zwyczajne życie – rozdział 1

pobierz-pdf

ROZDZIAŁ 1.

Istnieją na świecie tacy ludzie… którzy woleliby nie istnieć…

* * *

codziennie dorastasz nie zdając sobie z tego sprawy, aż pewnego dnia dociera do Ciebie, że granica która dzieliła Cię od całkowitej dorosłości musi zostać zatarta – nadchodzi dzień próby, który wprowadzi Cię w nowy świat – nie jesteś już niczego pewien i nie możesz wciąż polegać na starych i sprawdzonych ścieżkach – dorastanie staje się samotną wędrówką w nieznane… idź więc… żyj więc… jeśli potrafisz…”

* * *

Był zwykły, szary poranek… Leżałem bezsilnie na łóżku patrząc jak śpi z tym swoim spokojnym uśmiechem na ustach wskazującym na to, że śni się jej jakiś przyjemny sen… Gdybym tylko znalazł sposób, żeby zatrzymać tę chwilę, zatrzymać czas… choćby na minutę, godzinę, choćby na kilka dni…

Wiele razy widziałem ludzi przytłoczonych tak niewyobrażalnym ciężarem, którego zwyczajny człowiek zdaje się nie być w stanie udźwignąć. Wyglądali wtedy na takich samotnych w obliczu decyzji, którą mieli właśnie podjąć, zmęczonych, nadmiernie doświadczonych przez los… Zupełnie jakby ktoś odebrał im prawo do radości, do życia…

Wtedy myślałem, że mnie nigdy coś takiego nie spotka, że to nie możliwe… Że ja jestem młody, silny, zakochany, wiem czego chcę… i że tak będzie całe życie… Rodzice co prawda wspominali od czasu do czasu: “Zobaczysz, jeszcze jesteś młody, ale jak podrośniesz życie będzie wyglądało inaczej, nadejdzie czas podejmowania naprawdę trudnych decyzji”… Ale ja im nie wierzyłem… Cóż oni mogli wiedzieć na temat życia…

Jaką większą od mojej mogli posiąść wiedzę… Jakie zrozumienie… Teraz wiem, że było to czyste zrozumienie czasu… Człowiek jak bardzo by nie chciał żyje czasem… Uczy się siebie i świata dzięki temu, że z każdym momentem jest go coraz mniej, z każdym momentem jego decyzje stają się bardziej ważące na jego przyszłym losie…

To wszystko jest strasznie zagmatwane i wymaga poukładania… spokojnego ułożonego katalogu minionych chwil…

Ale to niemożliwe – z każdą minutą coś nowego, tysiące, miliony wrażeń, dziesiątki spotkanych ludzi, setki przemyśleń, tuziny rozmów…

To wszystko jest bardzo trudne dla nastolatka… młodego człowieka… starca…

Życie nigdy nie jest proste, łatwe i przyjemne… I być może na tym polega jego smaczek… Że jest… I że się je czuje…

* * *

Dawniej… dawno temu… spotkałem dziewczynę, w której się zakochałem…

Wiele spraw na głowie nie daje spokoju… Ale trzeba żyć dalej i wierzyć, że każda minuta która oddala przybliża, każda która zabiera daje…

* * *

Tak zaczął się tamten dzień. Tysiące przemyśleń w przeciągu jednej chwili przeciągania ramion. Jeszcze przed wstaniem wiedziałem, że ten dzień przyniesie coś ważnego… trudnego… wiążącego…

Niedawno rozpoczęło się kilka wojen, wybuchły liczne samochody pułapki, ktoś kogoś zabił tylko dlatego, że tamten miał inne zdanie…

ale… to wszystko było nieistotne.

* * *

Ten dzień. To był słoneczny marcowy dzień. Taki, w którym poranek jest jeszcze zimny i szary, ale w południe jest już tak przyjemnie wiosennie. Śpiewające ptaki siadają na zieleniejących się gałązkach, młode kwiatki wystawiają pączki tuż ponad resztki lutowego śniegu… A ludzie marzą jak to cudownie będzie za kilka chwil, kiedy to będą mogli się w końcu udać na zasłużony urlop, wykąpać w dawno nie widzianych promieniach słonecznych, położyć się na zieleniejącej łące z widokiem na połoniny.

