wywiadu część pierwsza

Artysta:
No dobrze…
Czyli pytałaś o „towarzysza Boga”…
Tak. To faktycznie był pierwszy obraz…
To było jeszcze w gimnazjum, w ostatniej klasie. W czasach gdy wszyscy przynajmniej częściowo wierzyliśmy jeszcze w tego Boga… myślę, że w czasach dużo prostszych pod pewnymi względami…
Zaczęło się od tego, że umówiliśmy się ze znajomymi na wyjazd na Andrzejki w Bieszczady do takiej chatki w górach, w której mieszkała rodzina Olka. Wcześniej byłem tam raz jeden na wakacjach i bardzo mi się tam spodobało.
Ustaliliśmy, że jedziemy w dwóch grupach – część ekipy jedzie w piątek, a druga w sobotę rano. Ponieważ w piątek miałem jeszcze jedną imprezę, ustawiłem się na wyjazd z ekipą sobotnią.
I wtedy zaczęły się schody…
Idąc na dworzec spotkałem…, no może spotkałem to dużo powiedziane… zobaczyłem w rowie pijanego starszego Jegomościa… Leżał sobie tak przy ulicy… Ludzie go mijali i tylko patrzyli na niego zniesmaczeni… A mnie się żal faceta zrobiło… Wiesz, na polu było strasznie zimno. No i ponieważ do odjazdu miałem jeszcze sporo czasu, stwierdziłem, że spróbuję jakoś człowiekowi pomóc…
Tuż za rogiem był szpital, do którego szybko podszedłem pełen wiary, że mi tam pomogą, że jakoś się staruszkiem (miał tak z sześćdziesiąt lat) zajmą, może go wezmą do siebie, albo zadzwonią na pogotowie (lub na policję w ostateczności)… Ale koleś w dyżurce stwierdził, że oni nie są od pomagania pijakom… No… delikatnie mówiąc… wkurzyłem się…, ale cóż miałem zrobić, miałem 16 lat i nie bardzo wiedziałem jak przekonać trzy razy starszego ode mnie stróża, że ludziom trzeba pomagać (głęboko w to wtedy wierzyłem). Podszedłem więc z powrotem do tego Jegomościa i zacząłem z nim rozmawiać… oczywiście na tyle na ile to było możliwe w jego stanie.
Okazało się, że mieszkał niedaleko… Zapytałem czy chce żebym odprowadził go do domu… Przytaknął… Faktycznie mieszkał dwie ulice dalej… Odstawiłem więc go na miejsce gdzie przejęli go sąsiedzi, którzy wiedzieli już co z nim zrobić… To zdecydowanie nie był jego pierwszy raz. I tak się ta nasza krótka przygoda skończyła.
Jegomość spokojnie spoczął w domu i przede wszystkim nie zamarzł, a ja, nie chwaląc się oczywiście, mogę powiedzieć, że w ten oto sposób uczyniłem dobry uczynek… za który to, być może, później zostałem w pewien sposób nagrodzony…
No, ale póki co, z tego wszystkiego spóźniłem się na dworzec i ostatecznie w Bieszczady pojechałem sam godzinę później. Pojechałem trochę dookoła, ale tak sobie wyliczyłem, że i tak dojadę jeszcze za dnia…
Kiedy dojechałem do Zagórza padał deszcz, taki marznący, robiło się szaro, choć jeszcze nie było tak późno… i wtedy po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać czy aby na pewno trafię sam do bacówki, w końcu byłem tam tylko raz… Kupiłem więc mapę Bieszczad i czekając na autobus, który miał mnie podwieźć pod sam szlak, starałem się odnaleźć na tej mapie trasę do naszej chatki…
Wysiadłem gdzieś pomiędzy dwoma wioskami, w miejscu, z którego miałem zacząć wspinaczkę. Na szlaku spotkałem jeszcze kilka osób, ale oczywiście wszyscy schodzili już w dół i dziwili się, że ja jeszcze w górę… Taki starszy góral zapytał mnie nawet gdzie idę i czy tam trafię. A ja mu pewnie odpowiedziałem, że tak, że znam drogę – oczywiście skłamałem. Szedłem dalej, deszcz się nasilał, a we mnie narastały wątpliwości… czy ja dobrze idę?… czy na pewno? co chwilę stwierdzałem jednak uspokajająco, że tak, że to dobra droga („tędy szedłem, tak jest dobrze”)… Pocieszałem się, ale nie miałem pewności.
Zerkałem na mapę chyba odrobinę za często, bo ta w końcu mi przemokła od tego deszczu (aha, bo to była papierowa mapa, tylko takie mieli w kiosku na dworcu)… i zrobiła się dziura na zgięciu, na którym była finalna część mojej drogi. Nic to, pomyślałem… trafię… I szedłem dalej…
Byłem prawie pewien, że idę dobrze, póki co szedłem przecież szlakiem… Mijałem kolejne rozwidlenia i tak na wpół pewnie szedłem dalej… W pewnym momencie, na domiar złego, pojawiła się mgła – widoczność spadła do 30 metrów, a wątpliwości proporcjonalnie wzrosły… co chwilę niby poznawałem drogę, ale tak nie do końca… Jak szedłem tam poprzednim razem to towarzyszyło mi przyjaźnie przyświecające słoneczko i piękne widoki, a teraz…
I wtedy właśnie zacząłem rozmawiać z Bogiem i prosić go o pomoc. W końcu, nie bez powodu ktoś wymyślił to powiedzenie „Jak trwoga to do Boga”… Modliłem się, żeby to naprawdę okazała się dobra droga… I już do końca tego wyjścia nie pozwalałem mu się oddalić ode mnie dalej niż na te 20 metrów, na które jeszcze widziałem swoje otoczenie.
Po około trzech godzinach doszedłem do kolejnego rozwidlenia… Do tej pory szedłem szlakiem, ale wiedziałem, że w pewnym momencie będę musiał od niego odbić. Przy każdym rozwidleniu zastanawiałem się więc „czy to już tutaj? skręcać? nie skręcać? czy teraz to miało być w lewo? w prawo?”, ale szedłem prosto… nie skręcałem… trzymałem się szlaku… W końcu przy którejś z kolei ścieżce odbijającej w lewo spytałem Boga „czy to tu?”… Nie odpowiedział wyraźnie, ale wydawało mi się, że coś tam mruknął, że tu… Poszedłem więc pod górę. Bałem się teraz nie na żarty, nie widziałem żadnych oznaczeń, szedłem trochę na azymut, mijałem kolejne rozwidlenia, ale takie mniejsze… i zawsze wybierałem większą ścieżkę, tak pamiętałem, że powinienem był wybierać… Widoczność spadła do 10 metrów, wciąż padał deszcz, dawał mi się już mocno we znaki… Na polu robiło się ciemno, więc wyciągnąłem czołówkę. Szedłem tak kolejną godzinę, może półtorej. Już niczego nie byłem pewny. Mapa praktycznie nie nadawała się już do użytku… nawet na podpałkę niespecjalnie… Kolejne rozwidlenie (już nie naste, a dzieste) – trzy drogi, która dobra? Nic już nie wiedziałem… Wydawało mi się, że mam skręcić w lewo… raczej w lewo… chyba… a może… chwila na głębszy oddech… i skręciłem… Szedłem tak kilka, może kilkanaście minut, i poznawałem… Tak, to była dobra droga. Przeszedłem jeszcze kawałek i… i…
Droga się skończyła…
No… !!! … !!! …
Nie wiedziałem co robić… przecież to miała być dobra droga… Jeżeli ta była zła, to znaczy, że któraś z pozostałych będzie dobra… No właśnie… tylko czy na pewno?… Bo przecież ta miała być dobra… Teraz byłem już o tym tak przekonany – miała być dobra…
Wieje, jest mi zimno, deszcz siecze twarz, na powiekach pojawiają się igiełki lodu, widzę na 10 metrów do przodu… Czyżby Bóg mnie opuścił? Oszukał? Boże pomóż. Boże, nie opuszczaj mnie… Chyba był obok… może tylko też się trochę pogubił, bo ciemno i mgła… przecież ten dobry uczynek… Boże…

/Kilka chwil wcześniej/

Reporterka:
Kochane Czytelniczki, dziś specjalnie dla Was poznam historię artysty, który tworzy dzieła nieistniejące i – co ciekawe – wystawia je w największych galeriach świata: MoMa, Tate Modern…

Reporterka:
(do artysty)
Umówiliśmy się, że będziemy mówili do siebie po imieniu, więc cześć.

Artysta:
Witam.

Reporterka:
Chciałam Cię serdecznie przywitać i przede wszystkim powiedzieć, że Twoje dzieła wydają mi się bardzo intrygujące… ale jednocześnie dostrzegam w nich bardzo dużo niedopowiedzeń, o których mam nadzieję, uda nam się dzisiaj porozmawiać. Liczę na to, że powiesz nam więcej o tym czym te dzieła są dla Ciebie, co Cię inspiruje, jak one powstają…

Artysta:
No pięknie, to widzę, że zaczynasz prosto z mostu… „niedopowiedzeń”… haha… no, ok… ale oczywiście bardzo chętnie opowiem o tym co tworzę.
No i przede wszystkim dzięki za tę rozmowę, za możliwość udzielenia Ci tego wywiadu.
Naprawdę się cieszę, że mogę tutaj z Tobą rozmawiać… bardzo…
Bo wiesz, ja w ogóle lubię rozmawiać z ludźmi… i to nie tak jak to się dzieje zazwyczaj w dzisiejszych czasach – przez ‚fejsbuka, skajpa, mejla’, etc., tylko tak twarzą w twarz… taka rozmowa jest dla mnie pełniejsza – wtedy prędzej mogę chłonąć całą osobę, z którą rozmawiam, jej wygląd, mimikę, ton głosu, ułożenie ciała czy nawet zapach, mogę dotknąć tej osoby i ona może dotknąć mnie kiedy jakiś fragment rozmowy tego akurat wymaga lub gdy po prostu mamy na to ochotę… tak jak teraz z Tobą…

Reporterka:
Aha…
Dzię…ki… Chyba…
No dobrze… Zacznijmy więc od pierwszego, najbardziej oczywistego pytania.
Na czym polega Twoja sztuka?

Artysta:
O…, to nie będziemy rozmawiać o moim życiu uczuciowym?…
Myślałem, że to o tym najbardziej chciałyby przeczytać Wasze czytelniczki…

Reporterka:
Tia… O to zapytam Cię oczywiście później… ale po kolei…
To na czym polega Twoja sztuka?

Artysta:
No dobrze…
Z tym życiem uczuciowym to oczywiście tylko się tak droczyłem… Wiesz o tym, prawda?

Reporterka:
Aha…

Artysta:
A moja sztuka…?
Hmm…
Tworzę dzieła, które nie istnieją.

Reporterka:
No właśnie… Rozwiń to, proszę.

Artysta:
Rozwinąć?…
Tak…
Widzisz…
Z technicznego punktu widzenia – moje dzieła posiadają jedynie tytuły i nie mają żadnych dodatkowych opisów.
Z punktu widzenia artystycznego – one po prostu tam są, to znaczy ich nie ma i tym swoim brakiem istnienia oddziałują na dusze ludzi, którzy ich nie widzą, nie czują.
Czyli można powiedzieć, że tworząc coś co nie istnieje kreuję coś co jak najbardziej istnieje – emocje, uczucia, przemyślenia… coś wartościowego…

Reporterka:
Aha… A rozwiniesz jeszcze troszkę?

Artysta:
Jeszcze troszkę…?
Ale tu już specjalnie nie ma czego rozwijać… Po prostu, jak miałem jakieś piętnaście – szesnaście lat to wydało mi się takie fajne i tak mi zostało…

Reporterka:
No wiesz… Spróbuj może jakoś inaczej o tym powiedzieć… Może coś tam głębszego jest w tym Twoim tworzeniu…

Artysta:
Tak…
Nie…
Nie bardzo…

Reporterka:
No weź… choć trochę mi jeszcze o tym powiedz…

Artysta:
Taa…
No dobrze. Spróbuję…
Ale to na Twoją odpowiedzialność…

Reporterka:
Pewnie. Dawaj.

Artysta:
Ok…
Widzisz…
Bo to jest tak…
Dzieła sztuki można tworzyć na różne sposoby: pędzlem, dłutem, rysikiem; można nadawać im przeróżne formy: obrazu, grafiki, rzeźby, filmu, etc.
I właściwie każdy sposób i każda forma jest w porządku… każda może być wartościowa…
I są na świecie tacy szczęśliwcy, przeklęci czasami, którzy posiadają na tyle umiejętności, a może tak zwanego talentu, że ich grafiki, obrazy stają się na tyle wyrafinowane, interesujące, że ostatecznie zostają powszechnie uznane za wartościowe… I tych ludzi nazywamy Artystami…
Większość jednak stworzyć może jedynie dzieła zwyczajne, przeciętne. A to nie wystarcza.

Reporterka:
Nie wystarcza? Aha… Ok. Ale konkretnie do czego? I co to ma wspólnego z Twoimi dziełami, bo trochę się zgubiłam?

Artysta:
Już… Nie wystarcza, żeby stworzyć coś co pozwoli duszy wyrazić samą siebie i coś co pozwoli odbiorcy dotrzeć do duszy własnej…
A co ma wspólnego… To po kolei…
Bo widzisz, po pierwsze, zastanawiałem się kiedyś… bardzo dawno temu… nad tym o czym ludzie mówią w sztuce… I zauważyłem, że mówią o życiu… o swoim, o cudzym… o tym jak je widzą, jak je czują… o tym skąd się im wydaje, że ono pochodzi i dokąd się im wydaje, że zmierza… I mówią o całej gamie różnych przeżyć codziennych, które pojawiają się i mogą zniknąć, gdyby ich w chwili nie uwiecznili…
I po drugie, myślałem jak o tym mówią… Patrzyłem, słuchałem, czytałem… i doszedłem do tego, że ludzie chyba uważają, że warto mówić o tym w taki sposób, który umożliwi odbiorcy dotarcie do własnej duszy przez kontakt z naszym dziełem… umożliwi otwarcie się na doświadczenia świata, otwarcie się na doświadczenia innych ludzi… umożliwi zrozumienie historii tych wszystkich ludzi, którzy mają pewne historie do opowiedzenia, ważne, pełne emocji, czasami trudne, a czasami zabawne… I ja właściwie też tak uważałem… że tak warto…
Bo wiesz, ludzie snują swoje opowieści z różnych powodów, jedni z wewnętrznej potrzeby uzewnętrznienia własnych myśli i odczuć, inni z potrzeby przekazania światu swego geniuszu, jeszcze inni w celu uświadomienia świata w temacie pewnych ważkich prawd. Są i tacy, których to po prostu bawi. Powody są więc różne, różne jest wykonanie, ale zawsze to co powstaje jest cenne. Jeżeli nawet nie dla świata to dla samych twórców. Przelanie swojej opowieści na płótno, papier, wyrzeźbienie tej opowieści w kamieniu, w drewnie czy w brązie jest aktem stworzenia, który zdecydowanie ubogaca wewnętrznie samego twórcę. To nie tylko możliwość ujrzenia siebie samego z zewnątrz, ale to przede wszystkim możliwość rozmawiania ze swoją duszą podczas całego procesu, od pojawienia się pomysłowego diamentu poprzez fazę szlifowania tegoż, aż do momentu utworzenia z niego artystycznego brylantu. I to super, że to ubogaca twórcę, ale oczywiście jeszcze lepiej jeśli ubogaca także odbiorcę…
I ja tworzyłem te swoje brylanty, które i mnie ubogacały i innych… Istniejące brylanty… Bo to dawno temu było… Ale zdawałem sobie sprawę, że nie każdy tak może… a uznałem, że każdy powinien mieć taką szansę – i ja… i Ty… Żyjemy w czasach egalitaryzmu, każdemu więc się taka szansa należy… Każdy powinien mieć szansę zostać twórcą, który rozmawia z własną duszą… Każdy powinien mieć szansę zostać twórcą, który pomaga innym w rozmowie z ich duszami…
I wtedy zacząłem się zastanawiać jak mógłbym umożliwić tym wszystkim ludziom tworzenie swoich brylantów…
To nie było jakieś intensywne myślenie, ale tak po prostu… takie „co by tu zrobić, żeby”…
Bo widzisz… to wcale nie jest takie proste…
Bo przecież wielu ludzi próbuje dotykać tej swojej duszy i dusz innych ludzi, próbuje się wyrazić w sztuce, przez sztukę, chwyta się z tą sztuką za bary, ale tworzy sztukę… słabą… sztuczkę niejako… przegrywa…
Swoją drogą, później powiem Ci też o moich dywagacjach na temat tego kiedy sztuka staje się sztuczką, a sztuczka sztuką, ale to później…

Reporterka:
Zgadzam się… później… Dokończ teraz z tym przegrywaniem, bo to się zaczyna robić ciekawe…

Artysta:
No, tak…
To chyba po trzecie teraz…
Po trzecie, to równie dawno zauważyłem też, że życie takiego człowieka, który nie posiada specjalnych zdolności malarskich, rzeźbiarskich czy jakichkolwiek innych o artystycznym odcieniu, a czuje taką wielką chęć wyrażenia samego siebie w sposób godny swego ego, uwiecznienia swego ja, pozostawienia po sobie czegoś ważnego, jest tak strasznie ciężkie… Bo ten człowiek próbuje… ale jak się chwyci pędzla/kredek i stara się stworzyć namiastkę przynajmniej rysunku… to wszystko wychodzi mu takie ‚post-nowoczesne’ w nie-najlepszym tego słowa znaczeniu, czyli takie nijakie, brzydkie wręcz (rzec by można, ale nie trzeba, bo to zraniłoby ego), albo napuszone, albo w ogóle nie wychodzi…
I tacy jak wyżej wspomniany (a podejrzewam, że jest ich tysiące, jeśli nie miliony) może sobie jedynie pomarzyć, że to upragnione, wiekopomne dzieło jeszcze przed nim… aż do czasu kiedy zrozumie, że to bzdura i dzieła nie będzie, a pomnik to co najwyżej ze spiżu (choć prędzej z piasku… i nawet nie na plaży, tylko w piaskownicy)… i to wydawało mi się straszne…

Reporterka:
I Ty jesteś jednym z tych tysięcy?

Artysta:
Nie, no nie… Ja jestem artystą…

Reporterka:
Taa… A wiesz, że tak myślałam, że tak powiesz… Czyli, dla jasności, masz za sobą jakieś wykształcenie kierunkowe?

Artysta:
No nie, właściwie to jestem artystą samoukiem, ale to chyba mnie nie dyskwalifikuje…?
Poza tym, jak zacząłem tworzyć te dzieła i jak o tym wszystkim myślałem, to nawet gimnazjum nie miałem skończonego, więc wiesz…

Reporterka:
Aha. Kontynuuj proszę. I powiedz w takim razie co ta niemożność tysięcy miała wspólnego z Tobą, skoro Ty byłeś… jesteś artystą…

Artysta:
Tak… Wracając…
To chyba mogę powiedzieć, że ja w pewnym momencie (dla mnie ważnym, więc się nie nabijaj) postanowiłem ulżyć tym tysiącom, dać im szansę stworzenia tego dzieła…
I tak otworzyłem nowy kierunek w sztuce nowoczesnej.

Reporterka:
Otworzyłeś nowy kierunek?

Artysta:
Tak…

Reporterka:
Serio?

Artysta:
No, a czemu?

Reporterka:
Aha… Kontynuuj.

Artysta:
Otworzyłem…
Aha… I jeszcze jedno… Bo widzisz… ja, już wcześniej zastanawiałem się też nad czymś zupełnie innym… a mianowicie jaki mógłby być kolejny krok w sztuce. Były już piękne obrazy, były wspaniałe rzeźby, później przyszedł czas na dziecięce bazgroły, później pojawiły się: zwykła puszka, białe kwadraty na białych tłach i to wszystko była sztuka. I to wszystko ubogacało… To wszystko na coraz to inne sposoby docierało do duszy odbiorcy… ale nie do końca… nie do każdej…
Ja chciałem, żeby moja sztuka poszła o krok dalej… żeby w pełni docierała do tej duszy… i dała szansę tej duszy wyrazić samą siebie…
I w końcu wymyśliłem… Już wiedziałem jak połączyć moje pragnienia – umożliwienia tysiącom tworzenia sztuki tak jak i ja ją tworzę i jednocześnie pójścia w sztuce o krok dalej niż ktokolwiek inny… pójścia o krok bliżej w kierunku duszy odbiorcy…

Reporterka:
Poprzez dzieła nieistniejące?

Artysta:
Tak…
I tak teraz mogę powiedzieć, że dzięki temu jednemu małemu kroczkowi, po pierwsze w mojej sztuce docieram do duszy odbiorcy dużo bardziej niż wcześniejsi twórcy. Pozostawiam bowiem odbiorcę z nim samym. Mógłbym postawić przed odbiorcą lustro, ale nawet lustro sprawia, że miałby on punkt odniesienia. Dzięki zabraniu tego lustra – odbiorca podczas kontaktu z moim dziełem spotyka się tylko i wyłącznie z własną duszą… bez kontaktu ze mną, bez kontaktu ze światem zewnętrznym, bez kontaktu z własnym odbiciem w lustrze… on spotyka się z samym sobą…
I w tym spotkaniu… z odbiorcy staje się jednocześnie twórcą… bo jedyne co ma, to impuls w postaci kilku słów – tytułu mojego nieistniejącego dzieła… przykładowo: „rodzina”, albo „cztery miliardy głupców” albo te „kobiety, które mnie zmieniły”… i odbiorca wie, że ja stworzyłem „rodzinę” na bazie własnych przeżyć, własnych emocji… a jednocześnie nie wie jakich, może zgadywać, ale w tym zgadywaniu on zaczyna tworzyć… on projektuje na moją nieistniejącą rzeźbę swoje emocje, swoje uczucia, swoje myśli z „rodziną” związane…
I dzięki temu stajemy się sobie bliżsi – ja i ten odbiorca, obaj jesteśmy w tym momencie twórcami, obaj jesteśmy w tym momencie w kontakcie z własnymi duszami, obaj tworzymy brylanty…
I dlatego między innymi tworzę dzieła, które w ogóle nie istnieją…
I jak? To lepsze wytłumaczenie od poprzedniego?

Reporterka:
Co?… No… Tak… to brzmi zdecydowanie lepiej niż, że to „takie fajne po prostu”… I widzisz, jednak jest tam coś głębszego w tym co tworzysz… ale powiedz jeszcze więcej… o tych dziełach może…

Artysta:
O dziełach?…
Dzieła są przeróżne… Bo są takie, w których staram się w sposób możliwie najwierniejszy oddać własną myśl, albo uczucie, ale są też takie, w których nie jest to najważniejsze. Często przyświeca mi idea przekazania czegoś sensownego w tym co tworzę, ale czasami po prostu bawię się nieistniejącą materią i pozwalam sobie na stworzenie zwykłych „pamiętników”… dzieł stworzonych by uwiecznić moment ich tworzenia. Tworzę obraz dotyczący jakiegoś trudnego przeżycia lub jakiegoś ciekawego miejsca; historycznie doniosłej sytuacji lub sytuacji prozaicznej, bez zastanawiania się czy postaci współgrają przy formowaniu pierwszego, drugiego, trzeciego planu… Tworzę rzeźbę wynikłą z miesięcy przemyśleń lub ze słowa, myśli, które akurat się pojawią w głowie i czują potrzebę ujścia w świat sztuki…
To co tworzę nie zawsze jest odkrywcze, a jednocześnie w momencie spotkania z odbiorcą staje się takie… staje się niepowtarzalne… I co najciekawsze – w kontakcie z każdym innym odbiorcą moje dzieło jest inne… Moje dzieło się zmienia… Nasze dzieło… jest tworzone przez nas za każdym razem na nowo…
I dzięki temu, ten człowiek, który sam pędzlem czy rysikiem nie byłby w stanie dotknąć swojej duszy, współtworząc ze mną moje obrazy tej duszy jak najbardziej dotyka… a jednocześnie dotykając swojej duszy w kontakcie z moim obrazem, dotyka dusz innych obserwatorów, innych współobecnych mu twórców…
I dlatego uważam, że warto tworzyć takie dzieła…
I dlatego uważam, że otworzyłem nowy kierunek w sztuce… tylko jeszcze go nie nazwałem…

Reporterka:
Hmm… No dobrze… Powiedzmy, że to ma sens… to co mówisz… to co tworzysz…
Ale zdajesz sobie sprawę, że wielu mogłoby tworzyć takie dzieła…

Artysta:
Jak najbardziej…
I o to po części chodzi…
Ale dokładnie takich jak ja, to nie mógłby każdy…
Bo podobnie można powiedzieć, że przecież każdy mógłby namalować biały kwadrat na białym tle czy namalować puszkę z pomidorami, ale w tamtych pracach jest jednak coś więcej… jest cząstka tych twórców, tych konkretnych z całym ich bagażem doświadczeń życiowych, przemyśleń, emocji, wcześniejszych dzieł, późniejszych… i to zapewnia tym obrazom wyjątkowość… i to daje odbiorcom zupełnie inne doświadczenia niż wszystkie te późniejsze puszki, kwadraty, trójkąty czy prostokąty…
I pewnie, że te różne dzieła (ich, moje) są na swój sposób (technicznie) powtarzalne… no, ale gdybyśmy tworzyli dzieła niepowtarzalne to fałszerze sztuki stracili by pracę, a przecież nie o to chodzi…
W tej całej sztuce nie jest przecież wcale ważne czy technicznie będzie to do odtworzenia… Nie jest też ważne ile czasu poświęcimy na wykonanie naszego dzieła, bo to może być całe życie, którego nam braknie (Gaudi tak miał z Sagrada Familią) lub to może być sekunda, która wystarczy na stworzenie idealnego zdjęcia… Nie jest ważne jakiego materiału użyjemy…
Ważne jest jakie emocje do tej naszej sztuki włożymy, jakie emocje uchwycimy w naszym dziele i jakie wywołamy, ważne jaki przekaz umieścimy w czymś co normalnie mogłoby być beztreściowe, pozbawione emocji. Sztuka to przecież umiejętność wywołania u odbiorcy wrażenia, emocji, bez względu na to czy użyjemy setek ton kamieni do stworzenia piramidy, kilku kropli farby czy materii nieistniejącej. Sztuka to umiejętność przekazania własnych emocji poprzez wybrane medium tak, aby wywołały do tablicy emocje odbiorcy, aby odbiorca mógł się z własnymi emocjami spotkać…
Ja, podobnie jak i inni twórcy, włożyłem w swoje dzieła wiele emocji i myślę, że dobrze uchwyciłem w nich emocje innych. I te emocje ludzie chyba odczuwają. I to się im udziela… I to sprawia, że i oni wkładają wiele emocji w interpretację tych dzieł… we współtworzenie tych dzieł razem ze mną… w tworzenie dzieł własnych…

Reporterka:
Hmm… No dobrze… niech będzie… choć tak do końca to nie jestem pewna czy Ty tak na serio to wszystko mówisz, czy tylko się nabijasz?

Artysta:
Haha… I o to też czasami w sztuce chodzi… Nieprawdaż?

Reporterka:
Hmm… nie wiem… Ale…
Dobrze… czyli tworzysz obrazy, rzeźby?

Artysta:
Tak. Zacząłem od obrazów i rzeźb, ale później postanowiłem stworzyć też nieistniejący film z nieistniejącymi aktorami.

Reporterka:
Ten film jest wyświetlany w MoMa?

Artysta:
Tak, a rzeźby i obrazy są między innymi w Tate Modern.

Reporterka:
Tak…
Możemy więc chyba powiedzieć, że jesteś sławny…

Artysta:
Chyba tak…

Reporterka:
A bogaty?

Artysta:
Haha…

Reporterka:
Nie… serio… Sprzedajesz te swoje dzieła może?

Artysta:
Tak. Jak najbardziej.

Reporterka:
Drogo?

Artysta:
Drogo…

Reporterka:
No, to jesteś bogaty?

Artysta:
Pozwolę sobie nie odpowiedzieć na to pytanie…

Reporterka:
No dobrze… To wracając do tych dzieł… Skoro to są dzieła nieistniejące, to skąd można mieć pewność, że te nieistniejące dzieła są na pewno Twoje, a nie są to jakieś „nieistniejące” falsyfikaty?

Artysta:
A, bo widzisz, ja do każdego sprzedanego dzieła dołączam certyfikat. Mam spisaną listę tych wszystkich dzieł i wszystkich certyfikatów i jeśli ktoś potrzebuje zweryfikować prawdziwość dzieła może to zrobić u mnie podając dane z certyfikatu.

Reporterka:
Sprytne.

Artysta:
Dzięki.
Aha, i można też zamówić u mnie reprodukcję mojego dzieła – te reprodukcje są tańsze…

Reporterka:
No widzisz… To też sprytne…
Dobrze… czyli drogo sprzedajesz swoje dzieła i być może jesteś bogaty… ale sławny jesteś na pewno, wiem bo sprawdzałam… no i prowadzę z Tobą ten wywiad… czyli musisz być sławny… To mam jeszcze takie pytanie – czy odczuwasz to, że jesteś sławny?

Artysta:
Właściwie to jakoś specjalnie się nad tym nie zastanawiam… Traktuję sławę jako pochodną wartości tego co tworzę… I pewnie trochę korzystam z tej sławy… I dopóki będę widział w tym sens, będę z niej korzystał… I w sumie, to można powiedzieć, że w związku z tym nawet trochę cieszę się z tej sławy…

Reporterka:
A jak konkretnie z niej korzystasz?

