zwyczajne życie – rozdział 2

pobierz-pdf

ROZDZIAŁ 2.

gdzie wtedy byłeś? dlaczego? powiedz…

* * *

Spotkanie trwało do rana… Najpierw się bawiliśmy… Tańczyliśmy, skakaliśmy, śmialiśmy się, piliśmy przeróżne trunki… Później zaczęły się dyskusje… prowadzone do rana w większych i mniejszych grupkach… to zagrzewały to schładzały młode serca i chłonne umysły… Janusz prawie zupełnie jak wytrawny zbrojmistrz hartował swą broń – słowo…

Oczywiście zdarzali się sceptycy – jak ja, ale takich było niewielu i nie wytrzymywali do końca… albo rezygnowali i szli w siną dal “normalnego świata”, albo poddawali się i uznawali, że ten szaleniec ma w sobie to coś, co każdego potrafi przekonać, że świat… “to dwie pigułki… a od Ciebie zależy, którą wybierzesz… od Ciebie my ja on… wszystko…”.

Niewielu dorównywało mu w retoryce… A on, może nawet zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, jak antyczny wojownik prawdy, uczeń największych z opowiadań Platona, rozłożony na brudnoszarej sofie otulał się swoją kobietą i wśród ogólnego rozgardiaszu… nauczał… Tak to chyba należałoby nazwać… nauczał o swoich przodkach, o naszych wspólnych antecesorach, którzy od lat przeżywają te same katusze i te same uniesienia mącą ich umysły…

I wszyscy wiemy dlaczego… jasne, że wiemy… no czyż Ty nie wiesz… To nie szkodzi… zrozumiesz… wszystko w swoim czasie… to wiedza, która przyjdzie i rozjaśni zmarszczone czoło…

Zupełnie jak w sekcie… choć wtedy tak o tym nie myślałem… zupełnie jak na pogrzebie… własnym…

To nieprawda… Janusz taki nie był… nie wyobrażaj sobie nie wiadomo czego… To był dobry chłopak… Mądry, dobroduszny…

I miał to coś, czego mu wszyscy zazdrościli… Wierzył…

Nie jestem pewien czy mu zazdrościli… może… teraz już raczej nikt mu nie zazdrości…

* * *

Na czym polega moje podejście do życia? Moja wiara?… Wydaje mi się że na tym, aby powrócić do życia… wyleczyć się… Z czego?… z życia…”

* * *

– Bartek, obudź się. Czas się zbierać…

– Już?

– Już ósma…

Nie zdawałem sobie sprawy z tego jak długo wczoraj siedzieliśmy… Część ogólna skończyła się gdzieś koło czwartej, a później już tylko dyskusje… Krąg wtajemniczonych… Zupełnie jak w dzieciństwie, kiedy zbieraliśmy się w tej starej ruderze niedaleko Piotrka… Tyle tylko, że wtedy wymyślaliśmy plany podbicia świata, zdobycia fortuny i przeżycia najbardziej ekscytujących chwil, jakie tylko mogą się wykluć w umyśle nastolatków… Wczoraj rozmawialiśmy o problemach na świecie, systemie wartości, wierze, nauce, nieodmiennej władzy pieniądza nad ludzkimi odruchami i tym podobnych…

Kilka lat, a taka zmiana… Kiedy z dzieci staliśmy się starcami… To musiało nastąpić… Przecież nie mogliśmy przez całe życie biegać po ulicy z patykami krzycząc “poddaj się, policja”… nie mogliśmy wspindrywać się na najwyższą gałąź pobliskiej czereśni, żeby tylko dostać te najczerwieńsze owoce, te najlepsze – stworzone przez… boga… specjalnie dla nas…

Dziś nie ma już boga, i nie ma tamtej czereśni… Komuś najwyraźniej przeszkadzało i jedno i drugie… I jedno i drugie przestało dawać owoce, więc je wycieli…