Życie niektórych ludzi było takie proste. Tak zgodne z rytmem natury. Rano, południe, wieczór. Wiosna, lato, jesień… Praca, dom, wypoczynek… To takie piękne, że niektórych ominęły doznania bezdomności ducha i materii. Ja byłem wyrzutkiem… byłem jednocześnie wybrańcem. Nie było mi ani źle, ani dobrze. Żyłem w myśl buddyjskiej maksymy nirwany. Ubiegałem się nawet o tytuł stoika.

To wszystko miało się zmienić tego dnia. Ale czy na lepsze?…

* * *

To było bardzo dziwne… Na początku naszej znajomości wszystko wydawało się normalne, zwyczajne, jej bliscy, moi, nasze wspólne spacery, spotkania w klubie, w piwnicy… Teraz… nic nie wydaje się zwyczajne…

* * *

– Bartek! Jesteś tam?… Musimy się pospieszyć!

Tak się to wszystko zaczęło… Spotkanie z tą dziewczyną okazało się być jednocześnie zbawieniem i potępieniem… Właściwie nawet teraz nie jestem w stanie określić… opisać czym był dla mnie tamten okres. Siła ekspresji, emocje, prawdziwe życie, serdeczność, duma, wiedza, myśl, rozmowy… Rozmowy były chyba najważniejsze. Tylko czy potrzebne, czy nieuniknione? Dla niektórych okazały się nieuleczalne – Zosia… Wojtek, Michał, Mateusz, Beata, Agata, Jacek, Janusz, Milena, Aga… I dziesiątki innych, o których albo zaledwie słyszałem, albo z których istnienia w ogóle nie zdawałem sobie sprawy… I ta ich przedziwna religia… Nieokiełznana wiara, że to właśnie oni mają rację… Może i mieli… Mam nadzieję… Byłoby to na pewno lepsze… Dla wszystkich… Chociaż, któż to może ocenić…

– No wyjdź już, idziemy do Janusza.

Janusz… Już od pewnego czasu był ich guru. Wierzący guru. Nie taki, który – jak to mówią – pragnie tylko “darmowego seksu, poklasku, mieszkania i opierunku”. Guru, który wierzył… za bardzo… Miał dwadzieścia trzy lata kiedy zawierzył swemu bogu do końca. Miał dwadzieścia trzy lata kiedy pozostawił za sobą płaczącą matkę, ojca, czwórkę rodzeństwa i “niewierzących” znajomych. “Wierzący” zazdrościli mu jego “uleczenia”. Śmierć… Śmierć… Miał dwadzieścia trzy lata kiedy rozpruł worek z wyrokami “zbawienia”.

– Już idę. Słuchaj, jesteś pewna, że musimy tam iść? Po tym co mówiłaś, wydaje mi się, że Ci twoi znajomi są lekko… no wiesz…

– Tak myślisz?

Wspaniały początek znajomości. Mówić dziewczynie, że uważa się… właściwie ją samą za “niespełna rozumu”… Ależ byłem wtedy głupi, młody. Tylko czy nie miałem racji? Nic już nie wiem… Kto jest “spełna rozumu”? Niech mi ktoś wskaże taką osobę, taką prawdziwą, proszę.

– Nie… No, ale sama powiedz, czy wiara, że życie to śmierć, a śmierć to życie nie jest pewnego rodzaju absurdem?

– Po pierwsze oni wcale nie wierzą w to co Ty powiedziałeś…

– Ale w coś bardzo podobnego.

– Powiedzmy. A po drugie nawet jeżeli wierzyliby w coś takiego – mają do tego takie samo prawo jak Ci, którzy wierzą w coś zupełnie innego.

– Tylko, że Ci “inni” mają na to dowody, a Twoi znajomi?

– Dowody? Jakie?

– Chociażby namacalne.

– No pewnie, tyle tylko, że już Platon stwierdził, że są to jedynie pozory i odbicia rzeczywistości. A w dalszej kolejności zgadzali się z nim wszyscy więksi myśliciele świata zachodniego.