Artysta:
Dzieląc się z innymi tym co mnie ciekawi… co jest dla mnie ważne… co uważam za wartościowe… bo mam wrażenie, że to co robię jest dobre i że warto…
I oczywiście, jak nie byłem sławny to robiłem właściwie to samo… Teraz po prostu zwiększyła się trochę grupa odbiorców moich dzieł…

Reporterka:
No dobrze. Czyli póki co jesteś sławny i korzystasz z tej sławy dzieląc się z innymi swoją sztuką… Może po tym wywiadzie się to zmieni, ale…

Artysta:
No nie mów… Ty to chyba jakoś zredagujesz?

Reporterka:
Nie, no oczywiście.

Artysta:
I dasz mi do autoryzacji?

Reporterka:
Tak…

Artysta:
No…

Reporterka:
Dobrze.. Już?

Artysta:
Już… Co chciałaś?

Reporterka:
Ha ha…
Wiem już, że uważasz się za artystę tworzącego dzieła ważne… Ale czasami te Twoje dzieła wydają mi się kontrowersyjne… I chciałam Cię zapytać czy Ty się za takiego artystę uważasz… Czy jesteś artystą kontrowersyjnym?

Artysta:
Czy jestem takim artystą to nie wiem, nie mnie to oceniać… A czy uważam się za artystę kontrowersyjnego? Raczej nie… Mam wrażenie, że moją sztukę każdy może odebrać po swojemu, nie czuję, żeby było w niej coś kontrowersyjnego…
Natomiast uważam się za artystę tworzącego chwilami tak zwaną sztukę zaangażowaną… Nie zawsze, ale czasami…

Reporterka:
Hmm… Rozwiniesz to?

Artysta:
Tak.. Bo widzisz… to co tworzysz zawsze wynika z chwili…, z chwili w której aktualnie się znajdujesz… z tego jaka ta chwila jest dla Ciebie… jakie emocje budzi… I ja tworzę każde dzieło w konkretnej chwili… z konkretnymi emocjami… z konkretnej potrzeby, która we mnie narasta i czasami to jest potrzeba zaangażowana, a czasami potrzeba niezaangażowana…

Reporterka:
Aha… Rozwiń dalej… o tym zaangażowaniu…

Artysta:
O zaangażowaniu…
Widzisz… wydaje mi się, że dobra rzeźba zaangażowana, dobry obraz zaangażowany, powinien konfrontować ludzi z ich własnymi przekonaniami… mobilizować do myślenia, zastanowienia czy aby na pewno to w co wierzą jest słuszne, a jeśli tak, to czy potrafią obronić swoją tezę w spotkaniu z drugą osobą, która myśli inaczej… obronić przy pomocy argumentów, nie kamieni…
Bo widzisz, mnie osobiście bawi szukanie argumentów za i przeciw… To rozwija, daje szerszą perspektywę. Oczywiście bywa niebezpieczne, bo może się okazać, że nie potrafisz znaleźć kontrargumentu dla zdania, z którym wydaje Ci się, że się nie zgadzasz, ale to też rozwija… bo dowiadujesz się czegoś o sobie…
I ja czasami tworzę takie obrazy, które mają… mogą sprawić, że człowiek stanie właśnie naprzeciwko swych własnych poglądów, albo poglądów całkowicie sprzecznych z tym w co wierzy… i te moje obrazy… może to właśnie nazywasz kontrowersyjnością… mogą budzić u niektórych ludzi niepokój… zwłaszcza jeśli Ci ludzie nie mają kontr-odpowiedzi… ale mogą też dać szansę człowiekowi na głęboką rozmowę z własną duszą… umysłem… zwał, jak zwał… i dotarcie do swojego własnego poglądu, który sprawi, że obraz nie będzie drażniący… będzie jedynie zobrazowaniem jednego z możliwych zdań w dyskusji… ciekawej dyskusji…

Reporterka:
Ciekawe… a czy to znaczy… czy można tak powiedzieć, że Ty chciałbyś zmienić ludzkie myślenie? Zmienić świat? Na lepsze?

Artysta:
Uch… To grube…
Po pierwsze, jeżeli rozmawiamy o moich obrazach i rzeźbach, to tak jak mówiłem, na pewno nie wszystkie są z tej opcji – „zaangażowane”… To tylko część z nich jest taka, reszta jest z innej bajki… Czyli nawet jeśli chcę zmienić świat, to nie zawsze, tylko czasami…
A po drugie, odnośnie tej zmiany…
Na pewno nie chcę zmienić świata na lepsze…
I generalnie nie czuję potrzeby zmieniania tego świata, tak jak mają to niektórzy twórcy, którzy w całości tworzą sztukę zaangażowaną…
Ja zwyczajnie czasami mam ochotę zmienić świat… nie czuję potrzeby, ale mam ochotę… i nie na lepsze… tylko na takie, które mi bardziej odpowiada.
Zresztą tak jak wszyscy. Jedni robią biznesy, inni politykują, inni tworzą… Wszyscy zmieniają świat w taki sposób, aby dla nich stał się lepszy… A jeżeli przy okazji zmienia się ten świat na lepsze dla innych to tylko taki bonus jest…

Reporterka:
To trochę egoistyczne podejście…

Artysta:
Tak… no, ale przecież wiesz, że wszyscy tak mają, że przecież altruizm nie istnieje, że istnieje tylko egoizm, który czasem zdaje się altruistyczny, jednak to wciąż egoizm…
Ale…
To dłuższy i, w sumie, dosyć oklepany temat… więc o tym może później, albo wcale? bo Twoje czytelniczki totalnie się zanudzą czytając to… Dobrze?

Reporterka:
No ok… Niech Ci będzie… Ale tak jak mówiłam, ja to przeredaguję i pewnie wytnę większość tych Twoich przemyśleń…

Artysta:
No dzięki, to po co ja się w takim razie produkuję?…

Reporterka:
Tak…

Artysta:
Tak?

Reporterka:
Tak…
Dobrze, odejdźmy na chwilę od Twojego zmieniania świata…
I powiedz jak to jest z Twoją zmianą… bo mówiłeś że jesteś samoukiem, ale przecież człowiek nigdy nie istnieje w próżni… zawsze ma jakiś mentorów, kogoś na kim się wzoruje, kogoś czyją myśl rozwija… po swojemu oczywiście… I Ty pewnie też miałeś jakichś mentorów, na kimś się wzorowałeś… czyjeś obrazy, rzeźby, czyjś świat zmieniał Ciebie… Czyj? Przy kim się rozwijałeś? Kto był Twoim mentorem?

Artysta:
Moim mentorem?… Hmm… Było ich wielu… I wiele było takich dzieł i dziełek, które mnie rozwijały…
Moimi mentorami byli: Warholl – ten od puszki z pomidorami, Malewicz – ten od kwadratów, Picasso – ten za całokształt, Kandinsky – podobnie, Escher, no… po prostu Escher…
Czerpałem z abstrakcjonistów, minimalistów, nihilistów. Mogę powiedzieć, że mój sukces ma wielu rodziców…

Reporterka:
To rzeczywiście wielkie nazwiska… A opowiesz jak na Ciebie wpłynęli?

Artysta:
Na razie wolałbym nie… może później…

Reporterka:
Hmm…
No dobrze…
To może powiedz w takim razie jak powstają pomysły na Twoje dzieła? Tak konkretnie. Skąd czerpiesz inspirację.

Artysta:
Inspirację?…
Tak…
Tylko, zanim o tym, to pamiętaj, że to co mnie inspiruje nie jest do końca ważne przy odbiorze moich dzieł… Te fakty są ważne dla mnie… i pewnie ktoś może z nich skorzystać przy odbiorze, zainspirować się tym przy tworzeniu własnych dzieł, ale nie musi… bo to zawsze jest tak, że poznając historię artysty coś zyskujemy, ale i coś tracimy… to już nie będzie czysty kontakt z danym dziełem… po poznaniu historii artysty możemy włączyć tę historię do jego dzieła i nadbudowywać własne na tej historii lub możemy to własne budować w kontrze, możemy widzieć pełniej, mniej, możemy widzieć coś zupełnie innego niż autor w danym temacie… I to może ubogacać, ale trzeba zdawać sobie sprawę z tego i nie pozwolić własnemu umysłowi zamknąć się w historii artysty… I warto się zastanowić czy na pewno chcemy poznać tę historię…

Reporterka:
Ja chętnie ją poznam… I myślę, że nasze czytelniczki też będą chciały… a jeśli nie, to zrezygnują z czytania w tym momencie…

Artysta:
No dobrze…
Czyli inspiracja…
U mnie ta inspiracja pochodzi przede wszystkim z życia… z tego co widzę, z tego co myślę, z tego co odczuwam, z tego co przeżywam…
Bo widzisz, jestem człowiekiem, który bardzo często się myli, potyka w swoim widzeniu rzeczywistości. Jestem człowiekiem, który bardzo często rozumuje na poziomie przedszkolaka i nie rozumie tego otaczającego go świata i ten świat go przeraża i zachwyca każdego dnia.
I lubię te swoje rozumowania, bo one są takie proste, takie prawdziwe… ale i takie niedogolone, chropowate, szorstkie… takie niedomyślone do końca…
Czasami myślę sobie na różne tematy, niektóre błahe, inne bardziej podstawowe, niektóre oczywiste, inne budzące mieszane emocje zarówno we mnie jak i w społeczeństwie…
Nie znam odpowiedzi na podstawowe pytania, ale nie przeszkadza mi to… nie uważam, że moje zdanie jest w jakikolwiek sposób gorsze (ani lepsze) od zdań innych osób zajmujących się sprawami tego świata. Jest może prostsze, bardziej naiwne, ale myślę, że to czasami lepiej…
Zdaję sobie bowiem sprawę z tego, że tak naprawdę nie możemy powiedzieć co i czy w ogóle coś jest jedynie słuszne. Przyjmuję, że może być jak twierdzą Ci, którzy zajmują się daną tematyką, ale nie musi… a przynajmniej nie zawsze… nie w sprawach najważniejszych… i ja nie uzurpuję sobie prawa do posiadania na te tematy wiedzy, ale przyznaję sobie prawo do rozumowania i mówienia na te tematy.
Nawet w taki trochę niedogolony sposób… I to pierwsza inspiracja…
Oprócz tego widzenia rzeczywistości i myślenia o niej, jest też odczuwanie… Odczuwam całym sobą. Jak mnie coś zachwyca, to zachwyca mnie całego i czuję ciarki przechodzące przez całe moje ciało. A jeśli mnie coś nie zachwyca, to też to czuję. Kiedy się czegoś boję i kiedy czuję się wszechpotężny, kiedy kocham i kiedy nienawidzę… I to druga inspiracja…
I na koniec jest przeżywanie… Moje myśli i moje uczucia kierują mnie w pewne miejsca, wpędzają w pewne sytuacje, w których muszę się odnaleźć, jak każdy zresztą… I to trzecia inspiracja…
I to mnie inspiruje. To co wymyślę, to co poczuję, to co przeżyję…
Czasami ta inspiracja jest bardziej krotochwilna, wynikająca z krotochwilnych myśli i uczuć, które bardzo szybko przeradzają się w krotochwilne działania i krotochwilne dzieła.
Czasami jednak gdy przychodzą spokojniejsze dni i dzieje się mniej, gdy człowiek usiądzie w swojej własnej pustelni (swojego umysłu), to do głosu dochodzą te myśli i uczucia niedogolone, myśli trudne, myśli ważne, uczucia których czasami się boimy, które mogą nam nieźle namieszać w głowie. Można te uczucia i te myśli wykasować zaraz na wstępie, ale czasami można im pofolgować i stworzyć na ich podstawie nieistniejący obraz, nieistniejącą rzeźbę, nieistniejący film…
I tak to właśnie jest z tą moją inspiracją.

Reporterka:
Czyli, jak rozumiem, czerpiesz inspirację ze wszystkiego…
Hmm…
Rozumiem, że nawet z naszego spotkania mógłbyś?

Artysta:
O, oczywiście…

Reporterka:
Dobrze…
Wróćmy w takim razie do początków… Pamiętasz może swoje pierwsze rzeźby, obrazy? Pierwsze inspiracje? To się chyba pamięta? W Twoich początkowych dziełach często pojawiała się kwestia bogów i wiary… I o ile dobrze pamiętam, to Twoim pierwszym obrazem był „towarzysz Bóg…”, powiesz coś o tym?

Artysta:
Hmm… Tylko to już zaczynają być takie bardziej osobiste tematy… Jesteś pewna?

Reporterka:
Jeśli nie chcesz, nie musisz… Ale pamiętaj, że zawsze później możemy wykasować pewne fragmenty, którymi nie będziesz się chciał podzielić ze światem…

Artysta:
No… to dobrze…
Bo wiesz, w życiu są takie historie, które opowiada się przy włączonym mikrofonie i takie, które przy wyłączonym, po cichu, przy świecach lub nad kieliszkiem wódki…

Reporterka:
Wiem… I nie będę naciskać… ale będę wdzięczna za każdą taką historię, którą się zechcesz podzielić z czytelniczkami…

Artysta:
No dobrze…
Czyli pytałaś o „towarzysza Boga”…
Tak. To faktycznie był pierwszy obraz…
/…/
Wieje, jest mi zimno, deszcz siecze twarz, na powiekach pojawiają się igiełki lodu, widzę na 10 metrów do przodu… Czyżby Bóg mnie opuścił? Oszukał? Boże pomóż. Boże, nie opuszczaj mnie… Chyba był obok… może tylko też się trochę pogubił, bo ciemno i mgła… przecież ten dobry uczynek… Boże…
Wróciłem do tego trefnego rozwidlenia… Byłem cały przemoczony… Gdzie iść? Już tylko dwie drogi, ale która dobra, nie wiem… Boże pomóż.
Wiedziałem, że stanie w miejscu nie ma sensu… Czułem jak palce stóp zaczynają mi marznąć… Jak stałem to dygotałem z zimna… Było już całkiem ciemno i ze wszystkich stron słyszałem jakieś dziwne odgłosy… Czy to zwierzęta? Czy to ludzie? No, trochę się bałem…
Schodzić na dół nie chciałem, zresztą też się trochę obawiałem, że i tam się już teraz zgubię, bo jednak wychodzenie pod górę a schodzenie w dół to nie to samo, ścieżki układają się inaczej w Twojej głowie i można się pomylić nawet jeśli szło się tamtędy kilka minut wcześniej w ciągu dnia, a co dopiero w nocy…
Poszedłem więc jedną z pozostałych dwóch dróg, już nie wiem którą, nie pamiętam, tak się bałem czy trafię, gdzie dojdę… Bałem się czy ktokolwiek będzie się o mnie bał, przecież w domu wiedzieli, że rano wyszedłem, żeby jechać ze znajomymi, więc pewnie jestem z nimi; znajomi wiedzieli, że nie dotarłem na spotkanie, więc prawdopodobnie zostałem w domu. Czyli generalnie nikt w tym momencie nie wiedział gdzie jestem… łącznie ze mną… Aha, i pamiętaj, że wtedy komórki nie były jeszcze aż tak popularne jak teraz i ja takowej przy sobie nie posiadałem… Czemu poszedłem sam, dlaczego tak głupio zrobiłem, przecież wiedziałem co mogło się wydarzyć… i to potęgowało mój strach.
Patrz, w tej chwili znowu czuję to co tam czułem… (śmiech)… znów jestem przemoczony i nie wiem gdzie iść, brr…
Panie Boże, bardzo Cię proszę, dlaczego wystawiasz mnie na próbę, pomóż bym trafił, boję się. Pamiętaj… Dobry uczynek… Chyba był dobry… Nie uważasz? Nie oczekuję pochwały… ale pomocy… przydałoby się…
Strach – już wiedziałem co on oznacza… głęboki oddech… muszę się uspokoić, nic nie widzę… którędy iść? dlaczego tamtędy było źle? która to była droga? to tędy? Boże pomóż. Szedł obok, patrzył na mnie… a może po prostu taką miałem nadzieję… ale prawie go widziałem… na pewno tam był… szedł…
Czy miało mnie spotkać to samo co wszystkich, którzy jak ja, wyszli samotnie na prosty, zdawałoby się szlak? Dlaczego? Czy tak samo myśleli inni…
Zaraz, to dobra droga. Chyba, nie, nie wiem. Tak, tu braliśmy gałęzie ostatnim razem. Trafiłem… Chyba… Serce biło mi coraz szybciej, ale powoli rzeczywiście poznawałem drogę, tak to tutaj, to ta polana, tu się skręca, widać na 30 metrów.
Idę dalej, tam się szło właśnie tak trawersem pod górę… teraz wiem, że idę dobrze, dziękuję, bardzo dziękuję. Panie Boże, dziękuję. Uśmiechnął się chyba…
Zaraz, czy to na pewno tu…, nie pamiętam, gdzie ta bacówka, to musi być tu…
Tak…
Doszedłem…
Odetchnąłem…
Naprawdę głęboko odetchnąłem…
Byłem cały przemoczony… z jednej strony przez ten deszcz, z drugiej przez to, że jak zauważyłem, okrutnie się spociłem, prawdopodobnie ze strachu… Jak wszedłem do chatki zacząłem dygotać z zimna lub z emocji i tak przeokrutnie się ucieszyłem, że zobaczyłem znajomych… Poczułem się jak w domu… To Bóg mnie tam doprowadził… Wiedziałem o tym, to on pomógł mi odnaleźć dobrą drogę… I byłem mu za to bardzo wdzięczny… Nikt nie mógłby mnie wtedy przekonać, że Bóg nie towarzyszył mi podczas tej wędrówki… On tam ze mną był… nawet jeśli go nie było, nawet jeśli nie istniał…

Reporterka:
„Łał”… To brzmiało… „Łał”…
I wtedy stworzyłeś obraz: „towarzysz Bóg”?…
A może też tę rzeźbę: „przyjaciele”?

Artysta:
Jeszcze nie… poczekaj… ochłonę…

Reporterka:
Ok…

Artysta:
Yhhm…
Co do rzeźby to ona jest z dużo późniejszego okresu i o tym opowiem Ci za chwilę… a obraz…
Sam obraz stworzyłem jakoś tydzień po tym wyjeździe, ale ta wędrówka mnie zainspirowała do tego… Mój pierwszy nieistniejący obraz, a zarazem pierwszy z nieistniejących obrazów boga.
Kolejny tydzień po tym zdarzeniu zaowocował zresztą jeszcze innymi obrazami… i przeżyciami, które były tak odmienne od tego co przeżywałem wcześniej…
Jeszcze w górach zrodziła się idea kolejnego obrazu – „ciężar tajemnicy”… To był chyba nawet trudniejszy obraz od poprzedniego…

Andrzejki upłynęły nam bardzo przyjemnie…
Wtedy w górach byliśmy taką twórczą ekipą… Zresztą, w ogóle to dzięki tej twórczości się poznaliśmy, na takim obozie… Tak więc wszyscy coś tam malowali, między innymi ja, albo na czymś grali, coś pisali, ja zresztą wtedy też pisywałem… bloga… I dużo debatowaliśmy o sztuce… Było bardzo przyjemnie… Ja po tych prawie mistycznych przeżyciach… Rozmawialiśmy o bogu… o tym jak takie przeżycia można wyrazić, jak tworzyć sztukę o bogu, ale i o życiu, o lękach i odwadze, o smutkach i radościach… i o tym czym jest dla kogo sztuka… o tym, że nie każdemu dane jest móc wyrazić się tak jakby chciał… i różne takie tematy tam były… Bardzo fajny czas to był… Ale… wszystko się kiedyś kończy… Dla mnie tuż przed wyjazdem do domu…
Już nie pamiętam jak to wyszło, ale Janek, jeden z kumpli, zapytał nas w pewnym momencie o naszych znajomych – parę, która akurat została w mieście… zapytał o coś, o czym tylko ja wiedziałem, reszta mogła co najwyżej coś podejrzewać… tak mi się przynajmniej zdawało… To było dziwne… i trudne…
Zatkało mnie. Czy on mógł o tym wiedzieć? Patrzył na nas i czekał na to czy ktoś coś powie, ale nikt się nie odezwał… Ja też patrzyłem po ludziach i jestem prawie pewien, że oni nie wiedzieli… Gdyby wiedzieli, to ich twarze mówiłyby co innego… Nie wiedzieli… Nie usłyszał odpowiedzi na swoje pytanie, gdyż nikt oprócz mnie o tamtej sprawie nie wiedział. Zrobiło mi się jakoś dziwnie, dlaczego teraz pytał, dlaczego przy mnie?
To był pierwszy raz kiedy tak świadomie dochowywałem cudzej tajemnicy… Nie wiem czy poprzedni dzień miał z tym jakiś związek, ale to uczucie, które mi się wtedy pojawiło… znowu było inaczej… już nie było super fajnej atmosfery andrzejkowej… Dzień wcześniej lęk o własne życie… teraz lęk o życie cudze… to chyba nawet gorszy lęk… Nie wiem czy gdybym powiedział to co wiedziałem o moich znajomych, czy to by jakoś mocno zmieniło ich życie, ale na pewno mogło… A nie chciałem tego… Wiedziałem, że oni nie życzyliby sobie tego, żeby cały świat o tym wiedział… nasz świat… który przecież wtedy był dla nas całym światem…
W drodze powrotnej sprawa znajomych pojawiła się jeszcze kilka razy, niby przypadkowo, albo faktycznie przypadkowo, więc przez całą drogę musiałem się pilnować, żeby nie dać po sobie poznać, że coś wiem… Nie wiem na ile dobrze mi to szło, bo ludzie dziwnie na mnie patrzyli… ale nic nie powiedziałem… Dotrzymałem cudzej tajemnicy…

Reporterka:
Pamiętasz jeszcze tę tajemnicę?

Artysta:
Tak… To była smutna tajemnica… I nigdy nikomu jej nie wyjawiłem… I nie planuję wyjawiać… To nie była moja tajemnica do ujawnienia… Ja jedynie byłem jej powiernikiem… Zgodziłem się na to powiernictwo… Wtedy chyba po raz pierwszy tak na serio zrozumiałem co znaczy znać cudzą trudną tajemnicę i być z tym samemu… To ogromny ciężar… Ale nie żałuję… Dzięki temu, że oni mi o tej tajemnicy powiedzieli było im lżej… Później rozmawialiśmy o tym jeszcze kilkukrotnie… To im zdecydowanie pomogło…
W każdym razie… Wtedy wróciłem do domu po tamtych Andrzejkach… W kolejnych dniach byłem tak rozchwiany emocjonalnie, że udało mi się pokłócić praktycznie ze wszystkimi znajomymi – nie pamiętam już o co się kłóciliśmy, ale pewnie o jakieś błahostki. Gdzie były moje nerwy, dlaczego były w strzępach, nie miałem pojęcia…
Później z kolei przyszła faza totalnej apatii… W piątek miałem zorganizować imprezę, ale nie wyszło. Poszedłem więc na imprezę do kumpla, gdzie generalnie było mnóstwo fajnych ludzi, ogólnie rzecz biorąc, tak zwana dobra zabawa w fajnym gronie… a ja nie potrafiłem nic poczuć, takie zupełne wyzucie z emocji… Większość się śmiała, żartowała, a ja nie czułem nic… apatia…
Następnego dnia, w sobotę, poszedłem sam do lasu. Wziąłem ze sobą taką mini sztalugę… podobrazia… farby… pędzle… Zazwyczaj, jak miałem takie różne nastroje, to malowanie pomagało… Miałem nadzieję, że i tym razem pomoże… Dotarłem do lasu i usiadłem…
Usiadłem… i… zacząłem płakać…
Ryczałem… Ryczałem tak chyba z dobre pół godziny zanim się uspokoiłem… To było niesamowite, znowu nie wiedziałem co się dzieje, ale tym razem to uczucie było takie wyzwalające. Był w tym smutek, była radość, była ulga, wkurzenie, cała gama emocji… Katharsis…
I wtedy właśnie te wszystkie twórcze puzzle poukładały mi się w głowie… Moje emocje… Jak je przekazać… Jak je odbiorą… Czy inni też tak mają… Jak mają… Jak o tym mówią… A jak nie potrafią… Może im też to ciąży… Może mają własne tajemnice… własne lęki… własne radości… zwrócenie się w stronę sztuki zawsze pomaga… wyzwala… katharsis… już wiem… wiem jak tworzyć… wiem jaki jest ten kolejny krok w sztuce… i w moim życiu… To takie proste… i takie fajne… a jednocześnie takie dobre… mocne… dotykające tego co najważniejsze…
I wtedy właśnie zacząłem tworzyć obrazy nieistniejące…
„towarzysz Bóg”,
„ciężar tajemnicy”,
„apatia”
i „katharsis”…
I to był początek…

Reporterka:
Noo…
Mocne rozpoczęcie…

Artysta:
Tak…
To chyba często tak jest, że musi być coś mocnego, żebyśmy zaczęli robić coś zupełnie nowego, żeby nasze życie się zmieniło… Dla mnie to były tamte dni… Dla innych… No, pewnie dla każdego coś innego…
Ale żeby nie było, że popadłem wtedy w stan jakiegoś artystycznego amoku, czy młodzieńczego musu przeżywania wszystkiego na maksa… Nie… Właściwie to oprócz tego, że od czasu do czasu stworzyłem jakiś obraz, to moje życie wyglądało tak samo jak wcześniej… Nie powiem, że było normalne, bo i wcześniej zapewne nie było, ale wiele się nie zmieniło… jedyna zmiana polegała na tym, że te istniejące farby, istniejące płótna mogłem odłożyć na półkę i zrobiło mi się lżej w plecaku… I moje obrazy też odzwierciedlały to moje normalne nienormalne życie…

Reporterka:
Ciekawe… I co namalowałeś później?

Artysta:
Hmm… Niedługo potem stworzyłem „pozytywne zadziwienie”…
To było po takim spotkaniu poobozowym, z tego obozu dla twórczych dzieciaków, tego na którym poznałem ekipę, z którą byłem w Bieszczadach… No i to spotkanie poobozowe to było z pół roku po samym obozie… chciałem zobaczyć wtedy dziewczynę, która mi się na tamtym obozie podobała, ale była z innego rejonu Polski i później jakoś nie dane nam się było widzieć… No i niestety wtedy też nie przyszła…
Za to przyszli inni, tylko zachowywali się tak jakoś inaczej niż na obozie… Dziewczyny, które uważałem za uosobienie pokory, okazały się być całkiem szalone – pozytywnie… A te szalone jakby się uspokoiły, wciąż były szalone, ale jakby już trochę spokojniej szalone… Faceci też się zmienili… I ja też…
Niby minął niecały rok, ale wszyscy się tak bardzo zmieniliśmy… i oni i ja… zachowywaliśmy się inaczej… inaczej myśleliśmy… inaczej widzieliśmy świat… inne rzeczy nas interesowały… inne dziwiły, niż pół roku wcześniej… ot dorastanie… Wiesz, jak człowiek siedzi w ławce szkolnej z ludźmi, z którymi widzi się codziennie to tego tak nie widzi… zmiana postępuje dzień za dniem i jest praktycznie niezauważalna… ale jak spotka kogoś niewidzianego przez prawie rok… Zwłaszcza w wieku lat nastu… To wtedy dopiero widzi tę zmianę… A zmiana jest kolosalna…
Bardzo mnie to wszystko pozytywnie zdziwiło, Ci ludzie… ale przede wszystkim to moje zrozumienie, że się zmieniamy… z dnia na dzień jesteśmy coraz to inni… wtedy to jakoś tak mocniej do mnie dotarło… i to było takie pozytywne… Wróciłem wtedy do domu zadumany i stworzyłem obraz „pozytywne zadziwienie”.

Reporterka:
To ciekawe z tą zmianą i z tym zadziwieniem…
Ale wiesz, zaciekawiło mnie jeszcze coś innego z tej opowieści…
Ta dziewczyna, która Ci się spodobała na tamtym obozie… Myślę, że nadszedł już ten moment…
Nasze czytelniczki na pewno chcą wiedzieć czy to była Twoja pierwsza dziewczyna? Pierwsza miłość? A jeśli nie, to czy pamiętasz tę pierwszą?

Artysta:
No w końcu…
Podobno pierwszej się nie zapomina… i oczywiście że i ja pamiętam swoją pierwszą… jeszcze z przedszkola… Jeżeli była jakaś wcześniej to tamtej już nie pamiętam… Ale tą z przedszkola, a i owszem…

Reporterka:
Tak… Aaa… Myślałam jednak o czymś bardziej dorosłym… Powiedzmy z okresu jak miałeś już kilkanaście lat? Gimnazjum? Liceum? Jak chodziłeś już na randki…

Artysta:
No wiesz… tamto było bardzo poważne… Nawet się za tamtą dziewczynę pobiłem z jednym kolesiem…
I chcesz to Ci o tym opowiem…

Reporterka:
Nie…

Artysta:
Miałem wtedy ze cztery, może pięć lat. I chodziliśmy z dzieciakami z osiedla na plac zabaw. Zawsze była jedna lub dwie mamy do pilnowania na kilkanaście dzieciaków – bo to było takie osiedle, gdzie mnóstwo młodych ludzi z dzieciakami było… No i była tam na osiedlu ta dziewczynka, którą lubiłem i z którą się często bawiłem. I był taki chłopak, który dokuczał różnym dzieciakom z tego naszego podwórka… Zazwyczaj starałem się go ignorować, ale raz jeden zabrał jakąś zabawkę tej mojej koleżance. I czara się przebrała/przelała?… Jak się na niego nie wkurzyłem. I raz mu plombę zasadziłem. Aż mu krew poszła… I nie myśl, że byłem jakimś brutalnym dzieckiem… Bo raczej nie byłem, raczej się nie biłem… Ale wtedy musiałem… Zabrał zabawkę mojej kobiecie… doprowadził ją do płaczu… No, nie mogłem tego odpuścić…
No… oczywiście później to musiałem odpokutować. Bo chłopak się popłakał, poszedł do którejś z tych mam, które się nami wtedy opiekowały i się poskarżył… I dostałem karę… musiałem przez resztę czasu siedzieć przy nich na ławce. To była wtedy straszna kara… Ale satysfakcję miałem… moja kobieta mogła się spokojnie bawić, a ten chłopak już nigdy więcej zabawek jej nie zabierał… a przynajmniej nie kiedy ja byłem w pobliżu…

Reporterka:
trzeba…
Nie trzeba… było…
No ale dobrze… piękna historia… I aż dziw, że nie stworzyłeś obrazu „podwórkowy bohater”… Aczkolwiek trochę to seksistowsko zabrzmiało… Trochę to było w stylu „mały macho broni swojej kobiety”…

Artysta:
Hmm… wiesz…
Pewnie mógłbym to opowiedzieć trochę inaczej, nawet troszkę zniekształcić fakty, np.
„I raz mu miałem plombę zasadzić, ale zanim zdążyłem podbiec, to patrzę, a ta moja koleżanka tylko się do mnie uśmiechnęła widząc jak zmierzałem jej na ratunek i jak mu nie przyfasoli, temu chłopakowi. Aż mu krew poszła…
Oczywiście później to musiała odpokutować. musiała przez resztę czasu siedzieć przy nich na ławce. To była wtedy straszna kara… W geście solidarności podszedłem do niej i siedzieliśmy razem. Ale satysfakcję mieliśmy… moja koleżanka od tego czasu mogła się spokojnie bawić, a ten chłopak już nigdy więcej zabawek jej nie zabierał…”
Tak byłoby lepiej?

