wywiadu część druga – zwiastun

 

***

Widzisz, w biegu człowiek czuje taką wolność… i jednocześnie radość ze zwykłego przemieszczania się… Niby nic, a jednak. Jakby tak pomyśleć, to już od małego człowiek jak biega to się cieszy… Jak się spojrzy na takie dzieciaki kilkuletnie, które biegną i uciekają przed sobą, albo gonią się nawzajem, to widać na ich twarzy tę radość, tę wolność… Z biegiem czasu (paradoksalnie) radość z biegania zanika, ale jak już człowiek się w to ponownie wciągnie, znów sprawia mu to taką niewysłowioną przyjemność, zupełnie jakby znowu był dzieckiem. I nie ważne czy biegnie się samemu czy z kimś, czy się kogoś goni czy przed kimś ucieka…

***

… zwiedzanie nowego miasta w biegu jest po prostu rewelacyjne – zwłaszcza nocą… Człowiek jest w stanie zobaczyć miasto z zupełnie innej strony… Inaczej niż kiedy zwiedza je z przewodnikiem w ręku, inaczej niż kiedy zatrzymuje się przy każdym nowym budynku, rzeźbie, kościele, muzeum… Tutaj przede wszystkim jest bieg… Oczywiście można się zatrzymać, ale frajda z biegania jest zbyt duża, żeby myśleć o tym na poważnie… I tak dwie frajdy się łączą – fascynacja związana z poznawaniem czegoś nowego i radość płynąca z uprawiania bardzo lubianego zajęcia… Tak więc biegłem…

***

… No, tylko ten jeden podbieg, mówiłem sobie… i jeszcze jeden, bo w sumie to nie ma tu już asfaltu, tylko ścieżka, ale to tylko kawałek… no i stało się…
To był mój pierwszy biegowy raz jeśli mogę to tak ująć…
Biegając w Polsce słyszałem o tego typu sytuacjach, znajomi biegacze opowiadali sobie czasami takie historie przy ogniskach i przy piwie…

***

… zaczęliśmy rozmowę… Od słowa do słowa, dowiedzieliśmy się, że kibicowały FC Barcelonie. Przy mojej ówczesnej wiedzy z zakresu piłki nożnej mogłem jedynie kiwać głową, że wiem który to klub i kto tam gra. Maria spytała nas czy byliśmy na Camp Nou. Kolega odpowiedział, że był. Ja postanowiłem zagrać inaczej i stwierdziłem, że jeszcze nie, ale że bardzo chciałbym go zobaczyć… Zadziałało…

***

Dopiero później to do mnie dotarło… Do tej pory wciąż mogłem myśleć, że pomimo tego, że nie jesteśmy razem… zawsze możemy do siebie wrócić… tak jakby ta rozłąka była spowodowana nie tym, że tak postanowiliśmy i że się rozstaliśmy, tylko tym, że los tak chciał… ale jak się znów zobaczymy, wszystko wróci do porządku… a my wrócimy do siebie…

***

W tym momencie naprawdę zostałem sam…

***

Siedzę naprzeciwko kolejnej w moim życiu dwudziestukilkuletniej dziewczyny o ciemnej karnacji, która korzysta z podobnego do mojego laptopa przyjaźnie się do niego od czasu do czasu uśmiechając (albo z kimś rozmawia, albo pisze coś szczególnie zabawnego). No, nic to. Włosy ma długie, sięgające do łopatek patrząc z tyłu lub patrząc z przodu – piersi, kruczoczarne, oczy ciemne (ale bez zbytniego przyglądania się ciężko jest mi dokładnie stwierdzić jakiego koloru, a przyglądać się zwyczajnie nie chcę).
Po jej lewej ręce siwy starszy pan, w okularach, z notatkami, w koszuli i sweterku takim zielono-brązowym, z czerwoną teczką. Pilnie coś notuje.