– Ale to jest zupełnie coś innego…

– OK. OK. Porozmawiasz z Januszem to zrozumiesz. Zobaczysz kim oni są naprawdę. On Ci to dużo lepiej ode mnie wytłumaczy. Tylko chodźmy już, żebyśmy się za bardzo nie spóźnili.

I poszliśmy na spotkanie przeznaczenia. To było pierwsze z kilkunastu spotkań w których miałem okazję uczestniczyć. Nawet dziś łza mi się kręci w oku kiedy myślę o tym wszystkim… Gdybym miał na tyle odwagi, albo może pewności… Wystarczyłby jeden niepodważalny dowód lub mocne przekonanie o prawdzie dogmatu… Zabrakło… Zabrakło sił… woli… wiedzy… zabrakło lat…

– To jest Bartek. A to Janusz.

– Cześć.

– Miło mi. Jesteś…? Zresztą później porozmawiamy…

– Prawda, że emanuje od niego jakaś cudowna aura?

– Jakaś na pewno… Ale czy cudowna to się jeszcze okaże…

– Och, ty sceptyku…

Kochałem tę dziewczynę… Ale i tak nie potrafiłem wyzbyć się wrażenia, że coś jest z nią, z nami, z tym wszystkim nie tak jak powinno… Niepewność i nierozsądek – to jedyne aury, które wyczuwałem z początku na spotkaniach u Janusza…

– Witajcie kochani… jedzenie i picie jest w kuchni, muzyka zaraz będzie, więc bawmy się…

Szczerze mówiąc – dla kogoś siedzącego za szybą ta impreza i inne tego typu mogły się wydawać normalnymi studenckimi prywatkami. Piwo, wino, muzyka, rozmowy, tańce… Zza szyby wszystko wyglądało całkiem przyjemnie….

– Janusz, opowiedz proszę Bartkowi na czym polegają nasze spotkania. Wytłumacz mu, że nie ma racji mówiąc, że jesteśmy “dziwni”.

– Ależ ja nigdy niczego takiego nie mówiłem.

– Nawet jeśli nie wprost, to można to było wyczytać z Twojej twarzy.

– To czytać z twarzy też potraficie, ha, ha?

– Och, nie nabijaj się – proszę…

– Dobrze, już posłucham jeśli Janusz oczywiście zechce mnie oświecić…

– Ależ oczywiście. Zresztą i tak miałem zacząć właśnie dyskusję. Tylko pamiętaj – ludzie, którzy tu przychodzą bazują może na tej samej podstawie, ale nie znaczy to, że wszyscy myślą i zachowują się tak samo… czy też nawet podobnie… Start bowiem ze wspólnego początku nie oznacza rozwoju i zmierzania ścieżką prowadzącą w jednym, z góry wyznaczonym przez gwiazdy kierunku. Ty też jeżeli uwierzysz i zrozumiesz, że mamy rację, podążysz być może w całkowicie inną stronę jednego ze światów… Porozmawiamy po dyskusji, jeśli się zgodzisz, gdyż chętnie się dowiem jak odbierzesz to co tu dzisiaj usłyszysz…

* * *

Na początku był porządek. Świat był dobry i prosty. Istoty zamieszkujące ów świat żyły w zdrowiu i zadowoleniu, spokój nieoceniony przewlekał kolejne dni na nici życia, a radość wielka panowała wszem i wobec.”

* * *

dzieciństwo…”

* * *

Janusz potrafił pięknie przemawiać… W każdej jego wypowiedzi wyczuwało się głębię, nutę drgającą od jednego do drugiego wnętrza, kontakt jaki się z nim nawiązywało był sam w sobie duchowym przeżyciem… Był świadectwem głoszonej prawdy…

* * *

Ostatnie dni dzieciństwa…

Nadchodzi jednak w końcu taki moment, kiedy nie można już patrzyć w dół i udawać że niebo nie istnieje, że skoro ma się nogi to znaczy, iż zostało się stworzonym do chodzenia…

