmi (czy też, Ziemianami, jak wolą niektórzy). Ale…

Ale… zdaję sobie jednocześnie sprawę z tego, że zostałem wychowany w pewnym miejscu i w pewnym czasie, w którym większość moich rówieśników, większość dorosłych z którymi miałem styczność wierzyła właśnie w tego, a nie innego Boga. I to niewątpliwie miało wpływ na to, że akurat w tego Boga wierzę. I godzę się z tym…

Godzę się z tym, że mój Bóg wyszedł z jaskini po trzech dniach od swojej śmierci na krzyżu. I godzę się z tym, że ludzki Bóg wyszedł z jaskini razem z człowiekiem, kiedy ten zaczął zadawać pytania o początek wszechświata, o prawa tym wszechświatem rządzące. I zdaję sobie sprawę z tego, że moi przodkowie wierzyli w Bogów Pogańskich, ja wierzę w Boga Chrześcijan (tak jak ja go pojmuję), a nasi potomkowie będą zapewne wierzyli w zupełnie innych Bogów. Bo na tym polega wychodzenie Boga z jaskini.

I pamiętajcie, nam wydaje się, że ludzie wyszli z jaskini kilka tysięcy lat temu, ale dla przyszłych ludzkich pokoleń, to my będziemy jaskiniowcami. I ten nasz Bóg, który nam w naszej jaskini towarzyszy będzie dla nich tym kim dla nas są Bogowie Pogańscy, a ich Bóg wyjdzie za sto, dwieście, tysiąc lat z tej naszej kolejnej jaskini. I znów, kolejni papieże inaczej będą uczyli kim jest Bóg chrześcijan, kolejni imamowie inaczej będą uczyli kim jest Allah, kolejni pastafarianie, scjentolodzy…

I to jest lekcja, której udziela nam Bóg. On będzie nam towarzyszył do końca, dopóki nie zrozumiemy każdego zakamarka tego wszechświata i wszystkich innych wszechświatów, które dane nam będzie poznać. I to nie jest istotne czy On rzeczywiście istnieje. Bo nawet dla tych, którzy nie będą w niego wierzyli, będzie on istniał w ich umysłach, w przekazach historycznych, w emocjach…

No dobrze, ale starczy już tego rozkminiania (nie)istnienia Boga, bo chyba już macie dość, a życie to nie może być tylko ciągła rozkmina, żyć trzeba kochani…

No i tak już na marginesie… to, muszę się Wam przyznać, że niektóre z tych legend o niechrześcijańskich Bogach bardzo, ale to bardzo, mi się podobają i bardzo chętnie poznałbym też niektórych z tych Bogów, o których mówią niechrześcijanie. Chętnie spotkałbym się z Bogami religii chrześcijańskiej, żydowskiej i muzułmańskiej, bo chciałbym zobaczyć czy na spotkanie przyjdzie jeden Bóg czy trzech… Wiecie, bo wszystkie te religie w pewnym sensie mówią o tym samym Bogu…”

Tak, ksiądz Jacek miał takie specyficzne poczucie humoru… I później nam jeszcze poopowiadał o tym kogo innego i dlaczego chciałby poznać, a później myśmy też trochę o tym mówili.

Ja zdecydowanie chętniej poznałbym Afrodytę i Wenus. Myślę, że rozmowa z nimi mogłaby być naprawdę ciekawa. Ich spojrzenie na świat, dla którego to one są uosobieniem piękna. Naprawdę chciałbym wiedzieć jak one ten świat postrzegały.
Chętnie poszedłbym też na wspólną imprezę z Dionizosem i z Jezusem (obaj byli Synami nieśmiertelnych Bogów zrodzonymi z ludzkich, śmiertelnych matek, czyli nic co ludzkie… i obaj potrafili się nieźle bawić na imprezach (jeden w ogóle był bóstwem imprezowym, drugi zamieniał wodę w wino)). Myślę, że gdybyśmy zaprosili jeszcze na przykład takiego Apolla i dziewczyny: Afrodytę, Wenus, Lakszmi oraz ich koleżanki, a do tego na przykład Ganeshę, Thora i jeszcze kilku kolegów, to mógłby być naprawdę przyjemny chillout. Oczywiście, o ile by się Ci wszyscy Bogowie nie pobili, kłócąc się o to, który/która z nich jest tym najprawdziwszym/tą najprawdziwszą.

O, Bogowie! Ależ by się na takiej imprezie działo!