***

Przyglądam się temu co dzieje się w środku… Stary kelner rozlał właśnie trochę wody kładąc czajniczek na tacy, którą za chwilę przyniesie mi do stolika… Wręczył mi tę herbatę odrobinę niedbale, może to tak specjalnie, a może mu się już nie chce…
Ciekawe jak jadali tu dawniej… i jaka wtedy była obsługa… pewnie podobna…
Wystrój wnętrza bardzo mi się podobał… Na ścianach w pierwszej sali oprawione w ramki rysunki z podobiznami artystów… Przy ścianie komoda z różnymi pamiątkami… W głębi sali bar, a przy barze maszyna z lodem… Za barem zdobione płytki i mnóstwo butelek……
Wykończenia w złocie, w ogóle cały ten lokal wydaje mi się taki złotawy…
Słyszę dźwięk sztućców z kuchni, ktoś za barem tłucze się jakby coś wyrzucając… goście robią zdjęcia obrazkom na ścianie…

***

Moje zwiedzanie Porto zaczęło się od wędrówki w nieznane, czyli obrania sobie przypadkowego kierunku i spaceru z uliczki w uliczkę, od skrzyżowania do skrzyżowania… Decyzja odnośnie dalszej drogi na takich skrzyżowaniach dyktowana była przeróżnymi względami. Tu jest pod górkę, więc fajnie będzie tam podejść, żeby więcej zobaczyć. Tu, kilka kamieniczek dalej widać kolejne przepiękne płytki (azulejos) – trzeba zobaczyć. A tu jest jakiś taki uroczy mały sklepik (frutaria) z cytrusami w cenach, które zdecydowanie zachęcały do zakupów…

***

A brzmiało to mniej więcej tak…

Wiesz, to było jakoś wczesnym popołudniem…
W moim mieście jest taka rzeka… I ja właśnie szedłem sobie nad tą rzeką gdy nagle zobaczyłem z daleka psa…
Szedł w moją stronę… taki średniej wielkości kundelek… Starszy, mógł mieć z 12 lat… w kagańcu…
Ale nigdzie nie widziałem właścicieli…

***

Skoro Portugalczycy prowadzą bardzo spokojny tryb życia… i ja postanowiłem takie poprowadzić tego dnia… i takie było też moje przedpołudnie i wczesne popołudnie… takie portugalskie. Zacząłem je od kontynentalnego (jak je tutaj nazywają) śniadania. Bułeczki, jogurcik, owoce południowe, mleko, płatki, dżem, herbata, kawa i sok na szwedzkim stole pozwalały każdemu wybrać coś pożywnego na rozpoczęcie dnia. Może nie było to wykwintne śniadanie, ale było wystarczające, żeby zaspokoić poranny apetyt.

W sali jadalnej było kilkanaście kwadratowych stolików przy których siedzieli turyści z przeróżnych zakątków świata. Pierwszą osobą, która zauważyłem zaraz po wejściu był wysoki, barczysty pięćdziesięciolatek, który siedział przy narożnym stoliku i grał na gitarze przepiękne melodie.

***

Nigdy jednak nie dowiedziałem się kto te wiersze napisał… Nawet nie wiem czy to był chłopak czy dziewczyna

***

1. Poszli razem

Poszli razem
A może po prostu szli jedno obok drugiego
Spotkali się wieczorem… wczoraj
Po krótkiej rozmowie zamilkli na godzinę
Wsłuchując się w dotyk korzystali z każdej sekundy istnienia…

Trochę później rozbłysło światło…
Od tej chwili wszystko było stracone
Poznanie dokonało się zbyt wcześnie
Nie dając czasu niedojrzałym oczom
Stąd droga krótka, a koniec jej pewny…
Jedyna pewność, która ich dzieliła

***

9. ***

Bądź dzieckiem
W świecie
I dla świata
W sobie
I dla siebie

Bądź dorosłym
Dla dnia każdego
I nocy każdej
Dla dziecka, której jest w Tobie
I dziecka, które jest w świecie

Bądź sobą

***

Wróciłem do hostelu i zastałem tam kilkunastoosobową ekipę siedzącą na jadalni, jedli właśnie wspólną kolację. Zaprosili mnie, więc chętnie się przyłączyłem… To była bardzo wesoła ekipa: Koreańczycy, Hiszpanie, Angielki, Brazylijczycy, Portugalczycy… Rozmawialiśmy o tym co kto dzisiaj zobaczył, skąd kto pochodzi, w jakim celu przyjechał do Lizbony. Okazało się, że są wśród nich autochtoni, stali bywalcy, turyści, poszukiwacze noclegu na Erasmusa, niezła mieszanka…
I muszę przyznać, że było bardzo przyjemnie. Tego wieczoru poczułem trochę jakbym zyskał nową, tymczasową rodzinę. Wiedziałem, że to chwilowe. Wiedziałem, że wszyscy jesteśmy tam tylko na klika dni, ale jednak czułem jakąś taką więź, która pomimo że chwilowa, była już bardzo mocna… jakby miała już lata, jakbyśmy wszyscy byli taką rodziną, która dawno się nie widziała… a jednocześnie rodziną, której wystarczy chwila by znów poczuć jak bliska jest sobie nawzajem… I nie wiem czy to kwestia bycia na obczyźnie tak na nas działała, czy to klimat tego miejsca tak wpływał na ludzi…