Nadchodzi w końcu taki dzień w którym skrzydła stają się tak amoralnie olbrzymie, że niemożliwością staje się ignorowanie ich ziemskiej dysfunkcjonalności… skrzydła nie mogą służyć do chodzenia, gdyż są zbyt wiotkie i delikatne… a jednocześnie są mocne i potężne, więc czemuś służyć muszą…

stworzone do latania…

i ten jakże często opisywany przez miliony mnichów, kapłanów i poetów moment oderwania się od niewystarczającej matki – ziemi – w przestworza nowej cudownej przestrzeni – nowego świata…

skok w nieznane zawsze… a przynajmniej bardzo często… wiąże się z niepewnością, lękiem i wyzwaniem… ale jest ich wart – przełamanie skostniałych i przestarzałych struktur owocuje uczuciem pełni, jedności z całym wszechświatem życzeń i możliwości – jest niczym duchowy orgazm… osiągnięcie oświecenia… zrozumienie dowcipu…

skok – pierwszy skok…

nie oznacza jeszcze zrozumienia, a daje jedynie nikły zarys rozpościerającego się świata…

czeka na następny…

i napawa radością oczekiwania…

życia… wśród gwiazd”

* * *

Pamiętam innych… nowych… którzy przychodzili po raz pierwszy… i z dumą, pogardą i tak strasznie przeraźliwą dekadencją w oczach wypowiadali swoje żale – rzucali wyzwanie wierze Janusza – dla nich kolejnej, banalnej i nieskończenie idiotycznej próbie przezwyciężenia własnego losu… To był ich świat, którego nienawidzili, który kochali, którego bardzo się obawiali, a jednocześnie nie mogli się mu oprzeć, nie potrafili nic… Trudno byłoby nazwać ich życie wegetacją, gdyż nawet wbrew sobie czynili coś o czym większości nie dane będzie nawet usłyszeć – żyli w sobie… tworzyli… – tworzyli nowy świat, bez barier, bez granic… i jednocześnie bez oparć… Niektórym udało się znaleźć oparcie w domu Janusza… Ale czy…

* * *

Pamiętam jedną z ważnych chwil…

Przeżyłem właśnie kolejną noc, co powoli stawało się niewyobrażalnie nudne. Ileż w końcu można żyć. Miałem już ponad 21 lat, a jednak wciąż ciągnąłem ten wózek – nie wiadomo skąd ani dokąd, w jakim celu. Po prostu trwałem w niewyjaśnionym istnieniu i oczekiwałem z utęsknieniem końca tej wędrówki donikąd. Czyż tak wiele wymagałem prosząc o odpowiedź, którą powinienem był uzyskać zaraz po narodzinach. Byłem jednym z milionów błądzących w bezkresie możliwych prawd, którzy zagubieni w chaosie szukali pocieszenia w jedynym co im pozostało – życiu. Tak więc sprawdzałem co rano czy znów narodziłem się dla kolejnego dnia, kolejnej dawki uniesień i niepowodzeń. Nic mnie już nie mogło ucieszyć, bo straciłem jedyną naprawdę wartościową rzecz – niewinność niewiedzy. Od tamtego cholernego momentu przejścia z dzieciństwa w dorosłość stałem się jednym z tułaczy skazanych na wieczne cierpienie wiedzy. Jeżeli istnieje rzeczywiście piekło to ja właśnie się w nim znalazłem. Od tego czasu co ranek wstawałem z nadzieją, że dzisiaj uzyskam tę jedyną upragnioną – odpowiedź.”

* * *

Filozofia dekadencji i braku wiary tak bardzo kontrastowały z innymi głoszonymi przez Janusza prawdami… Młody idealista, który postradał zmysły, nie miał sobie równych, nikt nie był w stanie choćby na chwilkę zbliżyć się do jego poziomu umysłowości… Czyżby wszyscy pozostali byli zdrowi? O, co to, to nie… Wszyscy, którzy przychodzili na owe imprezy… Coś ich łączyło… Rozchwianie… Zaburzenie… Zdolność myślenia… Byli swego rodzaju elitą…

I w pewnym sensie dalej są…

* * *

A jacy byli po rozmowie z Januszem… To nie było normalne… Wszystko stawało się możliwe… Świat nie sprawiał problemów… Stawał się czymś zupełnie nowym… niejako obcym, a jednocześnie bardzo bliskim… Świat stawał się ich tymczasowym domem, który musieli posprzątać… Wielu bardzo było zawiedzionych tym co zobaczyli, kiedy zażyli niebieską pastylkę… Wielu bardzo się przeciw temu buntowało…