Bóg był chyba ważnym impulsem sprowadzającym tych ludzi do Janusza. Większość z nich została przez niego oszukana – jak mówili, obiecywał im złote góry i wieczne życie… a otrzymali codzienność dorastania i smród śmierci…

Byli też tacy, którzy nigdy w niego nie wierzyli… przekonywani przez społeczeństwo nie mogli pojąć o jakim to genialnym stwórcy mówią z jednej strony Ci, którzy żebrzą na ulicy o kawałek chleba a z drugiej Ci, którzy wyrzucają do kosza cały bochenek, gdyż był już nie pierwszej świeżości…

Różne są ścieżki ludzkiego życia, nie dziwne więc, że i u Janusza spotkałem tak wiele podejść, tak wiele spojrzeń, tak wiele rozczarowań…

Połączyła ich wspólna wiara, że może być lepiej…

Szczerze mówiąc – wiara bardzo podobna do tej, z której zrezygnowali… Ale ich wiara… Sami ją stworzyli i sami uwierzyli, że to ma sens… Zdobyli ten upragniony sens istnienia o którym pisał Frankl… I po co?… Aby żyć.

Aby umrzeć.

* * *

Na świecie właśnie działo się coraz lepiej dla jednych, i oczywiście dla innych dużo gorzej… Jacyś fanatycy zabili jakiegoś bogu ducha winnego gangstera… Jacyś politycy wprowadzili nowy plan odnowienia rasy ludzkiej… Jacyś społecznicy kwestowali o dary dla bliskiego i dalekiego zachodu… Wszystko było normalne, przeciętne… zwykłe życie… a jak ktoś miał tego wszystkiego dość, mógł zawsze usiąść przed ekranem i włączyć sobie ulubiony serial, którego produkcję zakończono w poprzedniej dekadzie z powodu samobójstwa gwiazdy… plajty przedsiębiorstwa… flaków z olejem, które wyciekały z każdego odcinka…

Wsjo normalna” jak mawiali autochtoni dawnego systemu… “Wsjo normalna”… A jak miałoby być… System przecież trwa już od tysiącleci… Jeżeli komuś znudzi się polowanie na mamuty zawsze może usiąść przy ognisku i posłuchać bajań starego ślepca z sąsiedniej wioski… Jak się komuś znudzi życie najlepiej przenieść się tam, gdzie jedynym zagrożeniem jest złowroga mucha, która z głównego bohatera potrafi uczynić czarną plamę na stronie dwieście pięćdziesiątej siódmej…

* * *

– I jak ci się wczoraj podobało?

– Całkiem, całkiem… – a cóż miałem odpowiedzieć… przecież nie prawdę…

– I nie uważasz, że Janusz jest wspaniały? Że to co mówi…

– Tak… uważam… – choć mam mnóstwo wątpliwości…

– No widzisz, a tak byłeś sceptycznie nastawiony. Dziś poznasz Agatę i Jacka. Wczoraj nie mogli być, bo pomagali w kościele przy organizowaniu obiadu dla ubogich…

– W kościele? Ale, przecież Wasza wiara…

– Co z nią?

– Jest… zupełnie inna. To co usłyszałem wczoraj i to co pamiętam z kazań siostry Małgorzaty na katechezie w zerówce… Wiesz – to dwa różne światy.

– Tak. Ale co z tego… Ludzie są ludźmi… Bez względu na to w jakim żyją świecie to jednak ludzie…

– Ale jak to możliwe?