Reporterka:
Ha… ha… Dużo…
Ale to wcale nie chodzi o zniekształcanie faktów, tylko o to podejście: „Ja Tarzan bronię Jane”…

Artysta:
Tia… Ale tak było… No cóż, ja miałem wtedy kilka lat i to było takie w pewnym sensie naturalne dla mnie…

Reporterka:
To znaczy, że teraz nie jest? A poza tym to jest kwestia tego jak to opowiadasz. Wiesz, to stwierdzenie „moja kobieta”, tak wtedy myślałeś czy teraz?

Artysta:
Hmm… Na pewno teraz jest inaczej jeśli chodzi o moje podejście do bicia ludzi… Ale jeśli chodzi o „moją kobietę” to… myślę, że wtedy to było bardziej na poziomie emocji niż wyartykułowania tego w formie „moja kobieta” czy „mój mężczyzna”. Więc to bardziej teraźniejsze określenie, które miało wyrazić tę bliskość, która nas łączyła, to swego rodzaju przywiązanie, takie na bardzo podstawowym poziomie, bez całego zaplecza myślowego dorosłych. Po prostu ta dziewczynka była dla mnie kimś ważnym, z kim lubiłem się bawić, trzymać za rękę, etc. – była „moja” tak jak ja byłem „jej”… I pewnie dlatego tak teraz o tym mówię. Lepiej?

Reporterka:
Trochę.. Niech już tak będzie… Mały macho – bohaterze…
Ale później… Jak już byłeś starszy jak to było z tymi kobietami? W gimnazjum na przykład?

Artysta:
No dobrze…
Gimnazjum…
No to już trochę później niż przedszkole faktycznie… ale i tak prehistoria…
Ale pamiętam… pamiętam…
Na spotkanie z tamtą dziewczyną umówiła mnie znajoma z obozu (tego twórczego) – wiesz ta moja znajoma, to ona była lesbijką i to chyba moja pierwsza znajoma lesbijka była…, ale nie o tym… więc ona miała koleżankę, która wolała chłopców, czyli „heteryczkę”, i która chciała się ze mną umówić… jako, że ja też „heteryk”… i tak to wyszło…
Pisałem wtedy bloga, jak już chyba wspominałem… zresztą, jak to większość nastolatków w tamtych czasach… Wrzucałem tam trochę skanów swoich rysunków, obrazów…
No i byłem na tej randce… Randka normalna, ale w pewnym momencie złapałem się na tym, że przede mną stała bardzo urocza dziewczyna, która najwyraźniej była mną zainteresowana, a ja myślami odpływałem w kierunku swojego bloga i już myślałem jak opisać to nasze spotkanie, jak to odmalować, jakie światło powinna mieć we włosach, jak namalować jej oczy – wiem, zachowanie totalnie nie na miejscu…
Ale to był mój pierwszy taki raz… z dziewczyną, której wcześniej nie znałem… i tym sobie to tłumaczę. Pierwsza taka książkowa pierwsza randka… to chyba nie taki banalny wyczyn i wart odmalowania i opisania na blogu…
I ja tak myślę o blogu, a tymczasem jej orzechowe oczy (o ile facetowi wypada użyć takiego sformułowania) patrzą na mnie jakby zauważyły, że coś jest ze mną nie tak… że gdzieś jej odpływam… ona patrzy… Ja patrzę… Ona… i tak dłuższą chwilę… uśmiechamy się do siebie… no ileż tak można na siebie patrzeć i się uśmiechać… w końcu zacząłem coś mówić…
W każdym razie… wieczór był jeszcze młody, a ja zupełnie nie wiedziałem jak to konkretnie powinno dalej przebiegać. Bo rozmawiać z dziewczyną normalnie to spoko, ale tu chyba jest jakaś konwencja?… Mówimy o swoich zainteresowaniach, słuchamy się nawzajem, szukamy wspólnego tematu, znajdujemy i kontynuujemy? Ale co jeśli nie znajdziemy?…
I tak stoimy sobie przed wejściem do knajpki w przyjemny piątkowy wieczór. Dookoła ludzie niespiesznie zmierzają do klubów lub zwyczajnie zwiedzają miasto nocą… czekamy na resztę ekipy, z którą za chwilę wbijamy na parkiet, a ja zaczynam się coraz bardziej wciągać w tę naszą rozmowę… i w tę dziewczynę…
W pewnym momencie zaczęliśmy rozmawiać o marzeniach i lękach… Dziewczyna z naprzeciwka też je miała… i marzenia i lęki… Widziałem w jej oczach głównie marzenia… Kto wie, może nawet związane ze mną (taką miałem nadzieję). Była atrakcyjną brunetką o orzechowych oczach (jak już wspominałem), szczupłej sylwetce, zdecydowanie zgrabna, wzrost… była ciut wyższa ode mnie, ja później dopiero urosłem… W każdym razie tyle byłem w stanie powiedzieć o dziewczynie po pierwszych piętnastu minutach naszej randki. Niby niewiele, ale jednak…
Co ona myślała o mnie… na pewno stworzyła sobie wcześniej w głowie jakąś wizję na podstawie mojego bloga, którego czytała, oglądała… i wizja ta była na tyle atrakcyjna, że postanowiła sprawdzić czy rzeczywistość odpowiada fikcji… tylko czy odpowiadała… Zazwyczaj tak się nie dzieje… Statystyka była więc przeciwko nam, ale byliśmy młodzi i nie znaliśmy się na statystyce…
Wiele z tamtej rozmowy dzisiaj już nie pamiętam, ale pamiętam, że myślałem, że ona była dla mnie zdecydowanie zbyt mądrą, zbyt atrakcyjną i zbyt aktywną dziewczyną, aby coś z tego miało wyjść… Tylko, że miała w sobie coś takiego… jak na mnie patrzyła, wydawało mi się, że mnie rozumiała i że czuła to samo co ja… że miałem nadzieję, że moglibyśmy się umówić na kolejną randkę…
I tak to właśnie zapamiętałem… Ten pierwszy raz…
Później oczywiście widzieliśmy się jeszcze kilkukrotnie… bo jak się okazało miała do mnie słabość tak jak ja do niej, ale o tym to już pewnie kiedy indziej…
O to chodziło?

Reporterka:
No proszę… dokładnie o to. Ale opowiedz co było dalej.

Artysta:
Z tą dziewczyną, ze mną, z innymi dziewczynami czy może z moją twórczością?

Reporterka:
Ok. Widzę, że jednak unikasz… No proszę… W takim razie z twórczością w okresie gimnazjalnym jeszcze… Czy na podstawie tego spotkania stworzyłeś jakiś obraz? Rzeźbę? A może stworzyłeś wtedy coś innego?

Artysta:
Na podstawie tego spotkania nic nie stworzyłem… Jeszcze nie wiedziałem jak ująć w obraz takie doświadczenia…
Ale stworzyłem kilka innych obrazów… w większości to były takie obrazy krotochwilne, błahe… ale pamiętam taki jeden… Poczekaj… Pamiętasz jak mówiłem Ci o tej wycieczce w Bieszczady, to wtedy jeszcze jeden pomysł zaczął kiełkować… Mam to gdzieś zapisane… Poczekaj… Spotkanie w pociągu…
– Czy wierzy Pan w kulturę?
– Proszę?
– Czy wierzy Pan w kulturę?
– Przepraszam, czy my się znamy?
– Nie, ale czy to coś zmienia?
– W sumie…
– To dobrze, bo już się wystraszyłem. A więc czy wierzy…
– Remigiusz.
– ?… Roman.
– Miło mi Pana poznać Panie Romanie.
– I wzajemnie, jak mniemam, Panie Remigiuszu.
– Dobrze. Skoro już się poznaliśmy, o co Pan pytał?
– Ja?
– Tak.
– Ach, tak – pytałem o kulturę.
– O kulturę… To pięknie. A co Pana konkretnie interesuje? Bo musi Pan wiedzieć, że jestem człowiekiem kultury.
Koniec.

Reporterka:
Proszę?

Artysta:
Prawda że niezłe. To jest tekst, który zainspirował mnie do stworzenia obrazu „Pociąg pełen kultury”. A znalazłem go naskrobanego nad toaletą w tym pociągu, którym wracałem z Bieszczad i tak mnie jakoś urzekł ten tekst wtedy…

Reporterka:
Ciekawe… Coś jeszcze? O miłości? O wierze?

Artysta:
W gimnazjum to już raczej nic takiego wiekopomnego nie tworzyłem… Jakoś więcej nie odczuwałem takiej potrzeby…

Reporterka:
A później? Kiedy stworzyłeś w takim razie kolejną rzeźbę, obraz wiekopomny, jak je nazywasz?

Artysta:
Ha, ha…
Stworzyłem…
To było na wakacjach pomiędzy gimnazjum, a liceum… Tak… Ale to dłuższa historia.

Reporterka:
Opowiedz.

Artysta:
Dobrze…
To był kolejny wyjazd ze znajomymi. Tym razem nad jeziora na Mazury, na wakacje… Super sprawa. Sami, bez dorosłych… Mieliśmy po szesnaście lat i zachłystywaliśmy się światem, który poznawaliśmy.
Na tym wyjeździe poznałem Konia, tak się nam przedstawił i tak mówili do niego kumple… Miał dwadzieścia lat i był tam ze swoją ekipą. Z początku nie mieliśmy specjalnie kontaktu. My ze znajomymi pływaliśmy w okolicznym jeziorku, łaziliśmy po lasach, wieczorami trochę imprezowaliśmy we własnym gronie… Normalnie sielanka… Oni przez większość dni spali, wstawali wieczorami, pili, dyskutowali o świecie, o życiu, o śmierci… i tak do rana…
Dopiero gdzieś w połowie wyjazdu zgadaliśmy się z ich ekipą… Okazało się, że to całkiem fajni ludzie byli i można się było z nimi pośmiać i pogadać poważnie, chociaż mieli kilka lat więcej od nas. Aha, chyba jeszcze powinienem powiedzieć, że kumplom Konia się nasze znajome podobały, zresztą z wzajemnością… A sam Koniu był tam ze swoją dziewczyną – Jagodą (ona miała siedemnaście lat). Były tam jeszcze dwie pary w ich ekipie, ale niestety żadnych singielek… Zaczęliśmy więc razem imprezować… Było piwo, wino i życie stawało się jeszcze bardziej „dorosłe”… Ale oczywiście do czasu…
Póki co, dużo dyskutowaliśmy…
Z początku to były dyskusje o sztuce… Koniu był początkującym pisarzem, poznał już trochę środowisko i dzielił się z nami swoimi spostrzeżeniami, przemyśleniami…

Wiecie, mówił Koniu, tworzenie sztuki jest jak wykonywanie striptizu. Każdy Artysta w swoich dziełach odsłania się, ukazuje swe wdzięki w całej krasie, jak go natura stworzyła… Oczywiście można się trochę podrasować dzięki edycji swojego dzieła… ale tylko trochę…
To co jest kluczowe to, że to musi być jak dobry striptiz. Tu nie wystarczy, że wyjdziesz na stół i ściągniesz bluzkę i gacie w oczekiwaniu na reakcję publiczności.
Pewnie, ten i ów zareaguje, bo są wygłodniali i wsadzą Ci tego dolara za podwiązkę, ale większość odbiorców sztuki to jednak stali bywalcy takich przybytków jak ten, w którym występujesz… Oni już widzieli setki takich jak Ty, przyjmujących podobne pozy, wykonujących podobne ruchy… Oni już widzieli dziesiątki nieprzeciętnych ciał (dusz) i setki ciał (dusz) przeciętnych…
Dlatego Twój striptiz musi być wyjątkowy. Musisz odsłaniać duszę kawałek po kawałku, żeby czekali na więcej. Niech ta reakcja narasta powoli, ale wytrwale, bo wtedy masz pewność, że to się im wryje w pamięć, że długo nie zapomną Twego ciała, Twojej myśli, Twojej duszy.
W ten właśnie sposób umiejętnie możesz sprawić, że nie będziesz kolejnym, za przeproszeniem, „gołodupcem”, który się wystawia na widok publiczny, a zostaniesz divą – ikoną, która nie musi wcale rozbierać się do końca, aby uzyskać oczekiwany efekt… aby zachwycić…
I co jeszcze ważne… możecie w Waszych dziełach umieścić coś co sprawi, że im ulży, tym widzom, pod koniec Waszego striptizu… ale nie musicie… to już zależy od Was… w zależności od tego z jakimi emocjami chcecie zostawić swoich klientów…
Wy macie przez cały czas trzymać ich w garści, a na koniec umieścić wisienkę na tym torcie, taką żeby wychodząc z muzeum, kończąc czytać, oglądać, wciąż to czuli… żeby Was wyraźnie zapamiętali… żeby z tych setek filmów, rzeźb, wierszy, to właśnie Wasze utkwiły im w pamięci na dłużej…

Podobało mi się to co mówił… W ogóle to co Koniu nam wtedy opowiadał było takie rozwojowe dla nas, kilka lat młodszych od niego adeptów sztuki… I to nie tylko to co mówił o sztuce, ale też to co mówił o sobie, o życiu… Dla mnie to były bardzo ważne przemyślenia… i myślę, że trochę mnie ukształtowały…

Wiecie, mówił, był kiedyś taki czas, że chciałem być nieśmiertelny… tak właśnie… nieśmiertelny…
pewnie każdy przechodził przez taką fazę w swoim życiu… bo jest w tej wizji jakaś magia… życie wieczne jeszcze za życia… no, przyznacie, że pobudza to wyobraźnię…
tak więc i ja chciałem być nieśmiertelny… ale oczywiście nie tak po prostu… bo zdecydowanie nie chciałem, żeby ta nieśmiertelność okazała się starczą wegetacją…
choć jednocześnie nie miałem nic przeciwko upływowi czasu i samemu procesowi dojrzewania i starzenia się… Proces ten, mógłbym nawet rzec, jest (w pewnym sensie) dla mnie fascynujący…
w każdym razie podobno niedługo (a może już się to stało?) urodzi się osoba, która swobodnie będzie mogła dożyć 150 lat…
ale wracając do mnie… tak więc chciałem być nieśmiertelny… bo to jakiś czas temu było…
tymczasem z biegiem lat doszedłem do wniosku, że jednak nie chciałbym być nieśmiertelny… taką fazę pewnie też większość przechodziła… bo jest też coś magicznego w tym, że to życie, które mamy jest jednak takie ulotne, że trzeba korzystać z niego póki można, bo drugiego takiego nie będzie…
i miałem też fazę, w której myślałem, że może lepiej byłoby po prostu umrzeć już teraz zaraz… żeby zatrzymać czas w momencie, w którym jestem tak bardzo smutny, że nie radzę sobie z własnym smutkiem… albo żeby zatrzymać czas w momencie, w którym jestem tak niepomiernie szczęśliwy… jak czasami bywam…, że mam wrażenie, że bardziej szczęśliwy to już chyba nigdy nie będę… i przez takie fazy pewnie większość przechodziła…
a teraz… już nie mam fazy… teraz po prostu żyję… bez myślenia o nieśmiertelności, bez myślenia o umieraniu, żyję tym co mam…

Ja miałem co prawda kilka lat mniej od niego, ale też przechodziłem przez te różne fazy… Dobrze było usłyszeć, że nie tylko ja tak miałem…
A swoją drogą, jak to u Ciebie z tą nieśmiertelnością?

Reporterka:
U mnie? Hmm… Hmm…
No, tak nagle to nie jestem tego w stanie ująć w kilku słowach… Na pewno gdzieś tam kiedyś o tym myślałam, ale nie wiem czy jakoś dłużej…
No, ale powiedz co było dalej…

Artysta:
No dobra, ale jeszcze do tego wrócimy…
A dalej to Koniu głównie koncentrował się jednak na rozmowach z Jagodą… a myśmy tylko tak się trochę temu przysłuchiwali… Bo w ogóle to oni jakoś niedługo wcześniej się poznali Koniu z Jagodą… i jeszcze byli w tej fazie kiedy się dużo rozmawia ze sobą…
Koniu opowiadał Jagodzie o swoich tekstach i doświadczeniach pisarskich, Jagoda Koniowi o swoich.
Pamiętam jak Koniu czytał Jagodzie swój tekst o miłości, pisany jako, jak to stwierdził, „po prostu zapis tego co się wydarzyło”…

JA: Śpisz?
ONA: Yyy?…
JA: Wiesz… Kocham Cię. Tak bardzo Cię kocham…
ONA: Aha.
JA: Ok, widzę, że chcesz już spać. Już dobrze… Słodkich snów kochanie. Słodkich snów…

Według niego tak było autentycznie… a o miłości warto pisać autentycznie…
Koniu czytał też Jagodzie tekst o samotnym facecie z problemami, prawdopodobnie o takim jednym znajomym, który tam z nimi był… ale ja nigdy z nim nie rozmawiałem… Ten tekst nabrał dla mnie później dodatkowej wartości… Ale o tym za chwilę…
Pamiętam też co Koniu mówił o tych problemach… To było jakoś tak…

Bo widzisz, ja czasami bawię się w spoglądanie na ten nasz świat z perspektywy osoby żyjącej za tysiąc lat od teraz… Patrzę na siebie, na świat i to mnie uspokaja…
Lubię myśleć o tym, czym będą nasze problemy dla tych, którzy przyjdą po nas… I myślę sobie, że nasze aktualne problemy dla ludzi za 1000 lat mogą wydać się tak samo nieadekwatne jak nam wydają się te sprzed 1000 lat…
Ale z tym dzieleniem się problemami to widzisz niektórzy mają problem… bo albo podzielą się swoimi problemami, które nie są specjalnie rozwiązywalne i ludziom będzie przykro i przejmą się tym i to spowoduje u osób z problemem jeszcze dodatkowy problem, że ludzie się przejęli… albo ludzie się nie przejmą, to wtedy będzie przykro, że się tak bebechy własne wywaliło na wierzch, i po co?… skoro i tak nikogo to nie obeszło… czyli i tak źle i tak nie dobrze…
Oni tak czasami mówią, że nie widzą potrzeby dzielenia się swoimi problemami z ludźmi, którzy się nie przejmą („nie jestem małpką, którą można oglądać, zasmucić się i pójść dalej”), a Tych, którzy by się przejęli im po prostu żal, w końcu Ci mają wystarczająco dużo swoich problemów, więc po co im więcej…
To też było dla mnie takie ciekawe… I coś jeszcze było o tych problemach, ale więcej już teraz nie pamiętam…
Później pamiętam jeszcze jak Jagoda czytała Koniowi fragment czegoś swojego…

„Wiesz, myślałam kiedyś dużo o sukcesie… Takim sukcesie o smaku niezapomnianym… czasami się go obawiałam… a może obawiałam się, że tym razem nie uda mi się w nim zasmakować. Czasami wydawało mi się, że to jest silniejsze ode mnie. Nie potrafiłam sięgnąć po to, co mi się przecież należało… Zbyt byłam niecierpliwa, aby dotrwać do mety…
Nie wiem czym spowodowana była moja niecierpliwość… Czułam jakbym się bała, ale nie wiedziałam czego… jakbym zgromadziła tak wiele lęków… z których chciałam zrezygnować…
Lęki zabijają czas… czas, którego nigdy nie ma tak wiele jakby się nam zdawało…
Bo śmierć przecież bardzo często przychodzi niespodziewana… nagle podchodzi do Ciebie i mówi „pół roku”… powolne umieranie, kiedy nie spodziewasz się już niczego pozytywnego od świata… wiesz, że świat nie jest w stanie Ci pomóc… może tylko patrzyć jak cierpisz i cierpieć razem z Tobą… ale jeśli nie chcesz, aby świat cierpiał… nic nie możesz zrobić…
„pułapka bez wyjścia – życie
albo raczej
życie – pułapka bez wyjścia”
Chciałam napisać jakiś wiersz lecz nie wiedziałam jak… wiedziałam, że chciałam go napisać, bo zaczynałam czuć…
Widzisz, zamęt codzienności dopada niespodziewanie i kradnie myśli, kradnie chwile, które mógłbyś przeżyć lepiej, owocniej, bardziej wartościowo…
Nie wiem jak długo musiałabym pisać, aby przenieść na papier moje myśli… ile czasu zajęłoby mi dotarcie do tego źródełka, które mocno przykryte przez zwały ciężkiej, smutnej ziemi, próbuje wyrwać się z mroku i ujrzeć światło dzienne.
Refleksja nad codziennością nigdy nie wychyla się ponad parapet powinności, obowiązków i strachów…
podjęcie jakiejkolwiek decyzji wiąże się z bólem egzystencjalnym… a może zwykłym lękiem, który coraz silniejszy… przejmuje po trosze panowanie nade mną, moje myśli, uczucia, moje życie…
Jak się z tego wszystkiego wyplątać – znaleźć gdzieś siłę… tylko gdzie?
spokój… i… pokora…
chciałabym, żeby coś po mnie zostało… nie musi to być nic wielkiego – wystarczy kilka słów, które przyniosą komuś ulgę, spodobają się lub po prostu zapadną w pamięć…
tymczasem czuję jakbym miała zniknąć za kilka minut nie pozostawiwszy po sobie żadnego śladu… Ci którzy są, zapomną, Ci którzy nigdy nie byli nawet nie zauważą… a świat będzie żył swoim życiem…
tyle lęku, z którym sobie nie radzę… chciałabym o nim mówić i pisać… ale boję się… nawet przed samą sobą… boję się do niego przyznać…
„bać się swojego strachu”… to coś czego najbardziej chyba nienawidzę… chciałabym zrzucić z siebie to jarzmo myślenia o lęku… chciałabym odważnie spojrzeć na świat, na przyszłość, podnieść głowę i powiedzieć „idę”…
A ja boję się nawet popatrzeć przez palce…
„twórcy muszą cierpieć” – słyszałam kiedyś o tym… ale przecież… ja nie jestem twórcą… z mojego cierpienia nic nie wynika… oprócz dalszego cierpienia… i smutku…
I spojrzenia na wczoraj, które znowu minęło…
wiesz, napisałam kiedyś taki wiersz:
dziś jest było minęło wczoraj
kiedy dziś będzie i zostanie
jutro bez lęku z odwagą w spojrzeniu
dziś musi walczyć o spokojne wczoraj
Czasami mam nadzieję, że to się jednak komuś spodoba… ale komu? czy ktoś to w ogóle zobaczy?
ja
Czy ktoś mnie w ogóle zobaczy?
I co zobaczy?
Czy ja sama siebie widzę?
Bo nie podoba mi się to co słyszę… o sobie… ode mnie…
Sama muszę siebie ujrzeć, aby móc innym pokazać to co najcenniejsze… i to co bezcenne…
Chciałabym się nie bać spojrzeć w lustro i ujrzeć… obraz na podobieństwo lub niepodobieństwo boga…
Chciałabym ujrzeć pisklaka, z którego ptak może wyrosnąć i wzlecieć w przestrzeń… wolny, piękny, samotny…
Chciałabym być jak ten ptak, ale boję się skrzydeł, którymi trzeba machać by nie zostać kurakiem…
czego się jeszcze boję…
choroby
codzienności
nicości
śmierci
śmierci za życia
rozmowy o życiu, o którym mogę jedynie powiedzieć – zabijałam czas i lęk, gdyż nic innego nie potrafiłam
wierszem
dzień za dniem,
walka o przetrwanie…
o stworzenie wartości dodanej…
o pomnożenie dobra we wszechświecie…
dzień za dniem stracony.
uwolnić się od siebie i od powinności
wolność do życia uzyskać od boga,
którym sama jestem…
okrutny bóg ze mnie,
bo gnębię swą jedyną sługę…
wyznawczynię i kapłankę zarazem…
Ona składa mi codzienne hołdy, a ja jej co noc mówię „nic ty”, nie jesteś warta wiele, bo nie wiele czynisz… a ona to czyni dla mnie – dla swojego boga stara się wyeliminować lęk, stara się uchylić świata przyjemności…
A ja? „Głupia i nudna, nie warta mego słowa” odpowiadam co wieczór i przykazań nie szczędzę na dzień następny, który ma być lepszy, rozumniejszy, wartościowszy…
Ale dzień przychodzi a ja nadal siedzę zagłębiona w swym lęku, w swym bogu… i robię wszystko aby o bogu nie myśleć… myślę i ginę… umieram za życia jak wielu innych, lecz to bardziej boli, bo to ja jestem… ja doznaję śmierci…
śmierć jest nieunikniona kiedy zaczniesz życie… ale jakże się z tym mam pogodzić, kiedy jeszcze go nie zaczęłam…
nie czuję życia… choć wiem, że żyję…
zbyt wygórowane marzenia o życiu na Olimpie, nie pozwalają żyć na tej przecudnie zielonej połoninie, na której trawa więcej czerpie radości ze słońca niż ja, mój bóg i zdrajca jednocześnie…
zdrajca moich wartości codziennie ze mną wygrywa…
wygrywam sama ze sobą nie wiedząc nawet o toczącej się bitwie…
chciałabym złożyć broń…
chciałabym odpocząć…
i zacząć żyć…
może jutro…
może jutro mi się to uda…
wczoraj… się nie udało…”

To się Koniowi bardzo spodobało, stwierdził, że to piękne… i że Jagoda „musi mieć na prawdę piękną duszę”… ale, że „to smutne co pisze”…
O… I pamiętam też, bo spodobało mi się wtedy stwierdzenie Jagody:
„- No… ja chyba jestem trochę smutna… Ale jak to mawiała jedna moja znajoma: po co być szczęśliwym skoro można być interesującym… I ja się tego trzymam…”
To było takie prawdziwe, bliskie nam wszystkim chyba. Choć może nie aż tak jak Jagodzie…
Później Koniu opowiadał jej jeszcze o sobie, a myśmy wciąż się przysłuchiwali i kiwali głową ze zrozumieniem, takim poczuciem łączności z tym co mówi.

Widzisz, mówił Koniu, ciągnie mnie do ludzi u których wyczuwam jakiś mrok… mam wrażenie, że oni prędzej mnie zrozumieją niż ludzie, dla których ktoś z depresją to zwykły nieudacznik, a ktoś kto ma inne zdanie to idiota…
Ja tym ludziom czasami zazdroszczę tego podejścia, bo ono zapewnia spokojne życie w poukładanym świecie tych, którym się udało i tych, którzy zawalili sprawę… Mam takie wrażenie, że dla tych którzy mroku nie doświadczyli są na świecie ludzie fajni, ludzie sukcesu i są getta nieudaczników, którzy mogliby przecież się bardziej postarać i zrobić coś ze swoim życiem, ale im się nie chce…
I cieszę się, że Ci ludzie tak to widzą, bo pewnie są dzięki temu szczęśliwi… Boję się tylko jednego, że oni będą mieli kiedyś dzieci… Jeśli nie zmienią podejścia, a nie daj boże, trafi im się dziecko, które wpadnie w zły humor, nie mówiąc już o depresji, to boję się, że to dziecko może mieć trudne życie z takimi rodzicami… może sobie samo z tym życiem nie poradzić…
A ja idę do ludzi mroku i z nimi próbuję sobie wspólnie radzić w życiu, które dla nas nie jest tak poukładane jak dla tych szczęśliwców…
Ale próbujemy sobie radzić…
I to nie chodzi o to, że ja przez cały czas jestem mroczny… bo przez większość czasu jestem szczęśliwy, ale rozumiem mrok i czasami taki bywam…
I dlatego ludzie, którzy z tym mrokiem radzą sobie nazywając go „nieudacznictwem” drażnią mnie… bo to nie są nieudacznicy – Ci mroczni… może im się nie udało, ale to zupełnie co innego…

Pamiętam też wywód Konia na temat arogancji…

Wiesz, staram się unikać ludzi, których uważam za aroganckich… nie dlatego, że uważam, że są w jakiś sposób gorsi od innych, ale dlatego, że mnie męczą, irytują, wkurzają…
Bo skoro ktoś żyje na świecie 20-30 lat i miał już dużo możliwości nauczyć się panować nad swoją arogancją, nauczyć się pokory, a wciąż tego nie robi… to trudno… ale ja w jego towarzystwie nie muszę się odnajdywać… nie, to nie…
Bo widzisz, ja sam jestem człowiekiem wybuchowym… Potrafię się wkurzyć… Ale jestem też człowiekiem, który lubi wyzwania… i jedna z moich eks postawiła przede mną kiedyś takie wyzwanie – albo nauczę się nad sobą panować, albo do widzenia… I nauczyłem się… Metody stosowałem różne i w końcu się udało…
I teraz mam tak, że skoro ja się nauczyłem to tego samego oczekuję od innych… jeśli mam być w ich towarzystwie… Inaczej ja też mogę wybuchnąć, a tego nikt by nie chciał…
Bo wiesz, ja jestem w stanie zabić. Pamiętam, jak to zdanie powiedziała dawno temu inna moja znajoma. Wtedy nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego o co jej chodziło, ale teraz już rozumiem. I teraz mogę za nią powtórzyć. Jestem człowiekiem, który jest w stanie zabić.
– Groźnie to zabrzmiało… – stwierdziła wtedy Jagoda.
– Bo to z jednej strony jest groźne… ale z drugiej to wyzwalające… to po prostu zdanie sobie sprawy z pewnej prawdy… i ta świadomość wyzwala…
– No… ale to chyba jest taka świadomość, o której ludzie raczej nie mówią… Nawet jak sobie tak myślą, to się z tym kryją, a Ty tak po prostu tutaj o tym mówisz…
– A czemu nie miałbym?… Fajni ludzie, to można szczerze porozmawiać…

To było też o nas, więc to było takie miłe.
A Jagoda słuchała go jak zahipnotyzowana… Była chyba całkowicie w nim zadurzona… I w sumie to się jej jakoś specjalnie nie dziwię… W takim wieku spotkać takiego kolesia…

Reporterka:
No…

Artysta:
Co?