* * *

Istnieją na świecie tacy ludzie, którzy woleliby nie istnieć…

Janusz jest jednym z nich…

Ale nie dlatego, że jest mu źle… nie, z zupełnie innej przyczyny…

Ta historia… wydarzyła się dokładnie tam dokładnie wtedy, a zarazem dokładnie tu i dokładnie teraz… wydarzy się na pewno…

Janusz jest, a właściwie już, był całkiem przeciętnym przedstawicielem gatunku homo sapiens… tak by go przynajmniej skatalogowali, gdyby trafił do zoologów… Lekarze powiedzieliby człowiekiem, a on sam nazywał siebie… Dlaczego? A dlaczego nie… Nazywał tak zarówno siebie jak i swoich bliskich…

Dla większości z nas był przeciętnym chłopakiem, który w pewnym momencie stał się nieprzeciętny i założył własną, jak by to niektórzy określili, sektę… grupę, która dawała mu radość i poczucie bezpieczeństwa, sensu, istoty… Była całym jego światem… Choć oczywiście nie zawsze tak było… kiedy był mały biegał, skakał, grał w piłkę, uganiał się za dziewczynami i robił to co każdy dwu-, pięcio-, dziesięcio- i piętnastolatek… Ale zmienił się… a może po prostu dorósł… I z małego rozbrykanego chłopca stał się młodym filozofem, głęboko wierzącym w swoje przemyślenia…

To się mogło przydarzyć każdemu… ale przydarzyło się jemu… I jeszcze kilkunastu jego przyjaciołom…

Czymże bowiem była ich sekta? Tym czym każdy kościół… Próbą odpowiedzi na pytanie… odwieczne pytanie…

Czy znalazła odpowiedź?… Jej byli członkowie twierdzą, że nie… Ciała pozostałych ośmielają się natomiast twierdzić coś innego… Do końca wierzyli… Do końca mogli mieć rację… I wciąż mogą ją mieć… ale komu z nas chciałoby się to sprawdzać… Na pewno nie…

Prawda nieweryfikowalna… wiara… Każdego dnia przynajmniej kilka osób ginie z jej powodu… każdego dnia przynajmniej kilka zostaje poświęconych, każdego kilka zyskuje nowe, lepsze spojrzenie…

To dziwny fenomen towarzyszący człowiekowi w wędrówce z Chin poprzez ziemię egipską, aż do starożytnej krainy Montezumy… Tyle radości i cierpienia ile codziennie sprowadza wiara na swoich poddanych nie potrafiłby unieść żaden “święty” człowiek… Wiara daje i odbiera, nagradza i karze, a przede wszystkim przyjmuje… Wiara nikogo nie zmusza, jednak jej siła potężniejsza jest od siły samego ‚boga’… Czasami musi oddać pole, ale nie na długo, i rodzi się pod innym imieniem, w innym miejscu, wśród innych – nowych synów i córek… Od wieków jej siła została opisana milion razy, od tysiącleci przekaz ustny wtórował znakom od nieznanego boga… Od zarania dziejów nikt nie udowodnił, że jej teorie zgodne są z tak zwaną “prawdą obiektywną”…

Bo i któż miałby to zrobić? Jeden mały człowiek? Garść napalonych naukowców? Czy może milion rozsierdzonych armistów? Ani Hitler, ani Stalin, ani Einstein, ani Nobel, ani Janusz… W stosunku do wiary wszyscy byli równie bezsilni… każdy miał swój na nią pomysł… i pomysł każdego był szczerze mówiąc równie dobry z alogicznego punktu widzenia… tyle tylko, że ani logiką ani alogiką nie da się w jej kwestii niczego zdziałać…

Janusz był inny” powiedziała mi kiedyś o nim jego znajoma… “On wiedział”… o czymś czego nie umiała wytłumaczyć… “To nie była wiara, ale… <<oświecenie>>… o tak, to jest dobre słowo…” Oświecenie… Janusz był oświecony… ale już nie jest… czemu?… Zgodnie ze swoim oświeceniem, teraz jest żywy… Zgodnie ze swoim oświeceniem teraz się powtórnie narodził…

Janusz… nie żyje.

czytaj dalej – rozdział drugi