Jak wróciłem tego wieczoru do pokoju zacząłem rzeźbić „Rodzinę”…

Reporterka:
Czyli rodzina nie jest inspirowana prawdziwą rodziną?

Artysta:
Po części jest… Rodziną, która jest gdzieś daleko, rodziną za którą się tęskni… Ale też nową rodziną, nawet taką tymczasową, bo człowiek odczuwa tak wielką potrzebę tej właśnie… rodziny… I to się objawia w najróżniejszych sytuacjach…

***

Wiesz, on miał taki plan, który sukcesywnie realizował, żeby przebyć całą Europę nocując tylko i wyłącznie u ludzi, których poznał przez facebooka i inne portale społecznościowe… Żeby pokazać światu, że internet jest narzędziem, które może ludzi zbliżać, że to nie tylko narzędzie do szerzenia różnic między ludźmi (zło wcielone jak niektórzy twierdzą), ale narzędzie umożliwiające tym ludziom odnalezienie się nawzajem, stworzenie czegoś więcej, czegoś co nigdy wcześniej nie było możliwe…
Można powiedzieć, że był takim nowoczesnym pielgrzymem… Bo tu już nie chodziło o boga, ale o ludzi… I Dave pielgrzymował od człowieka do człowieka niosąc swego rodzaju dobrą nowinę, że na tym świecie są jeszcze ludzie, którym zależy na sobie na wzajem, że ludzie są otwarci i że ludzie miewają szalone pomysły, które udaje im się realizować…
Myślę, że wiele osób zainspirowała ta jego przebieżka…

***

… lubię spisywać mądrości życiowe i ludzkie wyznania życiowe jak gdzieś takie znajdę… Szczególnie dużo jest ich w toaletach… Nie wiem, ale chyba ludzie wtedy doznają jakiegoś olśnienia… Ale są też na ścianach budynków, na książkach z biblioteki lub kupowanych na straganach, na ławkach w parku… I mam taką listę, do której zaglądam jak mnie łapie… i zawsze znajdę coś co mi pomoże w tej konkretnej chwili…

„Nie sztuką jest zachować spokój gdy na polu cisza. Sztuką jest pozostać w zen gdy hula zawierucha.”

„Jestem niezaradny życiowo… i wiem o tym… a Ty?”

„Nie próbuj przekonać innych do swoich racji…
Przedstaw je i pogódź się z tym, że znikną w hałasie tłumu…”

***

„1. Po pierwsze – opanować stres i wziąć się do roboty…
2. Po drugie – jak człowiek weźmie się do roboty wyniki się zaraz pojawią…
3. Po trzecie – a jak się nie pojawią to wrócić do „po pierwsze”… bo na pewno pojawi się stres…”

„dopóki jest flow problemu nie ma, ale co zrobić gdy flowa nie ma?”

„potrzeba samorealizacji jest potrzebą kulturową”

„You had a glimpse into my mind… What will you do about it?”

„If you can’t be normal… embrace your madness.”

***

I wtedy ją zobaczyłem, z daleka, najpiękniejsza dziewczyna pod słońcem… Była w Portugalii… Była w Sintrze… Nie wiem co tam robiła… Była daleko… za daleko, żeby się do niej odezwać… zresztą nie wiedziałbym nawet co jej mam powiedzieć… Nie… musiałem się do niej odezwać, przecież byliśmy tak daleko i mieliśmy się nie spotkać będąc jednocześnie tak blisko?… Zacząłem biec najszybciej jak potrafiłem, ale nie potrafiłem jej dogonić…

***

CDN

zobacz ciąg dalszy opowieści z prekonstrukcji