Reporterka:
Nic… Po prostu „no”… Kontynuuj…

Artysta:
Hmm?…
Dobrze…
Do tej pory wszystko było fajnie… tak jak mówiłem, dużo wyniosłem z tej naszej znajomości z Koniem… Ale nie wszystko było takie znowu super…
To już było ostatniego wieczoru przed wyjazdem… Koniu z ekipą wpadli do nas do domku, jak zawsze, posiedzieć, pogadać, między innymi… przyszli, siedzieliśmy, gadaliśmy, aż w pewnym momencie Koniu, wyraźnie podekscytowany, spytał czy próbowaliśmy kiedyś narkotyków… Nikt z nas nie próbował… Spytał czy chcemy poczuć jak to jest być na haju, zapewniał że to całkowicie bezpiecznie i że jak raz spróbujemy to nic się nikomu nie stanie…
Nie byłem pewien…, ale nasze dziewczyny (którym się kumple Konia podobali) stwierdziły, że pewnie, one spróbują… I tak od jednego do drugiego, wszyscy ostatecznie stwierdziliśmy, że raz się żyje…
Jak już się na to zdecydowaliśmy to poczułem się tak buńczucznie, łamiemy zasady, próbujemy zakazanego… I w wyobraźni już widziałem jak przypalam jointa… Ale wyobraźnia mi się trochę zagalopowała, że tak w metaforze pozostanę… bo Koniu wyciągnął strzykawki i… ampułki z heroiną…
Popatrzyłem po innych. Oni chyba też się tego nie spodziewali. Narkotyki… No tak, heroina to narkotyk… Nie jest to trawa, nie są to grzyby, to są te „twarde narkotyki”… Trochę mnie zmroziło…
Teraz jednak nie można się już było wycofać, jakby to wyglądało… Spróbowaliśmy wszyscy…

Reporterka:
On naprawdę dał Wam heroinę… To faktycznie…

Artysta:
Poczekaj… To nie koniec.
Po pierwsze, to o czym dowiedziałem się dużo później to, że wtedy wcale nie wzięliśmy heroiny, tylko wstrzyknęliśmy sobie sól fizjologiczną do organizmu… Koniu zrobił nas po prostu w konia… bo… o tym może później…

Reporterka:
Ha, ha…

Artysta:
Tak, zabawne…
No, ale jednak nie tak do końca…
Póki co poszliśmy do takiego wspólnego dla całego kempingu braraku-stołówki-baru i znowu zaczęły się dyskusje…
W końcu zeszło też na kwestie seksu… Rozmawialiśmy o tym bardzo szczerze – i bardzo mnie zdziwiły poglądy niektórych osób, ale stwierdziłem, że każdy ma prawo do własnych pomysłów na to życie seksualne – pośmialiśmy się trochę przy tej rozmowie, było przyjemnie, trochę rozstaniowo, trochę czuliśmy, że wakacje powoli dobiegają końca, że ten piękny czas…
W pewnym momencie dosiadły się do nas bardzo atrakcyjne dwudziestoparolatki… Chyba nas usłyszały i chciały dołączyć do dyskusji… Dziewczyny wyglądały naprawdę młodo jak na swój wiek i co najważniejsze były nami – mną i chłopakami ode mnie z gimnazjum – mocno zainteresowane… No więc te dwudziestki rozmawiały z nami jak z równymi… Możliwe, że to dlatego, że byliśmy tam praktycznie jedynymi wolnymi facetami poniżej 50 roku życia, którzy byli nimi zainteresowani, możliwe że biła od nas pewność siebie, dlatego że zdawało się nam, że jesteśmy pod wpływem…
W każdym razie, w związku z tym nieznanym nam do tej pory zainteresowaniem ze strony dojrzałych kobiet, staraliśmy się razem z chłopakami wypaść jak najbardziej dorośle, piliśmy więc twardo z nimi piwo, wódkę, wino… Aż zrobiło się tak wesoło…
Mnie najbardziej upodobała sobie Lena. Była piękna… dorosła… kobieca… no, po prostu piękna… Już nie pamiętam, które z nas pierwsze zaczęło przełamywać barierę fizyczną, kto kogo pierwszy pocałował, kto dbał o to abyśmy mogli korzystać z chwili jak najdłużej… aczkolwiek biorąc pod uwagę moje wcześniejsze doświadczenia, raczej nie byłem to ja… Brnąłem więc w tę sytuację jak tylko mogłem i mogę uczciwie powiedzieć, że dużo się wtedy uczyłem… i dużo się nauczyłem czerpiąc całymi garściami tyle ile mogłem…
I po tym wieczorze, jeszcze zasypiając tworzyłem sobie już w głowie nieistniejący obraz „Heroina”… wiesz, taka gra słów…

Reporterka:
Rozumiem. Czyli „Heroina”…

Artysta:
No właśnie… ale… Jest tylko jedno ale… Które… no zresztą…
Bo wszystko byłoby super, gdyby nie jeden drobny szczegół… Malutki… drobniutki szczegół… Taki z główką i ogonkiem…
Bo widzisz… żadne z nas nie wykazało się specjalną rozwagą tamtego wieczoru… żeby nie powiedzieć, że zachowaliśmy się jak napalone dzieciaki… No i nad ranem nastąpiła chwila konsternacji… Okazało się, że Lena miała narzeczonego, z którym dwa tygodnie później miała brać ślub… jej pobyt z dziewczynami na naszym kempingu był swego rodzaju wieczorem panieńskim… wiem, cliché… jak to się stało, że dzień wcześniej to nie wyszło, tego nie wiem do dziś… wyszło za to coś innego… jak się pewnie domyślasz…
Nasza, aktualnie ukochana, córa – Julita… Tak…

Reporterka:
Tak.

Artysta:
Tak… To dobre stwierdzenie…
Na całe szczęście Lena wyjaśniła sobie wszystko z Jackiem – swoim przyszłym mężem i poczciwy chłopina zdecydował się dać jej szansę (jeżeli to będzie czytał, to mam nadzieję, że się nie obrazi za to, że tak go nazwałem)… Jak się okazało, całkiem słusznie… no, może nie wszyscy tak na to spojrzą, ale z naszej strony: mojej, Leny, Jacka i Julity – słusznie…, bo do dziś Jacek z Leną są razem i wspólnie wychowują Julitę.
Aha, bo na całe szczęście jeszcze przed urodzeniem małej doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie jak Lena z Jackiem będą wychowywali Julitę, a ja mogę ją oczywiście odwiedzać kiedy będę chciał… Wtedy było to dla mnie w porządku, miałem 16 lat i wierzyłem, że Lena z Jackiem będą dużo lepiej w stanie zadbać o moją córkę, więc dla jej dobra zdecydowałem się na układ, który zaproponowali… I tak lata mijają, Julita dorasta i to chyba wciąż całkiem dobrze funkcjonuje…
Z Julitą widuję się średnio raz w miesiącu, a trochę częściej korzystamy ze skypa… Oni mieszkają w Berlinie… Julita oczywiście wie, że jestem jej biologicznym ojcem i w sumie to chyba pogodziła się z tym, że ma w swoim życiu dwóch tatusiów i trzy zestawy dziadków… Jej życie nie jest może idealne, bo jej biologiczny ojciec, nie żyje z nią pod jednym dachem, ale ma dwoje kochających rodziców, którzy z nią mieszkają, a wie również, że dodatkowy – biologiczny ojciec – też ją bardzo kocha i że gdyby tylko zechciała to w każdej chwili może z nim (ze mną) zamieszkać…
Póki co jednak – ja jestem tym ojcem, z którym można pogadać o życiu, Jacek tym odpowiedzialnym i wymagającym… a ona jest generalnie kochana przez całą nasza trójkę…
I tak wygląda sprawa mojej córki, której czasem chciałbym tak bardzo pomóc zrozumieć ten świat, a mogę jej jedynie udzielać rad z własnego doświadczenia i mieć nadzieję, że Jacek z Leną (z moją drobną pomocą) wychowali ją na rozsądną dziewczynkę… I taką mam nadzieję…
No tak… i jeszcze rzeźba… Do tej pory tworzyłem jedynie obrazy nieistniejące, ale tym razem postanowiłem stworzyć coś nowego… Moja pierwsza rzeźba nieistniejąca… „Pierworodna”…

Reporterka:
„Pierworodna”… piękne…

Artysta:
Dziękuję.

Reporterka:
Kontynuuj…

Artysta:
Właściwie to tyle o tym mogę powiedzieć… Tyle uzgodniliśmy z Leną i Jackiem, że możemy mówić światu o Julicie, zresztą wszyscy nasi najbliżsi już o tym od dawna wiedzą… i Julita też wie… choć może w niektóre szczegóły jej nie wtajemniczamy…

Reporterka:
No dobrze… To co było dalej? Jak się zakończył tamten wyjazd?

Artysta:
Hmm… Ostatniego dnia, po tym wieczorze byłem tak zaaferowany, że większość czasu spędziłem z Leną zastanawiając się co tu zrobić…
A wieczorem wszyscy rozjechaliśmy się do domów i tak się to skończyło.

Reporterka:
Ale spotkałeś jeszcze Konia… Wyjaśnił Ci…

Artysta:
Tak… Ale to dużo później… Jeszcze Ci o tym powiem…

Reporterka:
No dobrze… to w takim razie co? Liceum?

Artysta:
Liceum.
Chodziłem do bardzo twórczego liceum i miałem tam okazję wykazać się na różnych frontach… Czułem się już jednocześnie bardzo doświadczonym człowiekiem, bo rozmawiałem z Bogiem, brałem heroinę (tak przynajmniej wtedy uważałem, Koniu nie wyprowadził nas z tego błędnego myślenia jeszcze przez kilka lat), miałem córkę i kilka dzieł na koncie…

Reporterka:
Tworzyłeś wtedy kolejne dzieła?

Artysta:
Tak. Przechodziłem wtedy przez taką fazę dyskusji z bogiem, możliwe, że to po tych rozmowach z Koniem… bo z nim też dużo o bogu i wartościach rozmawialiśmy… możliwe, że to też dlatego, że chciałem mieć to wszystko ustalone do momentu jak mnie Julita spyta – „tato, a kto to jest bóg?”, „tato, a tak wolno?”, „tato, a dlaczego Ci ludzie…?”…
I tak w liceum dyskutowałem z tymi wartościami, nad tym się zastanawiałem i o tym tworzyłem też dzieła nieistniejące… odchodziłem od boga i od wartości i wracałem do nich…

Reporterka:
A konkretniej?

Artysta:
To były różne sytuacje, które wpływały na to moje tworzenie…
Zacząłem wtedy słuchać jak ludzie rozmawiają o wartościach występujących w różnych religiach, jak przekonują jedni drugich o tym, że racja leży właśnie po ich stronie. I tak się wtedy zastanawiałem czy oni faktycznie w to wierzą, i czasami im zazdrościłem, że mają taką wiarę za którą są gotowi ginąć lub zabijać. Mnie taka wiara w liceum była już obca. Ta, którą posiadałem to wiara, że i jedni i drudzy mogą mieć rację. Zawsze.
„Towarzysz Bóg” opuścił mnie… przynajmniej w pewnym sensie… towarzyszył już inaczej… podobnie jak moje dzieła… nie istniejąc… ale nawet w tym swoim nieistnieniu pomagał… inspirował… na przykład do stworzenia nowego obrazu… nieistniejącego oczywiście… „Bezdomne dzieci nieistniejącego boga”…
A wracając do wiary… myślałem, że trzeba być bardzo pewnym siebie, żeby twierdzić, że cztery miliardy ludzi się myli. A jeszcze bardziej, że myli się sześć miliardów.
Przyjmując, że na Ziemi żyje około siedmiu miliardów ludzi, sześć miliardów wierzy w jakiegoś boga, a co najwyżej dwa w tego, w którego wierzymy my sami, trzeba być bardzo pewnym siebie, żeby powiedzieć że Ci pozostali się mylą, że to nasz bóg jest tym prawdziwym. Tak, wiem, że to na tym właśnie polega wiara.
Ale ta wiara może być nadbudowana (podbudowana, jak kto woli) zrozumieniem, że i ja mogę się mylić. Mogę wierzyć w boga, ale zdawać sobie sprawę z tego, że mogę się mylić, bo pięć miliardów innych ludzi nie wierzy w tego boga, więc być może to oni mają rację…
I nie chodziło o to, żeby przestać wierzyć. Wiara wydawała mi się z różnych powodów przydatna. Ale o to, by zdawać sobie sprawę z tego, że to jest właśnie wiara. O to, by mieć szacunek dla innych, którzy wierzą w coś innego, bo równie dobrze to oni mogą mieć rację.
A twierdząc, że boga nie ma, będąc ateistą i nabijając się z ludzi, którzy w jego istnienie wierzą trzeba być jeszcze bardziej pewnym siebie. Sześć miliardów ludzi wierzy, część jest o tym przekonana, a my z naszym przekonaniem, że oni się mylą mamy być tymi oświeconymi, którzy znają jedyną prawdę – boga nie ma…
Trzeba odwagi by tak mocno nie wierząc w boga uwierzyć w samego siebie…
Być może boga nie ma, być może jakiś bóg jest, na pewno jest kilka miliardów ludzi i każda z tych osób może być tą, która trafnie wybrała swoją wiarę, ale być może żadna trafnie nie wybrała…
I tak stworzyłem obraz – „cztery miliardy głupców”…

Reporterka:
Tak…

Artysta:
A tak już na marginesie, to zastanawiałem się też jak to będzie za te kilka tysięcy lat… jak Koniu kiedy mówił o problemach… tylko ja myślałem jak to będzie jak archeolodzy odkryją w co wierzyliśmy na początku XXI wieku… Czy dla nich będzie to tym samym czym dla nas było odkrywanie wierzeń Greków, Egipcjan, Wikingów, Słowian?
Doszedłem do wniosku, że pewnie tak…
A za kilkanaście tysięcy historia znów się powtórzy…
I tak stworzyłem „Koło historii”…

Reporterka:
Obraz?

Artysta:
Tak.

Reporterka:
Co było dalej?

Artysta:
Stałem się takim domorosłym licealnym filozofem…
Starałem się dawać wszystkim ludziom prawo do posiadania racji… Jak dla mnie każdy mógł ją mieć, ale każdy też mógł być w błędzie. Ja nie chciałem być w błędzie… Usilnie się więc wtedy starałem nie posiadać własnego zdania, starałem się podchodzić z otwartością do wszystkiego co mnie otaczało. A jednocześnie zdawałem sobie sprawę z tego, iż każdy własne zdanie posiada i nawet jeśli zdania nie ma to je ma… i ja oczywiście też je miałem… tylko nie do końca byłem je w stanie wyartykułować.
W sumie to moje zdanie, którego nie posiadałem brzmiało po prostu tak, że zazwyczaj obie strony mogą mieć rację.
Wtedy też na poważnie zaczęło się myślenie o wartościach… Były one czymś ważnym… a jednocześnie nagle okazało się, że rosną na bardzo grząskim gruncie…
Wartości były podstawą do której ludzie się odwołują w sytuacjach społecznych, niemniej jednak w tym momencie zacząłem zauważać, że aby stwierdzić, iż istnieje coś takiego jak wartości podstawowe trzeba w nie po prostu uwierzyć. I koło się zamyka… Czyli to nie są wartości podstawowe, nie są one pewnikiem…
Bo to nie jest tak, że można na dzień dzisiejszy udowodnić, że istnieje coś takiego jak „wartość”, która jest, zawsze była i zawsze będzie.
I wracając do boga… Doszedłem do tego, że niektórzy ludzie wierzą w boga (lub bogów) i przyjmują, że od boga pochodzą wartości. Inni ludzie natomiast wierzą w ludzkość, prawa natury i tym podobne i na tym budują wartości, ale to wciąż wiara. Jedno i drugie było wiarą, a ja wtedy szukałem pewnika…

Reporterka:
Pewnika?

Artysta:
Tak, ale nie mogłem go jakoś znaleźć.
Myślałem więc dalej o wartościach uznając, że są ludzkim wymysłem i analizowałem rzeczywistość przy takim założeniu… i jeszcze Ci o tych analizach opowiem, ale najpierw chciałbym Ci opowiedzieć pewną historię… o miłości bliźniego… o wybaczaniu… o prawie do bycia sobą samym… o rozmawianiu… i o szukaniu wspólnych podstaw…
To było z tą znajomą, o której Ci już wcześniej opowiadałem, tą sprzed knajpki, której podobał się mój blog… poszliśmy z nią i z tą naszą przyjaciółką, która nas spiknęła, na Paradę Równości…
Tak więc… wyobraź to sobie… rzecz dzieje się na ulicy… w piękny, słoneczny poranek… młodzi ludzie wyszli na miasto w celu zamanifestowania swojej przynależności… bo jak twierdzili, mieli dość powszechnego szkalowania ich znajomych, których jedyną różnicą było to, że kochali osoby tej samej płci bardziej niż pozostali – tak zwani normalni…
Kiedy przechodzili ulicami miasta tłum przyglądał się i zapewne niejedna osoba zadawała sobie pytanie – po co to?
Tak mi się wydawało przynajmniej, bo to w ogóle dobre pytanie… bo przecież po cóż wychodzić na ulice i pokazywać się publicznie, epatować swoim sposobem bycia?
Z drugiej strony – po cóż wychodzić w milionowym tłumie na spotkanie papieża i epatować innych swoimi poglądami? (Na takiej paradzie też byłem…)
Dziwne to pytanie ‚po co’ – myślałem, które czasami się pojawia, a czasem zupełnie znika z pola naszego widzenia…
Bo właściwie po co iść na koncert i krzyczeć razem z milionem? po co iść na galę boksu? na mecz piłkarski? żeby coś zamanifestować? Dobrze się bawić?
I dlaczego wyjście na ulice ze śpiewem „wszystko co nasze Tobie oddamy” jest lepsze od „wszyscy są ludźmi ludzi kochamy – geje, lesbijki i heterycy”?
Dlaczego nie można kochać ludzi bez względu na to kogo oni kochają?
I nawet sobie wymyśliłem w głowie jak mogłoby brzmieć odpowiednie nowe boskie przykazanie miłości: „kochaj bliźniego swego jak siebie samego, ale najpierw sprawdź kogo kocha bliźni” albo „o ile bliźni nie kocha przyjaciela Twego”…
Gorszy brat i gorsza siostra bo kocha?
Bo wychodzi na ulicę i nie wstydzi się mówić tego, że kocha?
A może źle kocha? źle kochająca para, bo nie zważa na to, że świat uważa to za złe? źle kochający się kochankowie, bo są dla siebie całym światem i jedno bez drugiego nie widzi sensu życia?
Źle kochający ludzie bo pokazują, że są szczęśliwi?
Po co marsze tolerancji?
A po co rzucać kamieniami w ludzi którzy się kochają?
Przyjmowałem, że to akurat może wynikać z bezsilności rzucającego, który jedynie w ten sposób potrafi powiedzieć ‚nie zgadzam się na to, aby świat wyglądał inaczej niż uważam, że powinien wyglądać’, ale…
piękne mogą być idee które przyświecają rzucającemu, aby świat wyglądał dobrze, aby był idealny… tyle tylko, że świat pełen kamieni za świat idealny uchodzić nie może… tak mi się wtedy zdawało… świat idealny zbudowany gwałtem światem idealnym nazwać się nie może…
aczkolwiek… większość ma prawo informować mniejszości o swoich oczekiwaniach, na przykład takich, że na ulicach nie będzie parad równości… ale czy większość ma prawo z tego powodu rzucać kamieniami?
Tak sobie myślałem o tym marszu, aż nagle usłyszałem takie dwa zdania:
– nie jestem inna…
– jesteś… kochasz inaczej niż większość społeczeństwa i jesteś inna… i pewnie o tym wiesz…
Od razu sobie pomyślałem, że przecież inny nie znaczy gorszy… inny to po prostu inny… tak jak polski język jest inny niż angielski czy francuski… inny to po prostu inny… tak jak brodaty jest inny niż ogolony, a niski jest inny niż wysoki… niscy są inni w świecie wysokich… a wysocy są inni w świecie niskich… i pewnie i jedni i drudzy mogą się czuć źle ze swoją innością i z poczuciem narzucania przez innych obcej inności…
Dalszej rozmowy już nie słyszałem, bo poszliśmy z dziewczynami bardziej do przodu, ale w głowie sobie dopowiedziałem jak ta rozmowa mogłaby się dalej potoczyć…
– rozumiem, że rzucasz we mnie kamieniem, bo wydaję Ci się zagrożeniem, zboczeniem, odstępstwem od reguły i nie mam Ci tego za złe, bo masz pełne prawo wyrażać swoją opinię… mnie to po prostu boli kiedy dostaję kamieniem w głowę, kiedy krew płynie mi po czole, a łza po policzku… przykro mi, że nie potrafimy się dogadać, bo chciałabym bardzo żyć z Tobą w przyjaźni… i też chciałabym, abyś czuł się dobrze w świecie w którym żyjesz… tak jak i ja chciałabym się dobrze czuć w tym świecie…
– ok, jestem inna… dla ciebie niezrozumiała, ale proszę Cię – nie bij mnie z tego powodu, nie bij mnie dlatego, że mnie nie rozumiesz i uważasz, że moja miłość jest złą miłością… nie bij mnie dlatego, że nie potrafię wyrażać tego, że boli mnie obecna sytuacja inaczej niż poprzez marsz na którym proszę o zrozumienie… nie bij mnie dlatego… nie bij mnie w ogóle… bo to boli…
– nie wychodź na ulicę pokazując, że zło to dobro, a dobro to zło, nie mów ludziom, iż to, że czynisz źle to tak naprawdę walka o tolerancję… nie wstrzykuj złego jadu w dusze małych dzieci zasłaniając się transparentem z napisem ‚kochamy Was, kochamy wszystkich ludzi’… pozwól dzieciom wyrastać w świecie dobra… mówisz, że to co robisz nie jest złe… a ja wierzę, że jest inaczej… mówisz, że to ja powinienem się zmienić, bo jestem zły… że powinienem być tolerancyjny… czym więc różnisz się ode mnie?… Ty chcesz, żebym ja się zmienił, bo uważasz, że Twoje poglądy są słuszne… ja chcę żebyś Ty się zmieniła, bo uważam, że moje poglądy są słuszne… Ty rzucasz hasłami „wolność równość braterstwo” i przekonujesz ludzi do swoich racji… ja nie mam aż tak dobrych haseł, aby przekonać ludzi do moich racji… ja nie potrafię bronić siebie i swoich bliskich przed Tobą Twoją bronią, gdyż nie władam nią aż tak dobrze jak Ty… ja mam własną broń… Ty mówisz, że Twoja broń jest biała i że tak wolno, że to dyskusja… a moja broń to barbarzyństwo… ja mówię, że moja broń jest biała, bo przynajmniej widzisz krew która płynie z zadanej przez tą broń rany… rany zadawane Twoją bronią nie krwawią, tylko się jadzą… psują człowieka od środka… zmieniają na podobieństwo Twoje… tylko dlaczego uważasz, że to akurat Ty masz świętą rację? dlaczego to Twoje podobieństwo jest lepsze? skąd Twoja pewność? nie przyszło Ci do głowy, że być może jesteś bardzo chora i niechcący zarażasz innych… a jak ktoś mówi, żebyś leżała w izolatce oburzasz się… jak ktoś powstrzymuje Cię pasami, abyś nie zrobiła krzywdy sobie i innym – krzyczysz „wolności, wolności dla wszystkich”… ale czy naprawdę chcesz wolności dla wszystkich i czy chcesz, aby wszyscy mogli wyrażać to kim są w taki sposób jaki oni uważają za słuszny? czy raczej chciałabyś, aby wyrażali tylko te poglądy, które Ty uważasz za słuszne i tylko w taki sposób, który Ty za słuszny przyjmujesz?
– ok, czym więc w takim razie różnimy się według Ciebie stojąc po dwóch stronach barykady?
– jeśli istnieją podstawowe wartości – to być może jedno z nas broni tych właśnie słusznych
– a które są słuszne?
– być może ‚boskie’… być może Twoje… być może moje… być może kochaj bliźniego swego… rozumiane po Twojemu, że kochać powinienem Ciebie lub po mojemu, że kochać powinnaś dzieci które narażasz
– a jeśli boga nie ma?
– to nie ma także wartości podstawowych, bo kto miałby je nadać? człowiek? większość? człowiek oświecony? oświecona większość? namiastka boga?
– no, ale jeśli nie ma wartości oświeconych, to któż z nas ma rację?
– wtedy nie ma racji, wtedy jedynie możemy zastanowić się jak chcemy aby wyglądało nasze wspólne istnienie na tym świecie… możemy spróbować jednej z dróg aby dojść do rozwiązania
– tylko której drogi – mojej czy Twojej… czy nasze drogi mogą się połączyć? czy muszą biec obok siebie, albo nawet naprzeciwko?
– to dobre pytanie…
I tak toczyłby się ten dialog paradnej pary… pary, która doszła do punktu, w którym mogła zacząć rozmawiać… ustalili wspólne podstawy do tej rozmowy… szkoda tylko, że w życiu nie jest tak pięknie… no, może kiedyś będzie…
ale oczywiście cała rozmowa mogła się też potoczyć inaczej… i później czytalibyśmy nagłówki w gazetach… aha, bo zobaczyłem tam na paradzie taką młodą mamę z taką bardzo małą córeczką, mogła mieć rok lub troszkę więcej…

„Terrorysta-samobójca wysadził się na wiecu równości…
Wśród ofiar znalazła się młoda matka, która przechodziła w pobliżu z córką.
Jej roczna córka w stanie krytycznym pozostaje w szpitalu pod opieką lekarzy.”

I jeszcze sobie wymyśliłem ostatnie myśli tej kobiety – tak sobie wyobraziłem co mogła „napisać” w swojej głowie do ojca swojej córki…

„Pamiętam pierwszy list, który od Ciebie dostałam. Pisałeś w nim o nas, o miłości, o tym, że świat stoi dla nas otworem, że będziemy wiecznie razem i wiecznie szczęśliwi. To był piękny list, piękne marzenia. Pozwól, że zachowam go dla siebie.
Tyle lat, które mieliśmy później, tyle sytuacji, które przeżyliśmy razem, tyle myśli, tyle uczuć, tyle listów…
Te wszystkie nasze listy i liściki były dla mnie tak cudownie ważne. Teraz pozostaną tylko Twoje i jej (naszej małej córeczki).
Mam nadzieję, że nie zmieni się Twoje podejście do świata mimo tego wszystkiego…
Dziś była moja kolej opiekowania się małą niestety… ale od jutra… mam nadzieję… będzie Twoja kolej…
Nie martw się o to jak sobie z nią poradzisz… Wierzę w Ciebie… Na pewno sobie poradzisz… Tylko tak bardzo chciałabym to widzieć… Nie chcę umierać…
Dziś nadszedł dzień mojego listu do Ciebie… ostatniego.
Pamiętaj o tych listach… o swoich… o moich… Opiekuj się naszą córką kochanie i przekaż jej te myśli najlepiej jak potrafisz… Pamiętajcie też o mnie jeśli będziecie w stanie… i nie zapomnijcie o miłości. Kocham Cię. Kocham Was…
Twoja, Wasza na zawsze”

I to jest inne zakończenie tej historii…

Reporterka:
Smutne…

Artysta:
No właśnie… Ale na całe szczęście tak się ta historia nie skończyła… Mogłaby, ale nie skończyła się tak…
Koniec końców, parada przeszła bez większych awantur, a mnie w głowie zaczął pojawiać się zarys nowego dzieła… jeszcze nie byłem pewien co to będzie, ale już coś świtało…

Reporterka:
Tak?