No, ale oczywiście, to tylko takie sobie bajanie. Acz…

Bajanie też jest rzeczą ludzką…

I tak… od tego, że Bóg (nie) istnieje, od złości na świat i na księdza Jacka, poprzez zażenowanie wynikłe ze zrozumienia swojego człowieczeństwa, zrozumienie, że nie istnieje jeden Bóg dla wszystkich ludzi, a dla każdego człowieka Bóg istnieje indywidualnie, i dla każdego słowo Bóg oznacza coś odrobinę innego, doszliśmy nie tylko do pogodzenia się ze sobą, z innymi i ze światem, ale i do magicznie Boskiego spotkania, a wszystko to działo się na tym naszym porekolekcyjnym spotkaniu – tak bardzo ludzkim.

I o tym też jest ten obraz. O spotkaniu człowieka z Bogiem i o spotkaniu człowieka z innymi ludźmi…

Czyli, jakbym miał to podsumować, to powiedziałbym, że ten obraz jest takim moim pogodzeniem się z wszystkimi ludźmi na całym świecie, którzy wierzą (lub nie wierzą) w swoich indywidualnych Bogów, zrozumieniem, że tak to już będzie dopóki świata nie zrozumiemy, że kolejni Bogowie będą nam towarzyszyć w tułaczce przez życie…
Ten obraz jest też wyrazem takiej mojej fascynacji tymi Bogami i tymi ludźmi… Bo tak samo jak chętnie poszedłbym na imprezę z tymi Bogami i Boginiami, tak samo (a może nawet bardziej) chętnie poszedłbym na imprezę z tymi ludźmi, którzy wierzą w tych Bogów i te Boginie. Bo tak naprawdę to dla mnie osobiście już wtedy, po tamtej rozmowie, nie było ważne w którego Boga (i czy w ogóle w jakiegoś) ludzie wierzą – zrozumiałem, że to sprawa indywidualna każdego / każdej z nas i jego / jej Boga / Bogini. Ja wiem co wiem, myślę co myślę odnośnie Tego / Tej który / która (nie) jest Tym / Tą najprawdziwszym / najprawdziwszą z prawdziwych, ale nie jest dla mnie przeszkodą gdy inni myślą inaczej, tylko jest to stanem naturalnym. I tak nasze różne światy stają się jednym światem. I tak nasi Bogowie żyją sobie w zgodzie w naszym wspólnym świecie… I my żyjemy w zgodzie.

I tak kończy się ten cykl „Wielki Tydzień, czyli Rekolekcje księdza Jacka”. I tak kończą się moje rekolekcje z księdzem Jackiem, rekolekcje na których poznałem świat i Boga/Bogów i ludzi w zupełnie inny sposób…

Bóg ma poczucie humoru
Bóg dorasta i zmienia poglądy
Bóg nie zabronił używania prezerwatyw
Nie można kochać Boga i nienawidzić bliźniego
Nie można być dobrym chrześcijaninem i zwolennikiem kary śmierci
O Boże! Bóg (nie) istnieje!
Bóg jaskiniowy, czyli Bóg wychodzi z jaskini.

I co myślisz?

Reporterka:
cdn.*

*Notatki Pisarza:
– zastanowić się czy nie napisać, że ksiądz Jacek jest znajomym Artysty i Reporterki i tak naprawdę nie jest księdzem, tylko ma taką ksywkę „ksiądz” ze względu na to, że jest mocno zainteresowany tematyką Boga i wiary… przy takiej zmianie należałoby przerobić niektóre fragmenty wypowiedzi księdza Jacka…

– zastanowić się czy nie usunąć niektórych fragmentów, które mogą być trudne do zrozumienia dla części czytelników… problem polega na tym, że dla innych czytelników fragmenty te mogą być ważne… może ewentualnie przerobić te fragmenty…

– zastanowić się czy, jeżeli będzie napisane, że „ksiądz” Jacek nie jest fizycznie księdzem, nie zmienić końcówki, tak aby to ksiądz Jacek wypowiadał zdania o imprezie z Bogami, a Artysta mógłby wtedy wypowiedzieć jedynie podsumowanie…

– generalnie dopracować podsumowanie, bo nie jest wystarczające. Ująć w nim jakoś lepiej, że ten Wielki Tydzień to w pewnym sensie metafora życia człowieka, ludzkości?… a w pewnym sensie…

– zastanowić się czy, jeżeli będzie napisane, że „ksiądz” Jacek nie jest fizycznie księdzem, nie napisać również, że ma synka: Jesusa, dzięki któremu właśnie zaczął myśleć np. o tym, że jak Jezus z Biblii był małym chłopczykiem to musiał się przecież zachowywać tak jak jego synek…