Artysta:
Świtało, ale samo dzieło powstało dużo, dużo później… Powiem Ci o tym kiedy indziej… Ale powstało inne… a właściwie dwa inne… obrazy: „oświeceni” i „ich walka – nasza walka”…
Bo widzisz… tak jeszcze na tym wiecu sobie pomyślałem, że obserwowałem czasami te różne debaty dziejące się w naszym społeczeństwie i tak sobie myślałem, że nie wiem co myśleć o tych debatujących… czy to na manifestacjach, czy to w mediach, czy to przy różnych okrągłych stołach…
I zwłaszcza dotyczyło to sytuacji, kiedy ktoś walczył o tak zwaną „słuszną sprawę” – prawa mniejszości (kobiet, osób o innym kolorze skóry, innej orientacji seksualnej, etc.)…
Przyjmowałem, że tym ludziom bardzo zależy na tym, żeby dopiąć swego, bo czują, że to słuszne, ale znów wracając do kwestii wartości, o którą wiele spraw się rozbijało w moim myśleniu, ciężko było mi przyjąć, że oni mają taką stuprocentową rację… Bo tak wcale nie musiało być. Wcale nie musiało być tak, że kobiety mają mieć takie samo prawo jak mężczyźni do życia, samostanowienia, zarobków, głosu w życiu publicznym.
Jeżeli nie istnieją wartości podstawowe wywodzące się z podstawowej instancji, to nie można powiedzieć, że ludzie mają „prawo” do równego traktowania. To, że ktoś się urodził nie oznacza (jeżeli nie ma gdzieś tam czegoś więcej – praw boga, praw natury), że ma do czegokolwiek prawo…
I tak się zastanawiałem czy ludzie, którzy walczą o te prawa mniejszości zdają sobie sprawę z tego, że nie mają solidnej podstawy, że oni nie walczą o świat sprawiedliwy, a jedynie o świat taki, który im wydaje się lepszy, z ich osobistego punktu widzenia.
I tak się zastanawiałem czy w tych ludziach jest gotowość przyjęcia tej informacji, że może to, że inni chcą czegoś innego to nie jest powód do tego, żeby mówić o nich źle.
A z tym „złym mówieniem” to chodziło o to, że to po tej stronie barykady zazwyczaj widziałem takie przeświadczenie, że „my walczymy z twardogłowymi, z niedouczonymi, z niejako gorszymi pod względem rozumienia świata”. I chciałem wierzyć, że osoby, które walczą o prawa mniejszości nie myślą w taki sposób. Chciałem wierzyć, że to tylko taka poza, którą niektórzy uznają za konieczną dla skuteczniejszej walki o prawa tych, których uznają za uciśnionych.
Osobiście, uważałem, że dużo lepiej mógłby przebiegać dialog gdyby obie, albo przynajmniej jedna ze stron przyjęła, że ta druga może mieć rację. Kiedy będę w stanie powiedzieć, że faktycznie, moi oponenci mogą mieć rację (nie oznacza to, że tę rację im przyznaję, a jedynie, że dopuszczam taką możliwość), mogę na nich zupełnie inaczej patrzeć, mogę zupełnie inaczej z nimi rozmawiać. Mogę wtedy powiedzieć – faktycznie, być może macie rację, ale… przykładowo… Wasz „bóg” mówi też o czymś innym, mówi o miłosierdziu, mówi o miłości bliźniego, etc. (w przypadku boga chrześcijan), czy w związku z tym, zdając sobie sprawę z tego, jesteście w stanie spojrzeć inaczej na innych ludzi?
I co jeszcze wydawało mi się istotne, to że przyjęcie takiej pozycji, nie oznaczało, że osobiście mam uważać się za „gorszego” jeśli inni tak myślą (bo jestem kobietą, mniejszością seksualną lub etc.)… Myślałem sobie, że ważne jest, aby mieć własne zdanie – za gorszego się nie uważać, ale pogodzić się z tym, że inni tak mogą myśleć.
Uważałem też, że warto pamiętać, że być może obie grupy się mylą…(jeżeli istnieją jakieś wartości podstawowe i istnieje możliwość pomyłki)… to znaczy może być przecież tak, że ludzie nie są równi… że są ludzie lepsi i gorsi, lepsze i gorsze zachowania, zachowania zdrowsze i mniej zdrowe… ale to nie dzisiejsze mniejszości są „gorsze”.
Być może kobiety, być może mniejszości seksualne powinny mieć większe prawa do decydowania o świecie niż mężczyźni i obecne większości seksualne…
Być może kobiety powinny zarabiać dużo więcej od mężczyzn, być może w sejmie powinny być tylko kobiety, a prezydentem powinna zostawać tylko osoba o skłonnościach homoseksualnych…
Bo przecież tak też może być. Ale to nie było tu istotne. To co było istotne, to umiejętność przyjęcia, że być może tak nie jest, „być może się mylę”, „być może to oni mają rację”…
I tak jeszcze wtedy myślałem – chciałem wierzyć, że „światli” ludzie którzy wypowiadają się w ważnych dla ludzkości kwestiach zdają sobie sprawę z tego „co się komu należy” i używają takich sformułowań tylko jako skrótów myślowych, a nie są przekonani, że to właśnie jest prawda objawiona…
I to wszystko zawarłem na swój sposób w obrazie „Oświeceni”…
A ten drugi obraz – „ich walka – nasza walka”… to był obraz o tym, że właśnie – to jedna sprawa myśleć o tych oświeconych, jak ja myślałem, z tym filozofującym zacięciem, a zupełnie inna myśleć o codziennych sytuacjach, z którymi spotykają się ludzie z wszelkiego rodzaju mniejszości…
To zupełnie co innego myśleć o tym, że Twój głos niewiele znaczy dla ludzi decydujących o Twoim życiu, a co innego o tym, że ktoś może Ci zmasakrować twarz i czyni to w zgodzie z obowiązującym prawem…
I przede wszystkim myślałem o tym, że walka o prawa mniejszości to dla wielu osób zwykła walka o przetrwanie… a to zupełnie inna walka niż walka o ideały… walka, która dla wielu z nas jest zupełnie obca… walka, której, nie będziemy prawdopodobnie nigdy w stanie zrozumieć…
I wiem, że było w tym rozróżnianie: my – oni… ale tak jest… jest wiele kwestii, które ludzi łączą, ale są też takie, które sprawiają, że pewni ludzie mają inaczej, doświadczają zupełnie innego świata… ich walka jest inna niż nasza walka…

Reporterka:
No… to prawda… Hmm…

Artysta:
Zamyśliłaś się?

Reporterka:
Wiesz, ja też mam różnych znajomych, z różnych stron świata, o różnych poglądach i sytuacjach życiowych… i wiem, że żyjemy trochę w innych światach, ale… no, nie za często się jednak człowiek zastanawia nad tym, że właśnie – ich walka jest zupełnie inna od naszej… bez względu na to jakiej kwestii to dotyczy…

Artysta:
No…

Reporterka:
No dobrze… To cenne co powiedziałeś… te przemyślenia… Ale wróćmy teraz do Ciebie… i do tamtej dziewczyny, z którą wtedy byłeś… Może w takim razie powiesz co było dalej z tą dziewczyną?

Artysta:
Którą?

Reporterka:
No, z tą „heteryczką”, jak ją nazwałeś wcześniej. Bo to już kolejny raz.

Artysta:
No nic… Pojechaliśmy później jeszcze do Berlina, ja tam odwiedzałem Julitę, a razem poszliśmy na jakiś inny wiec, tam dopiero było tęczowo… A później to jakoś się rozeszło… Mieliśmy wtedy po siedemnaście lat… takie związki rzadko kiedy są w stanie przetrwać… statystyka… to jednak wredna… kobieta…

Reporterka:
Aha. Przykro mi.

Artysta:
Tak widocznie musiało być. Takie życie… Ale Berlin też był super…

Reporterka:
No właśnie, w Twoich opowieściach zaczynają się pojawiać różne miejsca, które zwiedziłeś. Bieszczady, Mazury, Berlin… Gdzie jeszcze byłeś?

Artysta:
W wielu miejscach… Lubię podróżować… I lubię spotykać ludzi podczas tych podróży…

Reporterka:
To może gdzie pojechałeś po Berlinie?

Artysta:
W liceum… to jeszcze tak objazdowo ze znajomymi po Europie jeździliśmy busikiem, wiesz, wesoła ekipa z Polski na „zachód” przez Niemcy, Holandię, Belgię, Francję, aż do Hiszpanii i z powrotem przez Włochy, Szwajcarię, Austrię… i w drugą stronę – na „południe” – przez Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię, aż do Turcji i z powrotem przez Grecję, Macedonię, Albanię, Serbię, Czarnogórę, Bośnię, Chorwację, Słowenię, Austrię, Czechy…

Reporterka:
To strasznie długie trasy…

Artysta:
No… Całe wakacje nam na to schodziły, ale było warto… Kiedyś Ci jeszcze o tym opowiem…

Reporterka:
Dobrze, chcesz więc dokończyć o tych wartościach zapewne.

Artysta:
Dokończyć to może jeszcze nie, ale pociągnąć wątek chętnie…

Reporterka:
Proszę więc.

Artysta:
Dobrze, opowiadałem Ci więc o tej rozmowie o wartościach na paradzie…
Jak już wróciliśmy do domu, to jeszcze dużo o tym rozmawialiśmy i z tych rozmów to wyszło mi takie nic… albo raczej wymyśliłem „nic”… ale po kolei…
Bo co jeśli nie byłoby żadnych wartości?
Każdy człowiek ma prawo do życia. To stało się dla mnie jedynie stwierdzeniem, które ludzie przyjęli, aby było im łatwiej żyć.
Ale pojawiło się nagle pytanie czy ten kto nie przyjmuje tego stwierdzenia jest w czymkolwiek gorszy/mniej wartościowy od pozostałych? Bo jeżeli nie jest to wartość narzucona z góry przez Świat, Boga lub kogoś kto może nazwać się prawowitym ‚twórcą wartości’, to skąd pewność…
Jeżeli jest to tylko ludzka umowa, w takim razie każdy ma prawo powiedzieć, że na taką umowę się nie zgadza… Choć oczywiście liczyć się musi z tym, że ludzie mogą zdecydować, iż w takim razie oni nie chcą go w swoim świecie/albo go „nie lubią”.
W pewnym sensie można powiedzieć, że wygrywa silniejszy… silniejszy liczbą.
Pojawiły się kolejne pytania… Zwyrodnialec? Człowiek bez wartości? Kto nadał nam prawo mówienia tak o kimkolwiek? Czy ten sam, który powiedział, że nie wolno się zabijać? A co jeśli nie ma takiego kogoś? Wtedy sami nadaliśmy sobie to prawo, nasi przodkowie kultywowali to prawo i te zasady i my również im wtórujemy. My również wolimy żyć w społeczeństwie w którym wychodząc na ulicę nie musimy się zastanawiać czy ktoś nas przez przypadek nie zje, bo uzna że jesteśmy smakowitym i łatwym do upolowania kąskiem.
Prawo do wolności? Wolności słowa? Prawo do szczęścia? To wszystko efekt naszego pobytu na Ziemi od dłuższego czasu, wynik ewolucji społecznej.
A może zakaz zabijania to kwestia natury? Może natura ma takie zasady, że dba o to, aby osobniki tego samego gatunku się nie zabijały? Może to prawo naturalne?
To byłoby fascynujące gdyby taki twór jak natura, czymkolwiek by ona nie była, nadawała prawa swoim… swoim komu? Podwładnym? Częściom? Kim my jesteśmy dla natury?
Większość tworzy prawa, które służą większości. Niektóre z tych praw są już niepisane i występują u wielu gatunków. Ale czy to oznacza, że są obiektywnie słuszne? I słuszne dla kogo? Dla jednostki? Dla większości? Dla tych którzy nie uznają tychże wartości? Dla tych raczej nie…
To równie fascynujące, że ta sama natura dała nam prawo zabijania osobników z innych gatunków (także roślin), bo to już nie nasi… więc możemy ich zjadać…
Niektórzy stwierdzą, że to kwestia genów. Geny dbają o to, aby przetrwać… Wiara. Jedni wierzą w boga pod różnymi postaciami, inni w geny… Ale czy to prawda?
Wiara nieoczywista…
Geny nie dbają o swoje przetrwanie, geny po prostu powstają i te, które są przydatne zostają. A jak się to dzieje? Jeżeli gen jest przystosowawczy, osobnik w którym się on znajduje ma większe szanse na przetrwanie i rozmnożenie się, a więc i gen pojawi się po raz kolejny. Czy to będzie ten sam gen? A czy to będzie ten sam osobnik? Czy gen jakoś specjalnie się stara? Gen powstaje na drodze mutacji i jeden jest ‚siaki’ a inny ‚owaki’. W sytuacji kiedy organizmy rodzą się, rozmnażają i umierają – jedne geny przetrwają, inne wyginą. Czy geny wpadły na pomysł przetrwania? Geny mogły zdobyć taką funkcję jak zdolność do powielenia się w nowym osobniku, zapisana w nich mogła zostać przez przypadek taka zdolność. I te które zdolność tę posiadały, chcąc nie chcąc przetrwały, gdyż taki był kod wydarzeń. Rozkaz – wykonanie rozkazu. Na drodze kolejnych mutacji powstaliśmy my. Całkowicie przypadkowo. Geny nie dbały o to czy ludzie będą mieli mózgi, ręce i nogi. Istoty, które miały te cechy zwyczajnie bardzo dobrze się przystosowały do życia i wyeliminowały większość zagrożeń, gdyż istoty te chciały przeżyć.
I tak z moją nastoletnią wiedzą o świecie stałem sam na sam na pustkowiu niewiedzy otoczony tymi wszystkimi pytaniami…
Czy są tam gdzieś w takim razie jakieś obiektywne wartości?
A cóż by to miało znaczyć?
Wartości nadane z góry przez byt najwyższy całemu światu?
Jeżeli takich nie ma, to wszelkie inne wartości są subiektywne. Nadane przez tych, którzy chcą, aby im służyły.
Czasami służą też innym, zwłaszcza gdy takie wartości wyznają Ci, którzy decydują o wartościach.
Dlatego nie można powiedzieć, że ktoś występuje przeciw wartościom w ogóle, może jedynie wystąpić przeciw wartościom, które my wyznajemy.
A my wtedy zgodnie z własnymi wartościami możemy na to zareagować.
Na przykład walczyć nawet do śmierci za wyznawane wartości.
Ale warto chyba mieć świadomość, że te wartości, które wyznajemy nie są tymi jedynie słusznymi. Mogą być co najwyżej jedynie nasze.
Aczkolwiek nie możemy wymagać od innych aby byli świadomi… Bo być może to nie jest wartość, która jest dla nich istotna. To znaczy możemy tego wymagać, ale to wymaganie to jedynie nasza chęć, a nie jakaś podstawowa wartość – bycie świadomym…
Ale… być może gdzieś tam jednak są jakieś obiektywne wartości… O ileż świat byłby prostszy z takimi wartościami. Ludzie nie musieliby tworzyć i pilnować własnych od podstaw.
Z drugiej strony, możliwość stworzenia własnych wartości w oparciu o to co przeżyliśmy jest równie cenna. Możemy, jeżeli tylko zechcemy, w pełni świadomie decydować o tym co jest wartościowe… dla nas. Być może będzie to zbieżne z wartościami innych, a wtedy możemy nawet znaleźć osoby, które nas zrozumieją i w których towarzystwie może być nam przyjemniej.
Według powyższego – które oczywiście było już mocno zakręconym „filozofowaniem”…
Nawet bóg/stwórca nie mógłby uznawać, że jego wartości są jedynie słuszne. Jeżeli tak by uznał oznaczałoby to, że uznaje się za właściciela tych których stworzył, czyli stworzył sobie coś co jest jego własnością. Zakładając jednak, że to co stworzone należy tylko do siebie samego, ma prawo wyznawać własne wartości. Bóg może jedynie mówić jakie wartości jemu się podobają i które są mu bliskie. Jako stwórca, który posiada więcej wiedzy może oczekiwać, że jego dzieła będą wyznawać podobne wartości, ale wymagać tego może jedynie jeśli uzna się za istotę wyższą i lepszą od dzieła które stworzył. Jeżeli za takiego się uzna, jeżeli nawet za takiego się uzna…
Może uważać, że ma większe prawa… a dzieło jego może uważać inaczej.
I w tym momencie prawo silniejszego może okazać się najważniejszym prawem… albo raczej – prawo do samostanowienia, samodecydowania o swoich wartościach.
Posiadać wartości, a domagać się ich respektowania to zupełnie co innego. A czymś jeszcze innym jest respektowanie wartości drugiego.
W świetle tych wszystkich przemyśleń nie wiedziałem już co sądzić o świecie… Nie wpadłem też wciąż na to jak to ująć w ramach jakiegoś obrazu, żeby już o tym nie myśleć, żeby pokazać światu nieistniejące wartości…
W świetle tego wszystkiego mogłem bowiem nawet postawić hipotezę, że każdy najgorszy przestępca, morderca czy gwałciciel ma prawo do posiadania własnych wartości, bez względu na to jakie by one nie były… a posiadanie tych wartości nie czyni go gorszym człowiekiem. W żadnym najmniejszym aspekcie człowieczeństwa nie jest gorszy od najświętszego człowieka. Jest dokładnie takim samym człowiekiem. I jeden i drugi jest po prostu człowiekiem. To co ich odróżnia to wartości. Wartości jednego są społecznie uznawane za złe i krzywdzące innych, wartości drugiego za dobre i pomocne dla innych. Społeczeństwo ma więc prawo mówić o jednym dobrze, a o drugim źle. Ale jeśli istnieje prawo podstawowe polegające na nazywaniu kogoś człowiekiem – obaj mają pełne prawo do tej nazwy. I obaj mają pełne prawo do praw przysługujących wszystkim ludziom jakiekolwiek by to nie były prawa podstawowe.
Jest jednak i tak, że ludzie mogą uznać że to co czyni „złoczyńca” im nie służy, nie podoba się, sprawia im ból i cierpienie. I mogą zdecydować, aby ukarać „złoczyńcę”. Ale nie dlatego, że oni są dobrzy a on zły, tylko dlatego, że oni mają ochotę go ukarać, aby było im lepiej.
I ani jeden ani drugi czyn nie jest dobry czy zły. Czyny są czynami, a tylko ludzie nadają im wartości.
I nawet człowiekowi skazanemu na karę śmierci można powiedzieć – Widzisz, nie chodzi o to, że uważamy Cię za potwora zasługującego na śmierć. Po prostu przeszkadzasz nam w życiu do którego jesteśmy przyzwyczajeni, wkurzasz nas, budzisz niechciane emocje i dajesz przykład, który nam się nie podoba. Zupełnie nie czuj się więc gorszy od nas, bo takim nie jesteś… Ale umrzeć musisz…
To była dla mnie trudna lekcja myślenia… Trochę wywróciła świat moich wartości do góry nogami… i długo się nie mogłem po tym pozbierać… i długo nie byłem w stanie stworzyć tego dzieła, które gdzieś tam domagało się ujawnienia…
A do jakich wartości wtedy doszedłem? Zacząłem wierzyć, że każdego człowieka warto nazywać człowiekiem.
Można być ‚złym’ czy ‚wściekłym’ na kogoś za to co uczynił, ale to nie zmienia faktu, że jest on człowiekiem. I na dodatek – w świetle „Świata” jest on równie dobrym człowiekiem jak każdy inny.
Wobec „nieistniejących wartości” nie ma więc lepszych i gorszych. Są tylko tacy, których czyny bardziej lub mniej nam się podobają. Są bliższe lub dalsze naszym subiektywnym wartościom.
Nie ma ludzi złych, ani dobrych. Nie ma złych, ani dobrych czynów. Są tylko ludzie, których czyny nas krzywdzą lub są dla nas pomocne. I na tej podstawie uogólniamy mówiąc: „to dobry człowiek, czyni dobro” lub „to zły człowiek, czyni zło”.
Nie ma zła, ani dobra obiektywnego.
Ale każdy z nas ma prawo do nadawania własnych wartości temu z czym się spotyka. Każdy ma prawo wierzyć w wartości które wyznaje.
Każdy też ma prawo do szczęścia.
Takie między innymi były wtedy moje wartości.
Wiem, trochę długie to było, ale wierz mi, że w rzeczywistości to było dużo dłuższe… Dochodziłem do tego i odchodziłem, wracałem do wiary w to co dużo prostsze, że ktoś nam te wartości podstawowe ustalił i że to jest kompas, na który należy patrzeć idąc przez życie… i znów zaczynałem myśleć… i tak tam i z powrotem…
Dopiero później doszedłem do tego, że posunąłem się za daleko twierdząc, że „nie ma zła ani dobra obiektywnego” – oczywiście, że coś takiego może istnieć… bo niby czemu akurat to miałoby być niemożliwe?…

Reporterka:
Zagmatwane to… Ale powstała z tego w końcu jakaś rzeźba? Obraz? Film?

Artysta:
Wtedy jeszcze nie… Dopiero później.

Reporterka:
Później?

Artysta:
Tak. Na studiach, a właściwie na/po… Między innymi „(Nie)kochany morderca”, ale też inne… tylko o tym za momencik. Bo najpierw musiałem chyba znaleźć się w zupełnie innym środowisku, aby później móc wrócić do tego tematu i w pełni go uchwycić. Ale wpierw, właśnie, musiałem całkowicie zapomnieć o tych całych wątpliwościach, wartościach, bogach i innych tego typu sprawach… Musiałem dotknąć życia…

Reporterka:
Rozwiniesz?

Artysta:
Pierwsza sprawa to narkotyki…

Reporterka:
Wziąłeś?

Artysta:
Nie… Wtedy po raz kolejny spotkałem Konia. I wtedy dopiero dowiedziałem się, że tak na prawdę to nie brałem heroiny. Możesz sobie wyobrazić moje zdziwienie. Trzy lata miałem się za gościa, który brał heroinę i jakoś specjalnie ona na niego nie wpłynęła, a tu się okazuje, że tak jednak nie było… Ale historia jest dłuższa…
To było tuż przed studiami… Szykowałem się już do rozpoczęcia tego etapu, kiedy nagle zadzwonił telefon. To był właśnie Koniu.
Dostał mój numer od kogoś ze znajomych z tamtego wyjazdu… Zapytał czy miałbym chwilę, żeby się z nim umówić, bo to ważne dla niego. Miałem chwilę, więc umówiliśmy się na sobotnie popołudnie. Spotkaliśmy się w kawiarence…
Koniu wyglądał bardzo podobnie do tego jak go pamiętałem sprzed kilku lat, choć był może trochę bardziej wychudzony. Nie był jednak z Jagodą. Była z nim jakaś inna dziewczyna.
Usiedliśmy, zamówiliśmy kawę, ciastko i Koniu zaczął mi wszystko opowiadać… Najpierw o tych narkotykach „nie-narkotykach” z wyjazdu. O tym, że to był właśnie taki żart, niewinne kłamstwo, które pozwala spojrzeć na świat trochę inaczej niż zazwyczaj… rozwija na swój sposób… a jednocześnie było to takie sprawdzanie granic… swoich… naszych… Możesz sobie wyobrazić moje zdziwienie. Oczywiście na początku myślałem, że mnie wkręca… ale z każdym kolejnym zdaniem wierzyłem mu coraz bardziej…
Okazało się, że my, co prawda, nie wzięliśmy, ale Koniu później brał… To też dłuższa historia jak to się zaczęło… Brał heroinę i trochę innych… I doprowadził się do takiego stanu, w którym był bardzo blisko wylądowania na ulicy, ale wtedy jego znajomi coś zauważyli i skierowali go na odwyk, a później do ośrodka na terapię…
Był już w tym ośrodku kilka miesięcy i zyskał uprawnienia do wychodzenia na zewnątrz… Wiesz, tam mają takie różne poziomy uprawnień w zależności od tego jak długo jesteś czysta, jak dobrze idzie terapia…
I kolejnym elementem rozwojowym dla Konia było spotykanie się z ludźmi, których mógł wciągnąć w nałóg, skrzywdzić w jakiś sposób… Nie wiem do końca jaki był cel – czy chodziło o to, żeby uczciwie się przyznał, czy żeby pomóc tym ludziom, takim jak ja, czy jeszcze jakieś inne cele wchodziły w grę… w każdym razie spotykał się z nami, mówił prawdę i przepraszał…
A dziewczyna, która z nim była też była z ośrodka, była na jeszcze wyższym poziomie niż Koniu i była jakby jego Aniołem Stróżem podczas tych spotkań… Dla niej to też podobno było rozwojowe doświadczenie…
Jak go tak słuchałem to robiło mi się tak coraz bardziej przykro… smutno… Jak to się stało, że dotarliśmy do takiego miejsca, że Koniu mnie przeprasza… teraz nie wyglądał już zupełnie jak ten koleś sprzed kilku lat, pewny siebie, mroczny, ale zabawny zarazem… teraz był poważny i smutny…
Zacząłem sobie przypominać tamten wyjazd… i ten konkretny wieczór, który dla mnie skończył się jak się skończył… Lena… Julita… Czy miałem być teraz wściekły na Konia za to? Miałem już wtedy swoje lata i wydawało mi się, że sam podejmowałem decyzje, pewnie że może była tam jakaś presja grupy, ale to była moja decyzja… I ta z heroiną – solą fizjologiczną i ta z Heroiną – Leną…
Nie czułem prawa do tego, żeby być na niego wkurzonym… a jednak jak mnie tak przepraszał, to coś tam gdzieś we mnie się budziło… Oszukał mnie… Może gdyby mnie nie oszukał byłoby inaczej?
Czy Julita jest szczęśliwa? Wydaje mi się, że tak… na szczęście… bo przecież gdyby to się skończyło inaczej…
Na pewno tamto oszustwo mocno wpłynęło na moje życie… i życie innych…
Dla mnie jednak być może było ono pomocne… bo nigdy później nie brałem… nie czułem potrzeby… A co by było gdyby w tamtej strzykawce była heroina? Bardzo możliwe, że nie siedziałbym wtedy już z Koniem w tej knajpce… To jednak tylko „być może”… Starałem się o tym nie myśleć, bo takie gdybanie po fakcie wydawało mi się nietrafione…
Przyjąłem przeprosiny…
Stworzyłem „przeprosiny” – obraz…
Posiedzieliśmy jeszcze chwilę i rozeszliśmy się w swoje strony…

Reporterka:
Widziałeś go jeszcze później?

Artysta:
Tak… Co najmniej kilka razy… w przeciągu tych wakacji…
Bywałem u niego w ośrodku… Spędził tam jeszcze kilka miesięcy, a później wyszedł i wyjechał…
W tym ośrodku dużo rozmawialiśmy o życiu, o śmierci, o narkotykach, o miłości, o nienawiści, o potrzebie ciągłego sprawdzania się, przekraczania granic, życia na pełnych obrotach i o historii, którą opisał w swoim opowiadaniu „Zwyczajne życie”… To było to opowiadanie, o którym dawno temu opowiadał Jagodzie… tylko teraz miało zakończenie… Po przeczytaniu tego opowiadania zastanawiałem się na ile ono opowiada o jego życiu, a na ile jest tylko literacką fikcją… Spytałem go o to i poznałem częściowo jego historię… Od czasu wyjazdu na którym go poznałem do czasu tego naszego spotkania przeszedł dużo… bardzo dużo… ale nie dowiedziałem się do końca na ile historia z opowiadania jest prawdziwa… To opowiadanie pozwoliło mi też trochę lepiej zrozumieć samego siebie… wątpliwości, które mi się pojawiały… one w dużej mierze były wątpliwościami Konia, o których chyba nam wtedy też opowiadał… Później mogę Ci to opowiadanie pokazać jak będziesz chciała… Mam je zawsze przy sobie… i czytam je kiedy nadchodzi odpowiedni czas…

Reporterka:
Chętnie je później przeczytam…

Artysta:
Przeczytaj, bo warto… Jeśli chcesz mnie zrozumieć, to warto… Pamiętasz, pytałaś wcześniej o moich mentorów… To Koniu był też jednym z tych moich mentorów… trochę innym niż Ci pozostali – nie był Picassem… ale był człowiekiem z krwi i kości… pisarzem, z którym mogłem porozmawiać… to inny rodzaj mentora…
Ale to jeszcze nie wszystko jeśli chodzi o Konia… Bo oprócz rozmawiania z nim, spotkałem tam też innych narkomanów… rozmawiałem z nimi i oni też mnie kształtowali…
Przeróżni ludzie uzależnieni od przeróżnych substancji… Koniu był uzależniony tylko od heroiny i mówił o sobie, że jest narkomanem starej daty, że Ci młodzi, uzależnieni od różnej maści pigułek są zupełnie inaczej uzależnieni… I chyba faktycznie tak było… Różni ludzie, różne uzależnienia… Wpadali w to z różnych powodów, i różnie sobie radzili z terapią… jedni lepiej inni gorzej…
Zdarzało się, że ludzie z ośrodka uciekali i szli w ciąg… Niektórzy później wracali, inni niestety nie… To zawsze było trudne doświadczenie gdy ktoś uciekał… Dla nich wszystkich… Widzieli to łatwe rozwiązanie, które niektórzy wybierali, ale trwali w swoim… walczyli… w imię jakiegoś lepszego jutra…
Zżyłem się z tamtymi ludźmi… Bo w ośrodku to oczywiście nie była tylko terapia, była praca i zabawa – bilard, piłkarzyki, rzutki… mieli tam też, pamiętam, takie własne stadko kaczuszek… wychowywali je od małego… super były te kaczuszki…
Były tam takie mini-imprezy całkowicie bezalkoholowe, żeby nauczyli się funkcjonowania na imprezie inaczej niż byli przyzwyczajeni…
I były specjalne uroczystości kiedy ktoś opuszczał dom, był tort, była zabawa…
Ostatni raz byłem w ośrodku na imprezie kończącej pobyt Konia…
Dla mnie to też było takie jakieś symboliczne zakończenie…
To co było w ośrodku, to było takie doświadczenie prawdziwego życia, trudnego życia, życia z którym ludzie sobie nie radzą… ale próbują… próbują… i w końcu, niektórym się udaje… Stają na nogi, wracają do społeczeństwa…
Aczkolwiek w głowie na pewno zostanie im to uzależnienie, świadomość tego, że wystarczy jeden błąd i mogą wrócić na ścieżkę w dół…

Reporterka:
A co się dalej działo z Koniem?

Artysta:
Od czasu jak wyjechał utrzymujemy już tylko kontakt korespondencyjny… Koniu dużo jeździł po świecie, przesyłał mi czasami zdjęcia z tych podróży… Aż w końcu osiadł gdzieś daleko… Później się ożenił i urodziła mu się dwójka super dzieciaków…
Wciąż piszemy do siebie o tym jak nam się życie układa… Tylko już rzadziej… Ale jak trzeba to możemy na siebie liczyć… Na przykład Koniu przysłał mi całkiem niedawno taki ważny list… dłuższy… ważny… Ale o tym później…

Reporterka:
Fajnie… A ludzie z ośrodka?

Artysta:
Z nimi nie mam kontaktu… Mam nadzieję, że się im udało i żyją dobrym życiem gdziekolwiek ich ono nie rzuciło…

Reporterka:
A narkotyki? Z nimi masz kontakt?

Artysta:
Jeśli pytasz czy zacząłem brać, to odpowiedź brzmi – nie… Po tym co zobaczyłem… To była dobra terapia…
Zresztą tak jak Ci wcześniej mówiłem, ja czułem, że już spróbowałem… I pamiętałem jakie były tego konsekwencje… Nie tylko dla mnie…
I fakt, nie spróbowałem, ale już zupełnie nie miałem takiej potrzeby…
No i jest też tak, że oczywiście rozumiem potrzebę zmieniania świadomości, bo nasłuchałem się o tym bardzo dużo i sporo sam o tym myślałem. Ale mam też wrażenie, że moja świadomość była zmieniona od kiedy pamiętam… I nawet czasami się śmieję, że to co inni muszą sobie aplikować, mój organizm aplikuje mi bez względu na to czy ja tego chcę czy nie… i przez to ciągle chodzę jakbym był naćpany i spostrzegam ten świat tak jakoś odrobinę inaczej niż większość ludzi… I chyba dlatego zostałem artystą… bo cóż innego mógłbym robić z takim widzeniem rzeczywistości…
Ale wiem też, że to nie jest prawda, bo widziałem ludzi, którzy zmienili swoją świadomość… mocno zmienili… i ich świat był zdecydowanie inny niż mój… to był prawdziwy mrok… mrok, z którym tylko szczęściarze mogą wygrać. Tych, którzy mają mniej szczęścia ów mrok po prostu pochłania…
I jeszcze Ci tylko powiem, że w tamtym okresie stworzyłem jeszcze dwa obrazy: „Powrót” i właśnie „mrok”…
A później wciągnąłem się na całego w studia…

Reporterka:
No… dobrze… To trudne sprawy, wiesz… te, o których mówisz…
Ale… ważne… I dziękuję Ci, że się tym z nami dzielisz…
A w takim razie studia?…
Były inne, tak?
Co było dla Ciebie najważniejsze w tym okresie?

Artysta:
Kobiety.

Reporterka:
Proszę?

Artysta:
Kobiety.

Reporterka:
To nagła zmiana klimatu po tym co przed chwilą mówiłeś… Rozwiniesz w takim razie?

Artysta:
Haha… Już… Widzisz… Miałem wtedy taką dużą potrzebę odreagowania tego wszystkiego co widziałem w ośrodku… I studia były do tego idealnym miejscem… A dlaczego kobiety?…
Bo generalnie w okresie studenckim człowiek poznaje bardzo dużo ludzi, i mężczyzn i kobiet… Na uczelniach na których studiowali moi znajomi i na moich studiach było dużo kobiet, a ja jakoś lubiłem się odnajdywać w ich okolicy… Bo każda kobieta to zupełnie inny świat… Dla mnie, jako faceta, to było ciągłe odkrywanie tego, że świat może wyglądać tak, albo inaczej, stać na głowie, na rękach, podskakiwać, być niebieski, albo różowy, albo tęczowy, być mroczny, albo rozświetlony od rana do wieczora… To było fascynujące…
Bo wiesz, z facetami tak nie ma… Przynajmniej z większością. Zdarzają się oczywiście wyjątki, ale faceci w większości są jednak kwadratowi. A kwadrat, jak to kwadrat, po prostu jest kwadratem, za każdym razem. Możesz zobaczyć w życiu setki kwadratów, ale wszystkie będą kwadratowe… Kwadraty nie są więc specjalnie twórczym tematem…
A kobiety są różnorodne… i z tą swoją różnorodnością w byciu i w myśleniu prowokują… I tak każda kobieta dla takiego kwadratu jak ja, to nowa myśl, nowa idea, nowe rozumienie czegoś co już zadawało się w pełni pojęte, a teraz znów okazuje się totalną abstrakcją…

Reporterka:
Czyli kobiety Cię rozwijały?

Artysta:
Tak. I to były na prawdę przeróżne kobiety… i szereg obrazów, do których mnie natchnęły…
Na początku studiów to była generalnie taka jedna długa fala nowych kobiet w moim życiu. Z początku to były niewypały…
Raz to była taka randka, na której okazało się, że nic z tego, bo miała faceta i tylko chciała zobaczyć jak to jest na randce z kimś innym. To na jej podstawie „nienamalowałem” „tylko sprawdzam”…
Innym razem po kilku randkach okazało się, że zamiast chcieć się zaangażować w związek ze mną, dziewczyna szukała drogi do faceta z dzieciństwa… I tak powstało „miłosne przedszkole”…
Jeszcze kiedy indziej przez kilka dni słuchałem po prostu o skomplikowanych relacjach jakie to mogą łączyć dwoje ludzi – zauroczenie, bliskość, ale dla obojga to szukanie czegoś nie tam gdzie to coś jest i że to wszystko nie ma sensu i na pewno nie wyjdzie… i nie wyszło. Ale wyszło „to nie wyjdzie”…
Była też dziewczyna, która uważała, że jej raz utracona prawdziwa miłość nigdy nie wróci, ale ona mimo wszystko próbuje szukać nowej miłości… choć nie ma w niej ani gotowości ani nadziei, że jeszcze kiedyś przeżyje to uczucie. I też nie wyszło… „Jednorazówka”…
Był też moment, w którym zakochałem się w dwóch kobietach jednocześnie, co zresztą miało swoje podstawy, bo jak się bliżej poznaliśmy to dziewczyny okazały się lesbijkami i dzięki mnie zostały parą… To akurat nie było takie straszne… „Parka”.
Była też taka, do której się na krótką chwilę przywiązałem (faceci też się przywiązują), ale nic oprócz tego przywiązania do niej nie czułem… „Na sznurku”.
Była „Kobieta przy stoliku”. Spotkałem się z nią dzięki znajomemu, na lunchu, to była przyjemna rozmowa, śniadanie dnia następnego…, czytała właśnie „W drodze” Kerouaca (fajna książka swoją drogą), rozmawialiśmy o książkach i filmach, które ją kształtują i o poszukiwaniu własnej ścieżki, ale niestety przyjechała do miasta na chwilę na jakąś konferencję naukową, więc następnego dnia pożegnaliśmy się bez żalu…
Była też „kobieta z wytwornej restauracji”… Raz tylko zdecydowałem się tak zacząć znajomość, w sumie nie wiem czemu, ale było warto. Bardzo przyjemnie ją wspominam.
Była też taka, której pokazywałem miasto. Byłem jej przewodnikiem po mieście, a ona moją po… zresztą… „Przewodniczka”…
Była kobieta, z którą poszedłem na dyskotekę. Tego też zazwyczaj nie robiłem, ale tym razem czułem, że to jest właśnie to. Super tańczyła… „Balerina”.
Była też kobieta, którą w pierwszej chwili potraktowałem jak dziecko, bo uznałem za szesnastolatkę, takie miała delikatne rysy twarzy. Ale ona się nie poddała, okazało się że ma już dwadzieścia lat… i nie jest tak niewinna jak wskazywałaby na to jej twarz… i kilka tygodni spędziliśmy razem… „(Nie)winna”…
Była też taka, z którą zwiedzałem przyjemne spelunki w mieście, takie małe, ale z muzyką na żywo, doborowym towarzystwem i niezapomnianą atmosferą… I nie… nie nazwałem obrazu na jej cześć „spelunka”, „spelunka” jest o czymś innym. Obraz o niej nazwałem „atmosfera”…
A, zapomniałbym… Była też „kobieta w zielonym staniku”. Tak ją zapamiętam. Z nią to też było na dłużej, kilka tygodni co najmniej, a ten stanik to dlatego, że od tego się zaczęło… Wspaniała historia, ale na kiedy indziej…
Jest trochę tych wspomnień… i obrazów… Wszystkie je pamiętam, nawet jeśli nie były tymi najważniejszymi… Bo oczywiście na dany moment zazwyczaj były… Tylko z perspektywy wygląda to jednak inaczej…

Reporterka:
Dużo ich było.

Artysta:
Czy ja wiem… Chyba tak w normie…

Reporterka:
Skoro tak uważasz…

Artysta:
Nie…, czemu tak mówisz?

Reporterka:
Bo są ludzie, dla których w normie oznacza dwie, może trzy osoby, a u Ciebie to są jakieś tabuny kobiet…

Artysta:
Hmm… No nie wiem co na to odpowiedzieć.

Reporterka:
Może powiedz w takim razie co było dalej… Jak Cię zmieniły? Bo o tym chyba chciałeś zanim się przeniosłeś w krainę wspomnień…

Artysta:
Tak… tak…
Nie potrafiłem wtedy tego uchwycić… Czy to ja, czy to one, różne zachowania kobiet i różne moje… czy każda kobieta i każdy facet ma wiele twarzy i wszystko zależy od sytuacji w jakiej się znajdą? Wszyscy szukamy drugiej połówki, ale wielu tak ciężko ją znaleźć…
Część z nas niesie ze sobą bagaż, który trudno nam zostawić, bo nie chcemy pozostać sami. Ten bagaż daje nam poczucie, że przeżyliśmy coś wspaniałego. Trochę się boimy go zostawić, a trochę nie umiemy. Bo jak zakochać się w kimś nowym pozostawiając w głowie wspomnienie poprzedniej. Czy to nie zdrada aktualnej i poprzedniej? Z czego to wynika?
A z każdym kolejnym związkiem tego bagażu jest więcej…
Dla mnie ten bagaż był nie tyle ciążący, co rozwijający… Bo widzisz, mężczyzna (chłopiec) z początku zafascynowany może być tylko urodą kobiety, bo tak go ten świat kształtuje obecnie, dopiero później zaczyna dostrzegać, że każda kobieta jest piękna i każda ma wady i że tak naprawdę każdą może pokochać, z każdą może stworzyć udany związek (inny, ale udany), wystarczy że się na to zdecyduje. Aczkolwiek często niestety zdarza się tak, że jak już to zrozumie to jest trochę za późno na powrót do tej jednej, którą pokochał wcześniej, zanim zrozumiał… I na tej podstawie tworzone są dramaty miłosne… Ale na całe szczęście nie wszyscy tak mają… I powstają też komedie romantyczne…
W każdym razie… Dopiero w pewnym momencie facet zauważa, że każdy rodzaj urody jest do pokochania i może być fascynujący i każdy charakter jest do pokochania i może być fascynujący…
Kobieta spokojna, kobieta wredna, kobieta wyrafinowana, kobieta zwyczajna, kobieta wyzwolona, kobieta żywioł, kobieta do rany przyłóż…
Każdą można pokochać… I naprawdę niewiele potrzeba, żeby pokochać – wystarczy chcieć… i później przyjąć to co się ma… Życie carpe diem, ale bez szaleństw…
I tak facet z furiata, frustrata, fiksata może się dzięki kobietom zmienić w żywiołowego, spełnionego, otwartego i wyluzowanego, troskliwego, pogodzonego z tym, że wciąż ten furiat lub frustrat lub fiksat będą w nim, ale nic to…
I to taka pierwsza prawda, którą dzięki tym kobietom zrozumiałem… i stworzyłem rzeźbę z tej okazji… „Kobiety, które mnie zmieniły…”

Reporterka:
Faktycznie, brzmi to jakbyś długą drogę przeszedł…

Artysta:
Wierz mi, że dłuższą niż Ci się prawdopodobnie wydaje… Bardzo wiele dały mi rozmowy z tymi kobietami… Inna kobieta, inne zainteresowania, inne sytuacje, inne rozmowy… Później przyszła pora na dłuższe związki, czyli tak co najmniej dwumiesięczne…
Najpierw to była Ala… Ala lubiła czytać… i pamiętam, że dała mi do przeczytania książkę, w której facet jest z jednej strony uczuciowy, ale z drugiej męski i bardzo blisko swojej biologicznej natury. Wiesz to była taka trochę babska książka, dużo seksualności, ale bez seksu… Dużo było tam o odnajdywaniu samego siebie przez różnych ludzi, których napotyka główny bohater, którzy także się szukają – każdy na swój sposób, trochę życia trzydziestolatków i dwudziestolatków – niby inne światy, inne pochodzenie, a jednak podobnych. Główny bohater to był taki człowiek z przerostem ego, który zdaje sobie z tego sprawę, ale nie potrafi sobie poradzić z rzeczywistością, nie chce się pogodzić z tym, że ideały sobie gdzieś poszły spać w poprzedniej dekadzie jego życia… i spotkanie każdej kolejnej osoby rozwiązywało coraz to nowe problemy z jego życia… Oczywiście, ponieważ była to książka z tych ambitnych, główny bohater pozostaje z brakiem odpowiedzi na swoje rozterki, bo taki już jest i takie jest życie… Przeczytałem, przemyślałem, zastanawiałem się czy ona chce mi coś przy okazji tej książki powiedzieć… I jeśli tak to czy chce to powiedzieć o mnie czy o sobie, bo w sumie to w tej książce główną bohaterką mogła być też kobieta… W końcu mamy równouprawnienie… I tak namalowałem „równouprawnienie”…
Beata była studentką prawa… Dużo rozmawialiśmy o karze śmierci, o niegodziwościach tego świata i takie tam… I z tego wszystkiego to ja doszedłem do specyficznych wniosków i stworzyłem obraz „Z drugiej strony lustra…”
Ponieważ lubię kontrować na idee, o których ktoś mówi, że są jedynie słuszne… szukać drugiego dna, po rozmowach z Beatą zobaczyłem zalety kary śmierci. Zobaczyłem zalety prowadzenia wojen zaczepnych, zalety zabijania rodziny swoich oponentów, zalety wsadzania do więzienia przedstawicieli opozycji. I wiele innych zalet, których wcześniej nie widziałem.
I pewnie dla wielu te zalety są również oczywiste. Dla niektórych pewnie tylko zalety części z tych sytuacji są oczywiste. A inni być może nie widzą żadnych zalet w owych sytuacjach.
Ale ja wtedy zobaczyłem, że taką główną zaletą w tych wszystkich sytuacjach było odsunięcie zagrożenia.
To jest właśnie ta zaleta, która łączy powyższe sytuacje. I warto sobie z tej zalety zdawać sprawę.
Wszystkie te zjawiska można krytykować, ale jak zawsze, warto zdawać sobie sprawę, że nie bronimy jedynej słusznej racji, a jedynie naszej, naszego przeświadczenia, że coś jest słuszne, a coś nie.
A czy kara śmierci jest nieludzka? Nie jest. Tak, jest to zabicie człowieka w danym momencie bezbronnego. Tak, jest to zabicie człowieka, który być może ma rodzinę, która będzie go opłakiwać.
Tak, jest to zabicie człowieka, który być może w przyszłości mógłby ocalić czyjeś życie.
Jest to kara ostateczna.
Pytanie – czy taka kara ma prawo istnieć w społeczeństwie uznającym się za humanitarne? Czy można zabić kogoś, kto nie może się bronić? Czy, w ogóle, czy można kogoś zabić? Oczywiście.
Czy stałem się zwolennikiem kary śmierci? Nie.
Dlaczego?
Bo pomimo wszystko widziałem też wiele zalet w ludzkim życiu. Bez względu na to czyje jest to życie.
Zacząłem się wtedy jednak zastanawiać – czy byłbym w stanie zabić drugiego człowieka za karę? Prawdopodobnie tak. Gdyby ten drugi człowiek zabrał mi coś na tyle cennego, że wartość życia tego człowieka zmniejszyłaby się dla mnie do zera, byłbym w stanie go zabić.
Jak to o mnie świadczy? Tego nie wiem. Wiem tyle, że związek z Beatą oczywiście nie przetrwał mojej argumentacji…

Reporterka:
W sumie to się nie dziwię…

Artysta:
Dzięki…
Wracając… Celina. Też studiowała prawo…
Z nią była taka kwestia, że prawie zostaliśmy rodzicami… Ja już oczywiście rodzicem byłem, ale Celina nie… i mieliśmy taką zagwozdkę na chwilę – co tu zrobić… Kupić pigułkę? Nie kupować?… I z tego urodziło mi się trochę przemyśleń… Wiesz, że właściwie już wtedy nie wierzyłem w istnienie czegoś takiego jak grzech, czyli wykroczenie przeciw jakiemuś prawu ponadludzkiemu/ponadnaturalnemu… i z jednej strony to było całkiem przyjemne… ale z drugiej – musiałem sobie samemu organizować system wartości, który miał mi zapewniać spokój ducha… jak to mawiają – coś za coś…
I tak jednym z tych niespokojnych zagadnień stała się dla mnie wtedy kwestia aborcji, czyli pytanie kiedy wolno usunąć rozwijający się ludzki organizm i kto powinien o tym decydować.
Miałem takie jakieś wewnętrzne przeświadczenie, wrażenie, że decyzja ta nie powinna należeć jedynie do kobiety, bo przecież mężczyzna choć nie jest w ciąży „zainwestował” w ten nowy organizm swoje geny. Z drugiej strony – często ta męska inwestycja idzie do toalety, więc nie jest to jakaś wielka inwestycja… więc czemu miałby mieć prawo decydowania o tym co powstaje? Jeżeli działał w celu prokreacji, to jest bardziej oczywiste. Natomiast w sytuacji tak zwanej wpadki tak oczywiste to już nie jest. Mężczyzna nie chciał tej „inwestycji”, a więcej fizycznych kosztów nie ponosi. Dlaczego miałby on decydować bardziej niż reszta społeczeństwa? Przez jedną komórkę?
Jako samiec oczywiście chciałem myśleć, że mam takie samo prawo jak kobieta do tej decyzji, ale nie było to dla mnie aż tak oczywiste…
I wiesz, ja wtedy miałem dużą potrzebę kontroli i na myśl o tym, że to tylko kobieta miałaby decydować w takiej sytuacji, czułbym się nieswojo. Z drugiej strony, gdyby jakaś kobieta miała decydować o tym co ma się dziać z moim ciałem przez 9 miesięcy, czułbym się chyba dużo gorzej. Wcale to nie jest takie łatwe… oddawanie komuś prawa do decydowania…
Pojawiło mi się wtedy jeszcze pytanie – pewnie bardziej podstawowe – w którym momencie to nowy organizm powinien decydować? I kiedy możemy go nazwać nowym organizmem. I wtedy doszedłem do tego, że chyba jednak (pomimo tych wszystkich moich przemyśleń) miałem tak, że w momencie w którym usunięcie ciąży oznacza zabranie czegoś temu nowemu organizmowi (np. pożywienia lub miejsca gdzie może się rozwijać) to jest już coś innego niż gdy nie pozwoli mu się zagnieździć w ciele kobiety (co poniekąd przekłada się na stwierdzenie, że nie powinno się tego robić… ale póki co nie dopuszczałem tej myśli do siebie).
I na swoje usprawiedliwienie pomyślałem, że ten organizm to jednak wciąż kilka komórek i zadałem pytanie czy kilka komórek może decydować? Czy kilka komórek ma prawa? Oczywiście nie prawa nadane przez jakiegoś boga, ale czy ja jako organizm myślący chciałbym, aby organizm kilku-komórkowy miał prawa?
I wtedy znów pojawiło się pytanie czy mężczyźni i kobiety powinni mieć równe prawa w nadawaniu praw temu organizmowi, który żyje głównie w ciele kobiety?…
I jak mi się już tyle tych pytań pojawiło, to wiesz, że w końcu zdecydowałem, że nie mam zielonego pojęcia jak z tego wybrnąć… i po prostu przestałem o tym myśleć… w końcu inni nie myślą to i ja mogę raz na jakiś czas sobie odpuścić…
I wtedy powstały dwa obrazy: „Praw(n)iczek” i „Inwestycja”…

Reporterka:
Naprawdę? Super nazwy…
I nie znalazłeś odpowiedzi? To do Ciebie nie podobne…

Artysta:
Podwójny sarkazm? Hmm…

Reporterka:
Hmm… No, ale jak się skończyła sytuacja z Celiną?

Artysta:
Zdecydowaliśmy się na pigułkę. Łyknęła. I wciąż miałem tylko jedno dziecko… A przynajmniej tylko o jednym wiedziałem…

Reporterka:
Ha… Ha… Ha…

Artysta:
No dobrze… Nie zanudzam Cię tym?

Reporterka:
Kontynuuj.

Artysta:
Z Dorotą lubiliśmy rozmawiać o naszych wspólnych znajomych… Choć to chyba ona bardziej lubiła… I tak mi ich opisywała, a ja się czasami zgadzałem, a czasami nie…
Widzisz, to jest mężczyzna, który czeka na pracę,
to mężczyzna, który ucieka przed życiem,
to mężczyzna, który miał dwie żony,
to mężczyzna, który wybiera samotność, acz nie cielesną,
to mężczyzna po zawale,
to mężczyzna imprezujący,
a to mężczyzna oczekujący na dziecko…
Długo takich rozmów nie wytrzymałem, ale za to stworzyłem obraz „szufladki”…
Z Eweliną to sam właściwie nie wiem czy rozmawialiśmy o naszych znajomych czy o sobie samych?
A doszliśmy do tego, że życie prowadzi nas zazwyczaj (na różnych jego etapach oczywiście) od zagubienia i niedokończonej miłości do… zrozumienia, że wszyscy tak mają… i pogodzenia się z tym, że tak będzie do końca ich życia…
Przez marzenia mężczyzn – matka, żona, kochanka; anioł i wamp, dyskutowaliśmy o tym na ile kobiety są w stanie spełnić się w tych rolach… Przez prawdy o mężczyznach – ojciec, mąż, kochanek, uciekający od życia, czerpiący garściami, myśleliśmy czy facet powinien być tylko jednym z tych, czy dorastanie to nie po prostu zgoda na bycie tymi wszystkimi mężczyznami po części.
Kobiet jest wiele, mężczyzn jeszcze więcej, albo na odwrót… ale w życiu każdego z nas tak naprawdę zawsze jest tylko jedna, jeden (a może liczy się tylko jedna, liczy się tylko jeden).
No i też nam nie wyszło, bo przecież trochę radości, zabawy w tym wszystkim powinno być, a nie tylko gadanie… Jakaś dyskoteka, koncert, wyjścia do knajpek…
Hmm… i nie pamiętam jaki obraz… a już wiem… nie… nie pamiętam… może nic z tego nie powstało… tylko ta gadanina mi w głowie została…

Reporterka:
No pięknie… Cały alfabet nam się tutaj układa… Wiesz, nie wiem czy nasze czytelniczki potrzebują słuchać o wszystkich Twoich kolejnych kobietach… Już rozumiemy, że było ich dużo… I faktycznie miały duży wpływ na Ciebie… A czy były jakieś bardziej szczególne?

Artysta:
Za dużo?… Dobrze… Ale i tak właśnie miałem powiedzieć o tej jednej z ważniejszych…

Reporterka:
Jednej z ważniejszych?

Artysta:
Tak… No, tak myślę…

Reporterka:
Aha. Proszę.

Artysta:
Po tej pierwszej fali, miałem taką fazę na bycie samemu na chwilę. Zresztą zbliżały się wakacje, a na wakacjach dobrze jest być samemu, człowiek ma więcej czasu…
W każdym razie…
To było na Krymie… Tam ją poznałem… Ale zanim o tym, to jeszcze dwa słowa o tej wyprawie… Bo w sumie cała ta wyprawa była taka ważna… choć powstały z niej tylko dwie rzeźby… Pierwsza to „Przyjaciele”… Druga… za chwilę…
Doświadczenia, które tam zebrałem zmieniły mnie… po powrocie myśli mi się poukładały i znalazłem spokój w świecie wartości na kilka lat i w świecie związkowej również… Ale zanim ten spokój, to opowiem Ci o pewnej „autostancji”…
Pamiętam ten dzień idealnie… jak zamknę oczy to normalnie czuję się jakbym tam znowu był…
Jest ósma rano. Sudak. To takie miasto na wybrzeżu, nad Morzem Czarnym, mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Sewastopolem na zachodzie, a Kerczem na wschodzie… Tam jest taka twierdza genueńska, którą warto zwiedzić… i którą wtedy zwiedziłem… ale nie o tym…
Leniwie wstaje kolejny dzień. Słońce jest jeszcze bardzo nisko, a już daje się we znaki. Siedzimy z moimi nowymi „przyjaciółmi” w dworcowym barze. Z radia rozbrzmiewa anglojęzyczna piosenka ostrzegająca uprzejmie o „sexbombach” odnalezionych w jakimś równie gorącym jak nasze mieście. W słońcu jest już około 30 stopni…
Ci moi nowi „przyjaciele” to czworo autochtonów – jedna starsza pani, koło pięćdziesiątki, jej młodsza koleżanka, na oko 25 lat i dwóch mężczyzn koło trzydziestki. Ich świat połączył się z moim prawdopodobnie na jakieś pół godziny, tak zwyczajnie… Kiedy nadjadą nasze autobusy rozejdziemy się jak gdyby nigdy nic, wymieniwszy uprzednio zaledwie dwa zdania…
– „Czy możemy się przysiąść?”
– „Proszę? Nie rozumiem. Ach, tak.”
Cała sytuacja wydaje mi się symbolicznie ironiczna – zabawna. Siedzimy przy okrągłym stole niczym najważniejsi i najbardziej wpływowi politycy świata i zupełnie się nie rozumiemy. Bariera językowa. Gdy w takiej sytuacji znajdują się politycy to nie ta bariera jest głównym problemem – ich tłumacze zapewniają przepływ informacji, jednak na nic się to nie przydaje. Bariera umysłowa.
Chyba za wcześnie wstałem – koło czwartej, piątej? Nie miałem zegarka więc nie wiem. Spałem pod gołym niebem w zagłębieniu na jakimś zboczu tak, żeby mieć dobry widok na okolice, a jednocześnie samemu nie być widzianym. Śpiworu nie miałem i było mi bardzo zimno, bo poprzedniego dnia najprawdopodobniej nabawiłem się lekkiego udaru… Wiesz, takie miałem różne sensacje w nocy, dreszcze, majaki… Było „interesująco”…
Sąsiednie stoliki również są zajęte… co zresztą nie jest takie zaskakujące biorąc pod uwagę pogodę i miejsce, w którym się znajdujemy… Stoliki bowiem zostały usytuowane w specjalny sposób ochraniający je od słońca. Z góry, dzięki jakiemuś takiemu plastikowemu, falistemu zadaszeniu, a od ulicy dzięki wspinającym się po kratownicy pnączom roślinnym.
Ten bar kojarzy mi się z taką piosenką Kaczmarskiego „Poczekalnia” (choć z zupełnie innym wydźwiękiem)… jawi mi się jak taka trochę pułapka na ludzi – wabi człowieka wspaniałą lokalizacją, perspektywą ochrony przed słońcem, złapania oddechu przed podróżą lub po niej… i już Cię nie wypuszcza. Kiedy w nim usiądziesz już się nie uratujesz – to tak jakby zostać skazanym na wieczne zacienienie, wieczny odpoczynek – co oczywiście w tutejszych warunkach jest skazaniem na wieczny pobyt w raju. Pułapka, której nie masz ochoty opuścić – najlepsza z możliwych… najskuteczniejsza… można w niej tkwić całe życie i nigdzie nie wyruszyć…
Moi towarzysze głośno krzyczą – domyślam się, że to zwyczajna rozmowa, a jednak odczuwam pewne zaciekawienie, a może to moja wścibskość się odzywa – o czym mogą tak dyskutować? Pewnie nigdy się nie dowiem.
Pewnie też szybko o całej tej sprawie zapomnę. Zadziwiające jak wiele zapominamy. Zgodnie z badaniami poważnych naukowców pamiętamy zaledwie 30% przeżytego czasu. To tak jakby reszta życia była do wyrzucenia – nieważna.
Do stolika podszedł „nowy” – również tutejszy. Najstarsza spytała chyba „czemu on nie pracuje?”…
Na dworcu można spotkać ciekawych ludzi. Począwszy od bezdomnych, a skończywszy na biznesmenach oczekujących na swój autobus – symbol łączności z rodziną i resztą świata. Kiedy trzymasz już bilet w ręce czujesz się jak Pan – cały świat należy do Ciebie, a jedną z jego filii już niedługo ujrzysz… bądź to po raz pierwszy bądź kolejny…
Nadjechał autobus. To już koniec naszej krótkiej znajomości. Jeszcze tylko słowa pozdrowienia – w ichniejszym mówi się: „szczesliwa”… i poszli. Ciekaw jestem kim oni byli, czym się zajmowali, czy mieli rodziny…
Niestety, jak to się często w życiu zdarza, zbyt mało czasu jest nam dane, aby poznać ludzi z którymi siedzimy przy jednym stole…
Czekam na znajomych. Nawet nie wiem czy przyjadą, ale jest duże prawdopodobieństwo. Mamy dziś zobaczyć „Złote wrota”. To taka brama skalna wystająca z morza u podnóża Karadahu… Uroczo to wygląda… Można tam podpłynąć stateczkiem… odpocząć, popływać na chwilę wpław i wyruszyć dalej… takie wycieczki tam są organizowane…
Kto wie czy się nam to uda. Już tyle razy plany ulegały zmianie…
Przyjechaliśmy tu w siedmioosobowej grupie – czterech facetów, trzy kobiety… czyli generalnie dwie pary i troje singli, z których dwoje…
Tydzień temu Wojtek skończył 20 lat i teraz wszyscy jesteśmy już dwudziestolatkami… To dziwne uczucie, kiedy człowiek staje się pełnoletni, gdy zaczyna trzecią dekadę swojego życia… patrzy już na ten świat oczyma, których by się po sobie nie spodziewał. A każdy kolejny rok… Nowe doświadczenia, nowe przemyślenia…
Wróciły… Dwie z moich stolikowych przyjaciółek… Czyżby nie pojechały? Może w ogóle nie miały takiego zamiaru, bo przyprowadziły jeszcze jedną, której wcześniej nie widziałem. Niech więc i tak będzie, myślę sobie…
Dorosłość wcale nie oznacza odpowiedzi – często to słyszałem. To tylko nowe pytania. I to jest prawda – przynajmniej częściowa… Ale nie czas… a może czas… Kiedy bowiem jest czas na przemyślenia? W wannie podczas kąpieli gdy siedzisz sam w ciepłej wodzie i spłukujesz trudy dnia bądź nocy ze znużonej skóry…? Na Krymie nie ma wanien… przynajmniej tam gdzie myśmy byli to nie było… Były tylko prysznice z wodą nagrzewaną przez słońce… To były przyjemne prysznice…
W głowie mi lekko szumi…
Ciekaw jestem kiedy przyjadą. Moi przyjaciele z Polski. Rozdzieliliśmy się około dwóch tygodni temu i od tego czasu spotykamy się lub nie to tu to tam. Czwórka tworzy jeszcze cały czas zwartą ekipę, choć i w ich szeregach zaczynają pojawiać się rozłamy… Długie wspólne wyjazdy owocują w bardzo wiele okazji do tego typu sytuacji… Reszta…
Przyszła jeszcze jedna. Ta jest jakaś inna. Milcząca, spokojna, nie wypowiedziała żadnego słowa. Woreczek złota za jej myśli. Siedzi, pije wodę i myśli. Za sobą pozostawiła już chyba z sześćdziesiąt, może siedemdziesiąt wiosen. Musi być skarbnicą wiedzy życiowej. Nie wygląda ani na bezdomną, ani na kobietę zajmującą się tak zwanym biznesem, raczej żyje z pracy rąk, może wynajmowania kwater.
Ale, co jest ciekawe… Mikroskop na uniwersytecie, puszka pod kościołem, stragan na placu targowym, biurko na open-space… jedni żyją tak, inni inaczej, a pod koniec tego życia wszyscy są tak samo mądrzy… choć może Ci żyjący bliżej natury są jednak mądrzejsi, więcej rozumieją z tego świata takiego jakim on jest, a nie jakim został wykreowany na papierze…
Słyszę urywane zdania. Dookoła mnie harmider niczym w ulu… Lewe ucho – stolik obok – pięć kobiet przy porannym posiłku. Prawe ucho – tutejsze radio – jedyne słowa, które rozumiem to kama-sutra, radio i fan. Stereo…
Pierwsza starsza pani – dwa złote zęby z przodu… To chyba sposób noszenia swego majątku blisko siebie…
A siwa babuleńka dalej siedzi…
Przy stoliku naprzeciwko pięcioro ukraińskich bądź rosyjskich turystów… Kojarzą mi się z…
Jeśli tutaj nie dotrą to mamy się spotkać w jakimś mieście na K… Kurortnoje? Kurortne? Koktebel?… mieszają mi się te nazwy… Stamtąd chyba płynie się pod „Złote Wrota”… Zobaczymy jak to będzie…
Staram się uchwycić cały ten świat, ale nie jestem w stanie – ani tu i teraz, ani nigdy i nigdzie. Świat jest jak zawsze zbyt ogromny i zbyt zmienny…
Płonąca (a właściwie gasnąca) zapałka wydaje przyjemny zapach… Taki substytut ogniska. Malutki, ale zawsze… To kobieta z lewej bawi się zapałkami wysłuchując porad starszej pani.
Główka od zapałki… Sto razy większa od ziarenka piasku, a mówią, że świat, wszechświat cały mieści się w ziarnku piasku. To co dopiero może się zmieścić w płonącej główce od zapałki… Czasami zdaje mi się, że to rozumiem, że ujmuję go w całej pełni, ale często jest on tak przerażająco wielki, że totalnie nie czaję o co chodzi tym, którzy tak mówią.
Męczę się… Już nie mam siły trzymać otwartych oczu… Nie przysypiać… Pilnować plecaka… Polaki – ruksaki… Tak na nas mówią na Krymie, bo ani ukraińscy, ani rosyjscy turyści z plecakami nie chodzą… tylko z torbami, walizkami… Więc jak widzisz kogoś z plecorem dwa razy większym od niego, śmiało możesz krzyknąć „dzień dobry, siema, cześć” i masz praktycznie pewność, że odkrzyknie w znajomym dla Ciebie języku… W tak odległych miejscach spotkanie krajana jest czymś całkiem przyjemnym… Nie wiem w sumie czemu tak jest…
Przy moim stoliku toczy się jakaś poważna rozmowa. Dotyczy chyba istotnych wyborów życiowych – pracy, małżeństwa… „Masz czas”, „Spróbuj jeszcze raz”, „Ja swoimi rękami pracowałam”, „Moja matka…”, „Wyjdziesz za mąż”.
Aż mi głupio, że tu siedzę i tego słucham, choć moje współstolniczki najwyraźniej nie czują się skrępowane moim towarzystwem. Na całe szczęście docierają do mnie tylko szczątki tej rozmowy, bo przecież gdyby toczyła się ona po polsku… na pewno mocno zastanowiłbym się czy nie powinienem opuścić stolika i pozwolić stolniczkom porozmawiać we w miarę intymnych warunkach.
„Durak”, „durak”, „durak” – więcej już chyba nie chcę słyszeć… Ale wydaje mi się, że starsza pani ma rację.
Przemyślenia. Potrzebuję chwili na przemyślenie tego co się dzieje. Potrzebuję spokoju. Nawet ciągłe zerkanie na drzwi dworca w oczekiwaniu na znajomych powoduje nerwowość…
Chyba proponują kwatery…
Poszły…
Może jednak nie chodzi o kwatery. Ciekaw jestem czy jeszcze wrócą… No cóż, pewnie za chwilę się o tym przekonam…
A może jednak?

To dziwne życie – takie barowo-dworcowe. Od rana do wieczora…
Przy stoliku z lewej siedzą właściciele i ich znajomi – stali bywalcy, może rodzina.
Na dłuższą metę wydaje mi się, że to musi być nudne. Ale może to tylko złudzenie… W końcu – czy tak bardzo różni się życie ludzi, którzy (przyjmuje się) więcej działają. Przecież tu chodzi o grupę przyjaciół i jakieś zajęcie. A czy takie czy siakie… Może ważniejsze, może mniej ważne dla ludzkości – to na pewno nie jest dobre kryterium wartościowania życia. Jak w ogóle można wartościować życie? Jakie jest lepsze?
Może można… ale to nieistotne…
Przy lewym stoliku co chwilę coś się zmienia – ktoś przychodzi, odchodzi – jak to w życiu…
Lewy stolik się zwija. Pewnie teraz wszyscy wrócą do swoich obowiązków, a jutro, a być może jeszcze dziś znowu zasiądą do okrągłego stołu i będą się śmiali, opowiadali sobie co im się przydarzyło, do jakich wniosków doprowadziło ich życie…
Przyjechali. „Przyjaciele”…

Reporterka:
Przycichłeś…

Artysta:
Przepraszam… Trochę się wciągnąłem w tamten świat.

Reporterka:
Rozumiem… Przyjechali?

Artysta:
Tak… Już… Poczekaj, pozbieram myśli… Jeszcze chwilę… Dobra…
Przyjechali… Nawet sobie nie wyobrażasz jak się ucieszyłem… Samotna wędrówka po obcym terenie jest super, ale spotkanie ze znajomymi, z ludźmi, którzy są dla Ciebie naprawdę ważni w życiu… po kilku dniach samotności, niesamowite uczucie…
Ale…
Tym razem czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka… Nie byli sami.
Zobaczyłem ją jak wychodziła za nimi z autobusu… Była… Dla mnie… Rzadko to mówię, ale była dla mnie uosobieniem piękna… I nie wiem czy to jej niebiańska uroda czy mój udar się do tego przyczynił, ale czułem, że jest wyjątkowa…

Reporterka:
Udar? Chcesz powiedzieć, że wpłynął na Twoją ocenę urody tej dziewczyny?

Artysta:
Nie wiem… mogło tak być… ale nawet jeśli…
Nie wiem czy to już w tym momencie, czy dopiero później, kiedy się odezwała, ale już mnie miała…
Może jeszcze nie byłem zakochany, bo to chyba coś więcej… I to głupio tak mówić, że się w kimś zakochałeś choć ten ktoś dopiero co usta do Ciebie pierwszy raz otworzył… Ale jeśli takie zakochanie jest możliwe to ja się właśnie zakochałem…
Spotkała ich kilka dni wcześniej u jakiejś tatarskiej rodziny. Wiesz, Tatarzy tam byli bardzo gościnni i zaprosili ją i moich znajomych tak zwyczajnie do domu na obiad…
Kiedy się witaliśmy starałem się zachować spokój, ale czułem, że twarz nie przestaje mi się szczerzyć… Miała taką super obcisłą koszulkę, która podkreślała jej sylwetkę… i miniaturowe krótkie spodenki… Wymienialiśmy się na szybko informacjami kto gdzie był, co widział i ustalaliśmy co dalej, kiedy autobus, czy jedziemy tam gdzie zaplanowaliśmy, a ja cały czas nie mogłem oderwać od niej oczu…
To było wspaniałe uczucie…

Reporterka:
No proszę… To znaczy inne niż z tymi wcześniejszymi?…

Artysta:
Zdecydowanie. Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem… Wcześniej też czułem, że tamte dziewczyny są wspaniałe, ale tym razem to było zupełnie inaczej… Nie potrafię do końca tego opisać… I chyba dlatego stworzyłem tą rzeźbę… „Rozbłysk poranka”… Może dziwny tytuł, ale dla mnie to właśnie tak było… Nagle wszystko zrobiło się takie jasne, takie rozświetlone… I to od niej bił ten blask… Niesamowity blask… Uśmiech… To co mówiła… Wszystko sprawiało, że świat zaczął się mienić takimi odblaskami, wiesz, jak takie kryształki w świetle słonecznym…

Reporterka:
Wyobrażam sobie…

Artysta:
Przeżyłaś to kiedyś?

Reporterka:
Haha… Tak…

Artysta:
To dobrze… Chyba… ha.

Reporterka:
I co było dalej?

Artysta:
Podczas tej wyprawy już się nie odkleiliśmy od siebie… po powrocie zresztą też…

Reporterka:
A co z Twoją twórczością przy niej? Co z myśleniem o wartościach?

Artysta:
Z początku jedno i drugie poszło całkowicie w odstawkę… Ona była jak narkotyk, który wystarczał za cały świat…

Reporterka:
Hmm… No nie wiem czy to takie pozytywne porównanie…

Artysta:
Hmm… To może inaczej… Jak ją widziałem nie potrzebowałem myśleć o tym czy bóg istnieje i czym są wartości… nie tworzyłem też, bo to co było… nie dałbym rady tego oddać… Nawet „Rozbłysk poranka” zupełnie nie oddaje tego co ja wtedy czułem… Dla mnie cały świat był wtedy w miejscu, w którym my byliśmy… Staliśmy się światem dla siebie… Nie wiem czy pamiętasz „Kocią Kołyskę” Vonneguta, ale tam była taka para… Mintonowie bodajże… którzy byli prawdziwym duprassem… i dla mnie myśmy wtedy też tacy byli… byliśmy takim „bokonońskim duprassem”…
Och…
Dobra… Koniec tego… Wiesz, wróciło, znów się tak poczułem na chwilę…

Reporterka:
To chyba miłe?

Artysta:
Nawet nie wiesz jak… ale jednak nie całkiem…
Wracając do tej mojej twórczości… To oczywiście po pierwszej fazie zauroczenia… po powrocie do kraju, jak już trochę ochłonęliśmy, to też zaczęły się rozmowy…

Reporterka:
O czym?

Artysta:
O życiu, o miłości, o sztuce, o podróżach… O całym świecie… Ale tym razem inaczej… Bardziej pozytywnie… Może to przez to co nas łączyło… widzieliśmy świat jakby przez różowe okulary…
I to był piękny okres w moim życiu…

Reporterka:
Był?

Artysta:
No… Tak… Był, bo jednak się skończył, jak wszystko… Może jednak nie byliśmy prawdziwym duprassem…

Reporterka:
Tak myślisz?

Artysta:
Nie wiem… Rozstaliśmy się, więc chyba tak…
W każdym razie… wtedy przyszedł kolejny okres… taki mroczniejszy…

Reporterka:
Mroczniejszy?

Artysta:
Dużo mroczniejszy… mroczniejszy od wcześniejszych chyba… choć inaczej… dojrzalej mroczny… o ile można tak powiedzieć…
Byłem już wtedy na piątym roku studiów, i praktycznie miałem już absolutorium w kieszeni, bo wyrobiłem odpowiednią liczbę zajęć na uczelni, więc na nic nie musiałem chodzić. Jedyne co mi pozostało to magisterka do napisania i spotkania z promotorką od czasu do czasu… W perspektywie miałem zakończenie tych studiów za jakieś pół roku… Moratorium dobiegało końca i trzeba się było na coś zdecydować… W międzyczasie zacząłem pracować, tak od czasu do czasu na zlecenie, ale za dobre pieniądze… Czyli patrząc z zewnątrz wszystko było w porządku… gdyby nie to, że właśnie zostałem sam i wpadłem do tego gigantycznego doła emocjonalnego…
Bo pamiętaj, że jako Artysta, wszystko przeżywam tysiąc razy intensywniej od normalnych ludzi… Jak kochać to tylko w duprassie, jak łapać doła, to musi być depresja na maksa…

Reporterka:
Tak…

Artysta:
Tak…
Trwało to dwanaście miesięcy od czasu kiedy się rozstaliśmy i wpadłem w ten dół… do czasu kiedy z tego doła zacząłem wychodzić. Przez ten czas znów bardzo wiele się wydarzyło w moim życiu…
Mieszkałem sam… było to więc dwanaście miesięcy samotności w pustym mieszkaniu, a takie dwanaście miesięcy gdy nie masz do kogo otworzyć ust wieczorem czy rano to bardzo długi rok. Chyba najdłuższy w moim dotychczasowym życiu… Życie to może nie było zbyt długie, ale to całe życie które posiadałem i jedyne które znałem…
Jakby to podsumować to wcześniej było tych kilka dłuższych, trochę krótszych związków na koncie, kariera która zmierzała w nieznanym kierunku i przyszłość, co do której nie miałem pojęcia jak chciałbym, aby wyglądała. Swoje lata miałem, wciąż jednak zamiast prowadzenia stabilnego życia, żyłem dniem dzisiejszym… w dzień praca lub studia, wieczorem imprezy klubowe, domówki, wernisaże, kino, teatr i spotkania ze znajomymi… te ostatnie szczególnie sobie upodobałem…
Aha… i jeszcze bieganie… o tym Ci nie mówiłem, a to zdecydowanie napędzało w tym wszystkim… jeszcze Ci o tym opowiem…
Tymczasem moi znajomi…
Rówieśnicy… to zależy… Część z nich, która już nie studiowała zaczęła żyć zgodnie z modelem naszych rodziców – mąż, żona, dzieci, dom, praca, praca, dom, wakacje… Część żyła trochę jak ja, w tymczasowych związkach lub aktualnie solo, interesowali się kulturą i nauką, wiedzieli gdzie można dobrze zjeść i czego dotyczyła ostatnia premiera w teatrze. Byli też i tacy, którzy próbowali łączyć dwa światy i korzystając z dobrodziejstwa babć, dziadków i niań, szukali czasu na kultywowanie przedmałżeńskich rozrywek. Większość z nich, wyglądało na to, znalazła swoje miejsce w życiu…
Znajomi starsi… od nowa zaczęli szukać, bo… małżeństwo przestało działać poprawnie, dzieci się usamodzielniły, oni w końcu mieli pieniądze, żeby spróbować czegoś innego lub zwyczajnie znudziło im się dotychczasowe… albo mieli dość samotności… lub trochę się wypalili…
I znajomi młodsi… Ci dopiero wkraczali w dorosłość, szukając, rozpychając się łokciami lub delikatnie zaglądając za kurtynę świata post-licealnego… Jak miałbym ich opisać w dwóch słowach to powiedziałbym: energia i ciekawość świata ze szczyptą obawy co to teraz będzie…
Mijający rok mocno przyczynił się do obrazu, który później stworzyłem… To był rok, w którym dowiedziałem się bardzo wiele nowego na swój temat, ale też na temat moich znajomych…

Reporterka:
To znaczy?

Artysta:
Widzisz, wszyscy mamy jakieś marzenia, jakieś lęki, historie do opowiedzenia… A ja chętnie tych historii słuchałem… Jako człowiekowi samotnemu ludzie chyba chętnie mi te historie opowiadali, a i jako ów człowiek chętniej ich słuchałem niż ktoś, kto za pół godziny musi odebrać dziecko z przedszkola, wieczorem wrócić do domu po porannej kłótni z żoną lub mężem; lub od rana do wieczora ślęczy w bibliotece zakuwając do egzaminów, kolokwiów, teścików a wieczorem bierze sobie jeszcze dodatkowe materiały do poczytania przed snem. Człowiek samotny, bez zobowiązań może co najwyżej wrócić do czterech ścian, w których jedyną rozrywką jest dobra książka, internet i pusta kartka papieru… I tak mija dzień za dniem… do czasu…
Ale nim ten nowy czas dla mnie nadszedł… to jak to mawiają… coś za coś… dużo wtedy czytałem (między innymi po raz kolejny „Zwyczajne życie” Konia), ale też tych bardziej uznanych pisarzy… i tworzyłem, zarówno w oparciu o to co przeczytałem jak i o własne przemyślenia… i w oparciu o spotkania z różnymi ludźmi… To był, ogólnie, płodny w różnego rodzaju dzieła okres…
Jako pierwszy powstał „bóg bezradny”. Z cyklu obrazów o bogu… i o poczuciu swego rodzaju bezradności.
W boga już wtedy dawno nie wierzyłem, za to byłem w stanie wyobrazić sobie, że jestem tym bogiem i mogę dosłownie wszystko, a jednocześnie nie miałem pojęcia co mógłbym zrobić, żeby wszyscy ludzie na świecie byli szczęśliwi, bo ludzie mają czasami tak sprzeczne marzenia… na przykład dwie osoby chcą mieszkać w tym samym domu, albo wygrać na tych samych zawodach sportowych… albo jedna osoba chce być z drugą, a druga z jedną nie chce…
W głowie miałem wtedy taką silna potrzebę, żeby wszyscy byli szczęśliwi.
I trudno było mi się pogodzić z faktem, że nie wszyscy będą szczęśliwi…
Nie potrafiłbym uszczęśliwić wszystkich ludzi na ziemi, nawet gdybym był bogiem. Mógłbym oczywiście sprawić jednym skinieniem, aby byli szczęśliwi, ale to nie to samo, bo to wiązałoby się ze zmianą tych ludzi wbrew ich woli, zmianą ich priorytetów, wartości, uczuć, a cóż byłby ze mnie za bóg gdybym w ten sposób sobie poczynał…
Czyli pytanie pozostawało – czy gdyby istniał bóg faktyczny miałby takie same dylematy? I jak poradziłby sobie z uszczęśliwianiem wszystkich ludzi… i powstał „bóg bezradny”…

Zastanawiałem się też nad dylematami, które czasami pojawiają się w ludzkich opowieściach – czy uratować jakąś osobę poświęcając milion innych? Czy może poświęcić jedną osobę dla miliona? Czy należy? Jak należy?
Odpowiedź była już wtedy dla mnie oczywista… bo to zależy od osoby…

Wtedy tak wyraźnie sobie to wyartykułowałem, że jeżeli ktoś stwierdza, że życie wszystkich ludzi jest dla niego równie ważne, oznaczać to może dwie rzeczy: albo nie ma kontaktu z własnymi emocjami, albo gdzieś po drodze stracił pewną ważną cząstkę bycia człowiekiem – cząstkę, która sprawia, że przywiązujesz się do swoich bliskich, że ktoś staje się dla Ciebie ważniejszy niż reszta świata: rodzice, rodzeństwo, partner, partnerka, dziecko…
Bo w zwyczajnym życiu każdy ma kogoś kto jest dla niego, niej, szczególnie ważny.
Posiadanie takiej osoby jest niejako wpisane w tak zwaną ludzką naturę – poprzez bliskość, poprzez wspólne przeżycia powstają więzy – gdyby tego nie było, świat wyglądałby zupełnie inaczej.
I tak stworzyłem obraz „bliskość”…

To był też czas kiedy dużo myślałem o samobójstwie… Sam nie planowałem takowego, ale ten temat był wtedy dla mnie interesujący…
W skrócie, doszedłem do tego, że akt samobójstwa musi być jednocześnie aktem głębokiej wiary. I paradoksalnie, pomimo całego cierpienia, które po części wynika z braku wiary, że może być lepiej, potencjalni samobójcy posiadają balsam w postaci innej wiary – wiary, która potrafi zniwelować cierpienie wynikające z braku wiary; wiary, że odbierając sobie życie, odbierają cierpienie.
To bardzo duże i bardzo niepewne według mnie wierzenie było… Stworzyłem więc taki obraz „Samobójstwo – balsam va banque”…
No, ale żeby nie było, to oczywiście wiem, że sprawa samobójstwa jest dużo bardziej złożona… delikatna… trudna… tak, wiem… Wiem.

Reporterka:
To faktycznie mroczny okres Twojego życia musiał być…

Artysta:
Był… I to się objawiało na różnych płaszczyznach. Ale był to też okres, który zaowocował wieloma, czasem nawet mnie zaskakującymi, przemyśleniami. Przykładowo, dużo wtedy oglądałem filmów… między innymi takich właśnie „mrocznych”… i doszedłem do wniosku, że nie lubię filmów, które ryją psychikę, wgniatają w fotel. Moja psychika była już wystarczająco zryta, a fotel był tak wgnieciony, że ledwo z niego wstawałem by zrobić sobie rano śniadanie.
Zrozumiałem – uznałem wtedy, że dobre kino powinno sprawiać, że zasypiając wiesz, że będziesz miała piękne sny, że przez sen będziesz się śmiała i promieniała dokoła. Dobry film powinien sprawić, że wyjdziesz z kina i będziesz miała ochotę uściskać nieznajomą osobę, a nie że zechcesz ją pobić, bo tyle jest zła na świecie…
Tyle tylko, że… jednocześnie uzależniłem się… Od tych filmów wgniatających w fotel, bo perfidnie polubiłem to uczucie, gdy nie mogłem się podnieść, gdy chciało mi się krzyczeć i rwać włosy z głowy i walić tą głową o ścianę.
Bo to jest mocne, to daje kopa. To też jest jak narkotyk. Kto raz zasmakował w czymś takim, temu ciężko będzie zadowolić się kolejnym zwyczajnie pozytywnym dziełem po którym się tylko uśmiechnie… To drugie uczucie jest dużo, dużo mocniejsze… mroczniejsze… potężniejsze…
I dlatego to jest chyba takie błędne koło…
I tak stworzyłem swój pierwszy nieistniejący film… „film wgniatający w tęczę”…

Reporterka:
To… ciekawe…

Artysta:
Dzięki.

Reporterka:
A powieści? Też czytałeś? Bo od tego to już się chyba całkiem odchodzi?

Artysta:
Wiem… I czytałem… Osobiście lubię czasem przeczytać coś dłuższego… i podobnie jak z innymi treściami – to może być coś ambitnego, ale to może też być zwykły kryminał, komedyjka…
Tak jak Ci już wcześniej wspominałem, czytałem po raz kolejny opowiadanie Konia… nie wiem co było takiego wyjątkowego w tym opowiadaniu, ale działało na mnie. Może to chodziło o to, że znałem autora… i jak go znałem…
Ale czytałem też innych…
Czytałem tych z pokolenia międzywojennego: Kerouaca, Vonneguta (swoją drogą, wiesz, że oni byli rówieśnikami, kto by pomyślał…), Konwickiego, Kołakowskiego, Kapuścińskiego…
I czytałem tych urodzonych już w PRL-u: Pilcha, Stasiuka, Świetlickiego, Kuczoka i innych…
Czyli generalnie ludzi ze starszych pokoleń…
Młodych autorów raczej nie czytałem, za dużo ich do wyboru było…
No i czytałem też książki lżejsze, ale tu nie pamiętam autorów, bo to nie było kluczowe… Czyli generalnie to tak bez popadania w skrajności, myślę.
I myślałem też wtedy o napisaniu jakiejś nieistniejącej powieści, ale to mi przeszło..

Reporterka:
Czemu?

Artysta:
Z powieścią wydawało mi się, że będę miał za dużo roboty…

Reporterka:
Nie to co z filmem?

Artysta:
Żebyś wiedziała… Nieistniejący film możesz zrobić po prostu biorąc nieistniejącą kamerę i kręcąc… Wybierasz temat i zbierasz materiały…
A nieistniejącą powieść musisz tworzyć mozolnie nieistniejąca strona po nieistniejącej stronie… A ja wiedziałem jak to się może skończyć…

Reporterka:
To znaczy?

Artysta:
Pamiętasz Dżumę?

Reporterka:
Tak… Aha…

Artysta:
No właśnie, ten koleś z Dżumy – ten pisarz, który całe życie pisze jedno zdanie… Podobał mi się jego upór w dążeniu do celu… ale miałem wrażenie, że to nie dla mnie…

Reporterka:
Hm… Ktoś mógłby powiedzieć, że to objaw neurotyzmu z tym zdaniem był, a nie upór w dążeniu do celu…

Artysta:
Pewnie, że mógłby. Ale przecież o tej samej neurotyczności moglibyśmy mówić w przypadku człowieka, który całe życie rozwiązuje jedno zadanie matematyczne lub trenuje wkopywanie piłki do bramki… I poprawia to rozwiązanie, albo to kopnięcie, żeby było idealne… Tylko w tych przypadkach, znajdują się zazwyczaj ludzie podobni do tych neurotycznych rozwiązywaczy czy kopaczy i powstaje z tego sport lub nauka i Ci ludzie mają z tego dużą kasę… lub poważanie społeczne (lub coś innego, ale nie wnikajmy)… A polega to generalnie na tym samym na czym polegało Granda pisanie tego jednego zdania – doprowadzanie pewnej czynności, pewnego dzieła do perfekcji…
Więc problemem Granda było po prostu to, że nie znalazł – jakbyśmy dzisiaj powiedzieli – odpowiedniej grupy docelowej dla swojego towaru, swojej twórczości (grupy takiej jak kibice piłkarscy, czy inni naukowcy)… Bo gdyby znaleźli się fascynaci „jednego zdania”, którzy byliby gotowi spotykać się i roztrząsać ideę tego zdania i różne jego odmiany, albo kibicować autorowi jednego zdania w kolejnych przeróbkach, albo rywalizować poprzez pisanie i poprawianie zdania własnego, to pewnie nikt by już nie mówił o żadnych objawach, tylko o pewnej „niszowej sztuce” – „sztuce jednego zdania”…
W każdym razie – o ile uważam, że koleś był fenomenalny, to mam jednocześnie wrażenie, że ja bym tak nie potrafił… I bez względu na to czego to był objaw, to było super… tylko nie dla mnie… Ja nie mam tyle uporu, żeby tworzyć tak jak Joseph Grand… A podejrzewam, że chciałbym tak jak on, aby każde nieistniejące zdanie mojej nieistniejącej książki było idealne… Więc jeśli jemu stworzenie tego zdania zajęło całe życie, to wyobraź sobie ile musiałaby zająć cała książka… I ja mógłbym mieć podobnie, albo jeszcze gorzej…
A z filmem, rzeźbą, obrazem mam inaczej… Ja je przynajmniej tworzę inaczej… One po prostu powstają i one dla mnie nie muszą być idealne… One mogą być niedogolone… Ba, nawet lepiej jeśli takie będą… I tworzenie ich zajmuje mi zdecydowanie mniej czasu niż (jak podejrzewam) zajęłoby mi to mozolne tworzenie nieistniejącej książki…

Reporterka:
Trochę to naciągane, ale ok.
Czyli film…
Coś jeszcze wtedy stworzyłeś?

Artysta:
Pewnie… Tak jak Ci mówiłem, dużo wtedy rozmawiałem z ludźmi… i dużo słuchałem tego o czym ludzie rozmawiają… To były różne grupy, więc mieli różne problemy… A ja tworzyłem na podstawie tych problemów różne dzieła… Ale to dużo historii do opowiadania jest… bardzo dużo…

Reporterka:
No… to może choć jedną opowiedz…

Artysta:
Jedną?…
To może o dzieciach i ich rodzicach…
Bo wiesz, w towarzystwie zaczęły się wtedy pojawiać również dzieci… Moja córa miała już kilka lat, ale inni dopiero zaczynali swoją przygodę z dziećmi, niektóre z tych dzieci zaczynały już chodzić, inne jeszcze raczkowały… Zresztą, nasze przygody były zupełnie inne… Oni mieli te dzieci na co dzień, ja od przypadku do przypadku… W każdym razie – ludzie dużo rozmawiali… i tłumaczyli sobie nawzajem co wolno, a czego nie wolno… Ja się nie odzywałem, tylko słuchałem… Co ja tam mogłem wiedzieć…

Z początku to były bardziej filozoficzne dywagacje… w ogóle o dzieci posiadaniu i podejściu do tychże… A że większość rozmówcow była trochę zmęczona nocnym wstawaniem do dzieciaków i całodobową opieką, więc te rozmowy nie zawsze były składne, ale były…
I z tych rozmów wyszło nam, że z tymi dziećmi to jest tak, że ludzie często po prostu ich chcą. I to jest pewnie efekt pracy matki natury… Że przetrwali Ci, którzy po prostu chcieli mieć potomstwo… A Ci, którzy nie chcieli i nie mieli – wymarli…
Dziwiło nas, że są ludzie, którzy się dziwią, że ich dzieci nie są do nich podobne… Że zrobili te dzieci i myśleli, że będą takie fajne, a tu proszę – dzieci okazują się zupełnie inne… I to dorośli ludzie mają takie myśli…
A przecież jeśli ktoś decyduje się na dziecko to powinno być odpowiedzialne… To jest decyzja na całe życie… Dziecko to nie zabawka. Sprowadzasz kogoś na świat… Musisz więc być przekonana, że wiesz mniej więcej co takiego czynisz i że to życie, które jesteś w stanie mu zaoferować będzie dobrym życiem…
Aczkolwiek, każdy rodzic ma prawo mieć własną wizję tego jak wychować dziecko tak, aby było mu później najlepiej – jedni wychowują dzieci bez treningu korzystania z rąk, inni bez treningu korzystania z pewnych emocji, jedni nie uczą dzieci używać mózgu, inni nie uczą używania serca… Każdy ma własny pomysł… Oczywiście, o ile w ogóle się nad tym zastanawiają, bo często ludzie po prostu zajmują się tym dzieckiem, bo nie mają innego wyjścia, skoro już się pojawiło na tym świecie…
Tylko dobrze by było, żebyś miała właśnie to przekonanie, że jesteś w stanie wychować dziecko tak, aby było w tym świecie szczęśliwe – jeżeli to jest ta wartość, która dla Ciebie osobiście jest najważniejsza… Bo dla kogoś innego najważniejsza może być samodzielność, wtedy warto, żebyś miała przekonanie, że potrafisz wychować dziecko samodzielne… A myślenie, że dziecko samo wybierze… Pewnie, można i tak, ale to nie jest tak, że dziecko wybiera z próżni… dziecko zawsze wybiera z pewnych opcji, tak samo jak dorośli… Tylko od dorosłych zależy jakie te opcje będzie miało… A częściowo od samego dziecka w pewnym momencie… i tak dalej…

A później to już były bardziej prozaiczne rozmowy… choć wciąż z takim filozoficznym zacięciem… Pamiętam taką jedną rozmowę o tym kiedy wolno bić dziecko, kiedy pozwalać się dziecku bić i takie tam (to było dla mnie szczególnie bliskie, bo jak Ci mówiłem, sam też miałem takie doświadczenia jeszcze z własnego dzieciństwa – z tymi bójkami)…

Wiele było takich rozmów, wiele było problemów, które z tygodnia na tydzień się pojawiały… i te bardziej prozaiczne: kiedy zacząć sadzać dziecko na nocnik, kiedy przestać zakładać pieluchy, nawet jeśli się posika, jak to na takie dziecko wpłynie… jak uczyć dziecko radzenia sobie ze złością i jak samemu radzić sobie ze złością na złoszczące się dziecko… i te mniej prozaiczne, ale też ważne: jak rozmawiać o wartościach, o umieraniu, o chorobie, o inności, o szacunku dla tej inności już na poziomie przedszkolaka… i wiele, wiele innych… praktycznie każdy tydzień przynosił nowe dyskusje…
i myślę, że to dobrze, że tak rozmawialiśmy, bo chociaż nie dochodziliśmy do jakiejś jednej świętej prawdy, to dawało nam wszystkim szansę innego spojrzenia, które mogło się później przełożyć na odrobinę inne podejście do naszych dzieci…
Ja na pewno wiele sobie z tych rozmów zabrałem dla tych kilku chwil, które miałem na spotkania z Julitą, tak żeby spędzać ten czas najlepiej jak potrafiłem…

Reporterka:
I stworzyłeś na tej podstawie jakiś obraz? Rzeźbę?

Artysta:
Stworzyłem kilka obrazów… między innymi: „Rodziców wychowywanie”, „Za granicą” i „Świat bez granic”…

Reporterka:
Hmm… Ten drugi i trzeci obraz to podejrzewam, że ludzie inaczej interpretują…

Artysta:
To nie szkodzi…

Reporterka:
No dobrze, czyli rodzice i dzieci… Co jeszcze?

Artysta:
Szczęście i samotność…

Reporterka:
Szczęście?

Artysta:
Tak, słuchałem jak ludzie mi o tym opowiadali… o tym jakie były ich marzenia, jak postrzegali szczęście i jak to się z czasem zmieniało… jak w końcu dochodzili do tego swojego szczęścia…

Reporterka:
Znaleźli szczęście?

Artysta:
I tak i nie…
Bo widzisz, w większości ludzie nie znaleźli tego co szukali na początku. Po prostu się ustatkowali. Stwierdzili, że tyle co mają wystarczy. Wiesz, to tak jak z szukaniem butów do kupienia w sklepach. Chodzisz i chodzisz, bo szukasz tych idealnych, ale w końcu jesteś tak zmęczona, że stwierdzasz, że „te” też ujdą. A z czasem Ci się zaczynają coraz bardziej podobać, przyzwyczajasz się, przywiązujesz do nich.
I z ludźmi jest podobnie. I nie myśl, że uważam, że to jest złe. Po prostu stwierdzam fakt.
Bo z tymi marzeniami to często jest tak, że ludzie po prostu zaczynają za wysoko, chcą często dużo za dużo, a później świat te marzenia urealnia. I to jest dobre… I później są szczęśliwi… na swój sposób…
I ludzie do tego właśnie dochodzili… A ja stworzyłem obraz „szczęście”…

Reporterka:
Fajne… Ale powiedz jeszcze o samotności?

Artysta:
Tak… O samotności też rozmawiałem z ludźmi… Zwłaszcza z tymi, którzy jak ja, byli aktualnie solistami, singlami, ludźmi samotnymi – różnie o sobie mówili… To były trudne rozmowy… A to co z nich głównie zapamiętałem to jedna prawda…
Kiedy nauczysz się opowiadać o samotności, to znaczy, że naprawdę jej dotknęłaś, doświadczyłaś…
Widziałem ludzi, którzy opowiadali o niej przepięknie… Jakby była ich kochanką, którą opisują śpiącą w salonie w delikatnej tunice, spokojną, zmęczoną życiem, a jednocześnie tak niesamowicie piękną… o tym jak przychodzą z pracy a ona leży na ich łóżku i pyta przeciągając się leniwie – gdzie byłeś? tęskniłam… chodź do mnie… przytul się…
I doszedłem do tego, że ja nie chcę się nigdy nauczyć o niej opowiadać…
I to był chyba ten moment…

Reporterka:
…?

Artysta:
Tak…
Stworzyłem wtedy rzeźbę „12 postaci samotności”…
I to co wydarzyło się później wtedy się chyba zaczęło…
Od obrazu „szczęście”… od tamtej rzeźby… od listu od Konia, który kilka dni później otrzymałem…
I od kolejnej rozmowy…

Reporterka:
O… rozwiń… O tym liście…

Artysta:
Pamiętasz, mówiłem Ci, że dostałem od Konia taki jeden ważny list… Ostatni raz widzieliśmy się jeszcze na pierwszym roku moich studiów, więc już kawał czasu temu, ale listy pisaliśmy stosunkowo regularnie… I ja mu napisałem wtedy o tych swoich rozterkach życiowych i o tym jak rozmawiałem z ludźmi o szczęściu, o samotności i o tych moich obrazach i rzeźbach, które z tego wynikły… I niedługo musiałem czekać, żeby dostać list od niego… Tam było jego takie mini-opowiadanie… I był dopisek – jedno słowo: „zainspirowany”…
Koniu stworzył to opowiadanie zainspirowany moim obrazem i moją rzeźbą…
To był pierwszy raz kiedy ktoś stworzył coś zainspirowany moją sztuką… To było dla mnie bardzo ważne…

Reporterka:
Faktycznie… A masz to opowiadanie?

Artysta:
Tak… Ono było króciutkie, to bardziej taka miniatura była… I takie „zakręcone”… Chcesz to Ci je teraz przeczytam…

Reporterka:
Pewnie.

Artysta:
No dobrze… To słuchaj: „Koty, czyli (nie) uda Ci się”…

okladka-kotyKoty, czyli (nie) uda Ci się (otwierają się w nowym oknie)

Artysta:
I tak wyglądało opowiadanie Konia… Pierwsze opowiadanie zainspirowane moją sztuką… I jednocześnie takie ważne dla mnie życiowo w tamtym momencie… Prawda, że fajne było?

Reporterka:
Hmm… Zakręcone na pewno…

Artysta:
No… Dla mnie super… Lubię taki humor jak on tam przedstawił…

Reporterka:
No… Czyli to opowiadanie Ci pomogło, tak?

Artysta:
Zdecydowanie… Ono zmusiło mnie do myślenia o tym szczęściu, o którym rozmawiałem z ludźmi, o tej samotności i o tym co można zrobić, jak szukać, gdzie szukać… I o tym, że w tym życiu nie zawsze układa się po naszej myśli, ale to nie znaczy, że trzeba siedzieć na ławce i tkwić w tym dole… Bo jeszcze wiele rzeczy może się nam udać…

Reporterka:
To prawda… I co zrobiłeś?

Artysta:
Póki co nic… Ale kilka dni później poszedłem na takie spotkanie, które było kolejnym krokiem w kierunku zmiany…
Pamiętam, wtedy raz jeden spotkaliśmy się w takim całkowicie męskim gronie… I jakoś tak wyszło, że po kilku słowach na temat dzieci, żon, kochanek i kogo tam jeszcze, przeszliśmy na rozmawianie o sensie istnienia… i to było takie ożywcze…

Bo widzisz… jak byłem młodszy te rozmowy o sensie były takie żywe, można było się kłócić z kimś i próbować wykazać mu/jej że nie ma racji, że z tym sensem to jest zupełnie inaczej i bez sensu – w takiej trochę postmodernistycznej wizji różnych prawd i różnych równouprawnionych sensów, czyli każdy sens ma sens i żaden sens sensu nie ma… rozumiesz?
I kiedyś to było takie przyjemne, zajmowało człowieka…

Tymczasem lata leciały (nie aż tak znowu wiele, ale zawsze…), czas płynął i to wszystko gdzieś odpłynęło razem z tym czasem… i nie dało się już wrócić do tego poczucia, wejść do tej przysłowiowej rzeki po raz kolejny, znając większość zakończeń owych rozmów… wiedząc, że nic nowego z tego nie wyniknie…

I oczywiście upraszczam, bo jasne, że zawsze wynikało z tego coś nowego, że za każdym razem to był inny człowiek, inna rozmowa, można się było czegoś nowego dowiedzieć o nim/niej, o sobie, o postrzeganiu świata przez siebie i innych, ale to jest oczywiste… tak, zawsze to co nowe jest nowe… ale to nie zmienia faktu, że jednak to nowe nie będzie już takie ożywcze jak było za pierwszym razem, kiedy nie był to tylko nowy człowiek, ale była całkowicie nowa myśl, coś upadało, coś powstawało…

Pamiętasz, jak opowiadałem Ci o tych moich dylematach dotyczących wartości w czasach gimnazjum, liceum…

W późniejszych czasach było już bardzo ciężko o taki jakiś spektakularny upadek któregoś z moich lub cudzych poglądów… te poglądy były już po prostu bardzo mocno ugruntowane… u części zwyczajnie przez zasiedzenie, u innych przez setki rozmów, analiz, obaleń i wzniesień… te poglądy były już takimi swoistymi warowniami… albo raczej mocno ukorzenionymi drzewami…

A jednak wtedy mimo wszystko znów poczułem, że może warto (zadawać pytania, szukać odpowiedzi, rozmawiać na tym najbardziej podstawowym poziomie)… coś się zmieniło…

Obudziło się we mnie takie poczucie, że może jeszcze coś mnie intelektualnie zainteresuje na tym poziomie, że znajdę tę intelektualną podnietę, że są jeszcze takie rzeki do których nie wchodziłem (jakkolwiek by to nie brzmiało)…

A tymczasem… co ja to mówiłem… aha, rozmowa o sensie… tak… była tradycyjna…

Sensem życia jest…
Każdy może mieć swój własny sens…
Ale jest jeden sens, do którego ludzie muszą dorosnąć, a Ci którzy twierdzą, że każdy może mieć Własny sens po prostu go jeszcze nie znaleźli, nie zrozumieli…
Bo jest bóg…
Jest natura…
A szukanie sensu życia jest w ogóle bez sensu, bo życie jest sensem samym w sobie…
Życie nie ma sensu…
A co w ogóle oznacza słowo sens…
Sens…

I tak jak tamta nasza, to pewnie trwała niejedna sensowna rozmowa w niejednym zapewne mieszkaniu i przy niejednym knajpianym stoliku…

I oczywiście, że każda z naszych odpowiedzi mogła być prawidłowa… i nie jest to równoznaczne z odpowiedzią, że każdy może mieć swój własny sens… już prędzej z brakiem udzielenia odpowiedzi, czy (jak niektórzy mogliby stwierdzić) unikiem odpowiedzi na pytanie o sens…
I równie oczywiste, że dla niektórych może się to wydać zwykłym bezsensem, dla innych jedynym sensownym stwierdzeniem na pytanie o „sens”, dla jeszcze innych ucieczką od sensu posiadania…

Ale to nieistotne…
Istotne było to, że znów coś wtedy poczułem… póki co – delikatne mrowienie w palcach…
I tak powstał obraz „O sensie… czyli szukając intelektualnej podniety”.

Bo to chyba trochę o to chodziło, wiesz… że te wszystkie obrazy z ostatniego okresu były tak mocno emocjonalne dla mnie… dotyczyły spraw ważnych… spraw bliskich ludzkiemu doświadczeniu, bliskich życiu… i przez to były tak intensywne… jak te filmy, o których Ci mówiłem… jak ten bar w Sudaku… te obrazy pozwalały tkwić w tym barze wypełnionym emocjami, bo choć nigdzie stamtąd nie było szansy się dostać, to jednak było tam tak przyjemnie… perfidnie przyjemnie ktoś mógłby powiedzieć… ale jednak…
A ta rozmowa o sensie przypomniała mi to wszystko co było w przeszłości… te wartości… obecność boga, nieobecność boga, od kogo pochodzą, czy są czy ich nie ma… i ta cała masa myśli sprzed lat zaczęła się w moim umyśle przekształcać w spójną wizję… w spójną rzeźbę… „O wartościach nieistniejących”…

Na podstawie tamtej rozmowy stworzyłem więc dwa dzieła: obraz „O sensie… czyli szukając intelektualnej podniety” i rzeźbę „O wartościach nieistniejących”. I zawarłem w nich wszystko co do tej pory na te tematy myślałem… I to było swego rodzaju domknięcie… a zarazem to otwierało nowe możliwości… ale o tym za chwilę…

Wartość tej rozmowy w całości dotarła do mnie dopiero kilka dni później… Wtedy zobaczyłem, że to było takie fajne… może bardzo młodzieńcze… może takie strasznie teoretyczne w gruncie rzeczy… ale to było fajne… To rozwijało nie tylko duchowo, ale również intelektualnie… Dawało umysłowi możliwość poznawania czegoś nowego… Dawało też możliwość odpoczęcia na chwilę od codziennych emocji… od boga bezradnego, od bliskości, od balsamu va banque, od filmów wgniatających w tęczę, od szczęścia, od rodziców wychowywania i od samotności…

W końcu nadszedł więc ten dzień, w którym postanowiłem coś z tą moją samotnością zrobić… zmierzyć się z tym… Uwierzyłem, że nie uda mi się… i zarazem, że jednak mi się uda…

Reporterka:
Hmm…

Artysta:
Właśnie… Hmm… Zamyśliłem się wtedy nad tą samotnością… I postanowiłem, że już czas… Czas przestać myśleć o tym co się nie udało… Czas pomyśleć o tym co udać się może… Realnie… Czas poznać coś nowego… Czas ożywić umysł… Czas coś zmienić… Czas nabrać perspektywy… Czas wyrwać się z kręgu… Czas przestać się umartwiać i pluskać w tym bagienku smutku…
Czas przypomnieć sobie, że przecież w życiu zawsze mamy dwie opcje – albo płakać i nie robić nic, albo się śmiać i coś zrobić… i pewnie, że czasem dobrze jest popłakać, ale czasem warto się jednak uśmiechnąć… zamyślić… zadziałać… i wiem, że to banał i może wcale nie warto… ale wtedy to do mnie przemawiało…
Czas gdzieś wyjechać…
Bo widzisz, czasami jak tak człowiek zapada się w taki „dół”… to totalnie traci kontakt z tą pozytywną częścią rzeczywistości… I po pewnym czasie po prostu bredzi i traci powoli zmysły… zapada się… I o ile jeszcze jest w stanie to zauważyć lub ma kogoś kto mu o tym powie, to jest super… Ja miałem znajomych i miałem Konia… ale czasami niestety ludzie tkwią w tym stanie do końca życia i nie mogą wyjść z tego swojego zaklętego kręgu… i dlatego podróże, spotkania z ludźmi z zupełnie innych bajek są takie zbawienne… Zupełnie inne życie, inne spojrzenie na to życie, inne problemy i inne radości, inne wyznawane wartości… ale też coś podobnego… wszędzie… gdziekolwiek by się nie pojechało… Nowe wyzwania dla umysłu… Nowe szanse… Nowa rzeka…

I dla mnie w końcu nadszedł moment wyrwania się z tego zapadania… poszukania tej nowej rzeki…

Mijający rok był rokiem samotności, cudzych historii, pracy, wzlotów i upadków, poznawania samego siebie w całkiem nowym świecie – pustelni. Mijający rok był rokiem „nie uda Ci się”… rokiem, który zaowocował zupełnie niespodziewanymi decyzjami, których efekty przerosły moje oczekiwania…
Kolejny miał stać się rokiem „uda Ci się”… ale może o tym za chwilę…

Bo teraz mi powiedz czy chcesz, żebym tutaj opowiadał o tym co było później?

Reporterka:
No… Myślę, że nasze czytelniczki chciałyby to usłyszeć…

Artysta:
To dobrze… Miałem nadzieję, że tak powiesz…
Czyli właśnie minęło kilka dni od tamtej rozmowy o sensie… kilka dni intensywnych zmian w moim patrzeniu na rzeczywistość… i minęło też dwanaście miesięcy (czyli jak by nie patrzeć cały rok) od czasu kiedy się rozstaliśmy. 12 miesięcy to dużo, a jednocześnie zbyt mało w pewnych sytuacjach… Przez ten rok miałem mnóstwo czasu na przemyślenie tego wszystkiego… I wciąż uważałem, że podjęliśmy słuszną decyzję… niełatwą… ale słuszną…
Nie zmieniało to jednak faktu, że wciąż ją kochałem, może już inaczej, może ta miłość była trochę jakby w oddali, ale jednak… kiedy zdarzało mi się zaglądnąć do miejsca, które romantycy nazywają sercem, nie miałem wątpliwości, że ona się nadal stamtąd do mnie uśmiechała i przesyłała mi uroczego całusa. I ja wtedy się do niej uśmiechałem, odwzajemniałem całusa i odchodziłem trochę smutny, a trochę spokojniejszy, że jeszcze nie całkiem ją utraciłem.

Z tym smutkiem i z tym spokojem, z przemyśleniami i rozmowami wkraczałem w nowy okres… Decyzja… Pierwsza była decyzja…

To wszystko potoczyło się tak szybko… Zaczęło się od kolejnego listu, o którym powiem Ci później i nagłego przypływu gotówki. Moja sztuka w końcu przyniosła mi solidną wypłatę… Dla artysty takie dni są szczególnie dowartościowujące. Człowiek wtedy czuje, że to co robi ma sens i – co równie ważne – nie tylko on tak uważa. Takie dni są także momentami podejmowania szalonych decyzji. Dodając do tego rok samotności, decyzja którą podjąłem przyszła mi stosunkowo łatwo. Pakuję graty i wyjeżdżam… na razie na półtorej miesiąca ze względu na pewne zobowiązanie, które mi się właśnie pojawiło w związku z owym listem… Wyjeżdżam gdzieś gdzie będę w stanie ruszyć z miejsca, w którym znalazłem się rok temu i przez cały rok tkwiłem… faktycznie dokończyć jedno i rozpocząć następne…

Pozostało jedynie pytanie jaki kraj i jakie miasto… W jakim kraju będę mógł jednocześnie pozamykać sprawy osobiste (dać się sercu ostatecznie zagoić), dokończyć pewien projekt, który wisiał nade mną od kilku lat, może napisać też kawałek magisterki, a przy okazji odpocząć w ciekawej okolicy i poznać jeszcze ciekawszych ludzi… W jakim mieście będę mógł zacząć nowy rozdział mojego życia…
Pomysłów pojawiło się kilka, ale tylko jeden wydawał się naprawdę właściwy. To po prostu musiało być tam. Po pierwsze – było tam ciepło (a w momencie kiedy za oknem panuje sroga zima – minus dwadzieścia w słońcu, to bardzo sugestywny argument nie tylko dla obolałej duszy, ale i skostniałego ciała). Po drugie – było stosunkowo daleko, dzięki czemu miałem wrażenie, że będę mógł faktycznie poczuć, że coś się zmieniło w moim życiu. Po trzecie – miałem też wrażenie, że ludzie których tam spotkam muszą być pozytywni, w końcu mieszkają w takim miejscu… I po czwarte – ocean, olbrzymia przestrzeń, niekończące się plaże, ogrom wody, która pozwala zmienić perspektywę spostrzegania świata i siebie w nim… To było najważniejsze.. Ta myśl, że nad oceanem wszelkie problemy muszą wydawać się takie jakieś mikroskopijne w porównaniu do siły natury, z którą człowiek się tam spotyka.
To miasto wydawało mi się jednocześnie bardzo romantycznym, właściwie to jednym z najbardziej romantycznych w Europie… Idealne miejsce żeby zapomnieć o jednej i może poznać jakąś inną miłość swego życia… W takim miejscu to powinno być szczególnie łatwe i szczególnie przyjemne.

Reporterka:
Czyli chciałeś tam poznać nową miłość?

Artysta:
Wiesz, nie do końca miałem to sprecyzowane… Na pewno chciałem się wykurować…

Reporterka:
Aha…

Artysta:
W każdym razie… Już wiedziałem gdzie jechać…
Tak, to zdecydowanie to… Już widziałem te wschody słońca nad oceanem (no, może zachody), poranne śniadania na werandzie, południowe sjesty w miniaturowych kafejkach, wieczorne rozmowy w portowych knajpkach, ach…

Tak…
Jadę do Lizbony.

To uczucie kiedy podejmie się taką decyzję jest naprawdę trudne do opisania. I mam wrażenie, że ktoś kto decyzję taką podjął nie będzie potrzebował żadnego opisu, a ktoś kto jeszcze tego nie przeżył i tak tego nie poczuje… może zrozumie… ale nie poczuje…
Rzucasz wszystko, balast ostatnich lat spada z Twoich barków, otwiera się zupełnie nowy świat, nowe możliwości, radość z potencjalnych spotkań, wyzwań, również tych intelektualnych, obietnica zabawy od rana do rana, ech… to trzeba przeżyć…

Tymczasem jednak wciąż byłem w Polsce, a wykonanie podjętej decyzji wymagało jednak kilku kroków. Po pierwsze bilet, po drugie nocleg, po trzecie pozamykać sprawy domowe…
W dzisiejszych czasach zakup biletu to kwestia kilku minut… i tu pojawiło się pytanie dodatkowe – lecieć bezpośrednio? Czy może zobaczyć jeszcze jakieś miejsca po drodze? Ponieważ byłem właśnie na fali podejmowania szalonych decyzji, szybko sprawdziłem mapy i dwie miejscowości przykuły moją uwagę – Barcelona (już tam kiedyś byłem, mówiłem Ci o tym, wtedy ze znajomymi na wyjeździe po „Europie Zachodniej”, i wiedziałem, że warto) i Porto (wiele o nim nie słyszałem, ale z tego co kojarzyłem, była to całkiem znana miejscowość, no i to wino…)… I równie szybko podjąłem decyzję, że skoro lecę już taki kawał świata to w sumie warto zahaczyć i o te dwa miasta, powspominać stare dzieje, zyskać szerszą perspektywę i jakby się okazało (w co oczywiście wątpiłem), że Lizbona mnie nie zachwyci, mieć na podorędziu pomysł na inne miejsce na odpoczynek…
I tak kupiłem trzy bilety: bezpośredni do Barcelony, z Barcelony do Porto i z Porto do Lizbony… to więc poszło w miarę sprawnie. Teraz nocleg… W Barcelonie i w Porto zdecydowałem zostać po trzy noce, znalazłem odpowiednią stronę, wybrałem noclegi i gotowe. Odnośnie Lizbony zdecydowałem, że póki co zarezerwuję coś na pierwsze kilka dni – tydzień, a później zobaczę jak się rozwinie sytuacja. I tak wykonałem drugi krok. Pozostało mi jeszcze pozamykać kilka rozpoczętych projektów i poinformować rodzinę i znajomych, że znikam na kilka tygodni… I to też udało mi się ostatecznie wykonać…

To ostatnie tak naprawdę wcale nie było jednak takie szybkie… Przede wszystkim, to co planowałem zrobić było dla mnie czymś zupełnie nowym. Kiedyś to co innego, ale przez poprzednie kilka lat zdążyłem zastygnąć w moim mieście, wszelkie wyjazdy bliższe i dalsze były wyjazdami ze znajomymi lub do znajomych, z aktualnymi partnerkami lub do partnerek, z rodziną lub do rodziny, lub od jednej rodziny do innej rodziny… Tym razem miałem wyruszyć na swego rodzaju samotną wędrówkę, która jednocześnie miała być ucieczką od samotności, poszukiwaniem drugiego człowieka, a może nawet nowej miłości. Każdy z wykonanych kroków zbliżał mnie więc w kierunku zupełnie nieznanym, fascynującym i wciągającym, ale jednocześnie odrobinę stresującym. Jedyne do czego mógłbym to porównać to do nocnego spaceru w całkowitej dziczy gdzie każdy krok sprawia niewypowiedzianą radość, ale wywołuje również wzrost ciśnienia i zimny pot na czole.

Poinformowanie znajomych i rodziny zostawiłem więc na sam koniec, kiedy byłem już gotowy do drogi, ponieważ wiedziałem, że to będzie jeden z trudniejszych kroków. Chyba byłem po prostu człowiekiem, który bardzo źle znosi rozłąkę z bliskimi…

I tak zbliżył się termin wyjazdu… Ostatni przedwyjazdowy tydzień był tygodniem praktycznie bezsennym. Okazało się bowiem, że wyniesienie się z mieszkania, w którym spędziło się kilka lat wymaga trochę czasu. Sam nie wiem gdzie te wszystkie rzeczy się mieściły… Tym razem nie było nikogo kto pomagałby mi w pakowaniu, ani ja nikomu nie pomagałem… Samotność pakowania, o której istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia połączyła się teraz z lękiem przed drogą oraz emocjami związanymi z zamykaniem pewnego okresu w życiu… To naprawdę się działo…
Zwijam manatki, zostawiam rodzinę i znajomych, zostawiam w tym mieście wszystkie moje byłe, doszłe i niedoszłe i jadę w nieznane. Nie ma tu nikogo kto by mnie powstrzymał, nie ma też nikogo kto wyruszyłby ze mną… Jak na decyzję, która miała między innymi sprawić, że przestanę się czuć samotny, póki co decyzja spowodowała coś wręcz przeciwnego. W tym momencie dopiero poczułem jak bardzo byłem sam… Jak bardzo wszyscy jesteśmy sami na tym świecie. Dziś jesteśmy tu i teraz, a jutro… Jeżeli dane nam jest pożegnać się ze znajomymi i pozamykać swoje sprawy mamy szczęście, ale jednocześnie więcej okazji do odczuwania zbliżania się nieuniknionego… Wyprawa w nieznane…

Gdybym był poetą mógłbym powiedzieć: Żegnajcie znajomi… żegnajcie najbliżsi… Dziś muszę pójść sam…
i choć w tym momencie cholernie się tego boję i strasznie mi smutno, że nie pójdziecie ze mną, wiem że jest to dla wszystkich najlepsze. Dziś rozpoczyna się kolejny etap mojego życia…
Ponieważ jednak poetą nie byłem pożegnałem się ze wszystkimi normalnie i wyruszyłem…

Reporterka:
A powstał z tego jakiś obraz nieistniejący? Rzeźba?

Artysta:
Nie. Wtedy jeszcze nie byłem w stanie rozpocząć tworzenia na podstawie tego co się działo… Ale na pewno kiełkowało już kilka idei…

Reporterka:
Dobrze… Kontynuuj proszę…

Artysta:
Dobrze…
Początek mojej podróży był klasyczny. Taksówka na lotnisko, ostatni posiłek na wszelki wypadek i wejście na pokład. Później już tylko chwila zastanowienia „gdzie tu usiąść”, wyciągnięcie lektury – zabrałem ze sobą laptopa z opowieścią Konia („Zwyczajnym życiem”)… Lubiłem czytać jego tekst w takich ważnych dla mnie chwilach…
I w końcu wystartowaliśmy…

przeczytaj ciąg dalszy opowieści z prekonstrukcji