– Zobaczysz jak ich poznasz…

* * *

Anioły… Święci ludzie… Nigdy w nich nie wierzyłem. Pomagać innym, to bardzo szczytne, aczkolwiek coś jednak wewnątrz szepcze “nie rób tego”, “zostaw”… Skąd brali siłę?… Z wiary… Z wiary Janusza… Bez boga, bez sakramentów, a nawet bez dziękuję… Wystarczało im to co było… Wystarczali im ludzie…

Wiele się od nich nauczyłem… i szczerze mówiąc – ich chyba najbardziej będzie mi brakowało… Tak, poszli razem z nim… Ale dlaczego?!… Tyle czasu minęło, a jednak wielu z nich ciągle nie rozumiem…

* * *

Świat jest tylko pomostem… Prawdziwe życie czeka nas po śmierci… To co tu widzimy to świat. Nie, nie jest to złudzenie. To świat. Tu żyjemy, tu chorujemy, tu jemy i tu pijemy… Ale najlepsze jest to, że w końcu – po tym wszystkim – umieramy… Bez śmierci ten świat nie miałby sensu… Życie wieczne w miejscu takim jak to sprawiłoby, że czulibyśmy się źle, niespełnieni, niedojrzali… Śmierć przywraca równowagę, którą zachwiały narodziny… Śmierć prowadzi do życia…”…

I kto mu uwierzy? Komu uwierzy? Kiedy to wszystko usłyszałem po raz pierwszy nie byłem pewien kto stworzył te słowa, ten manifest śmierci i życia zarazem… Czy ten człowiek był w stanie to uczynić… “Wielki J.” jak by go nazwali dziennikarze… To wszystko było tak cholernie spójne i niepodważalne… Zupełnie jakbym słuchał wykładu Freuda na temat wędrujących organów…

Czy mam prawo odmówić słuszności tezom ujętym w manifeście? Mam… Czy mam siłę go obalić? Nie… nie mam i nigdy nie będę miał, ani ja, ani nikt z tych którzy nie zweryfikowali tej “chorej”, rzekłby niejeden, teorii…

Wiedział co robi… Nie był głupi… Co się takiego budzi w człowieku, że każe mu iść nad najbliższą skałę i szukać odrodzenia? Skacz chłopie, skacz… “za pierwszym razem nikomu się nie udaje…” Ale drugiego razu nie ma… i nigdy nie będzie…

Przecież to nie kaczka Dziwaczka, która nawet podana w pomarańczach może za moment wstać i zacząć biegać po stole tańcząc fokstrota…

– Ale czemu tak twierdzisz? Czy masz na to jakieś niepodważalne…

Filozoficzny bełkot… A dlaczego miałbym mieć? I w jakim celu? Czyż nie wystarczy płacz matki, albo zacięta mina ojca… ojca któremu nie wolno, który też nie ma dowodów, ale dowody nie są mu potrzebne… Na samym szczycie jest Mount Everest (Czomolungma, Qomolangma, Sagarmatha)… A co jest pod nim… dobrze wie…

* * *

młodość”

* * *

Wiesz, jest taki okres kiedy możesz wszystko… później przychodzi taki w którym spotykasz z drugiej strony ‘pana świat’… jeszcze później rodzi Ci się dziecko… i budzisz się z garstką siwych kłaków na głowie, jedną nogą w lepszym świecie i duszą – czymkolwiek by ona nie była – stojącą ciągle na baczność w tym samym miejscu w której spotkałeś tego ‘pana’… to jest bolesne… ale da się z tym żyć… w końcu teraz wiesz już, że wakacje na Bahamach, albo hamak w domu starców i tak czasu nie zawrócą… może trochę czasami, kiedy myślisz o tym wszystkim dręczą Cię znajomi z przeszłości, którzy przychodzą zaprosić na pokerka… na tamten świat… tylu ich było… wszyscy tacy jak Ty… z tym patykiem na boisku… w podartych spodniach na sobotniej potańcówce… w czapce na bakier przy grzańcu dyskutujący o nim… gotowi na spotkanie… gotowi bić się do upadłego za… i myślisz tylko “no, za co?… za co?”… i ona też tam została… pamiętasz, przecież kiedyś bardzo ją lubiłeś – nie odchodziła od Ciebie na krok… ale coś się stało… co?… wiesz… ale po co o tym mówić… dobrze wiesz… gdzie wtedy byłeś? dlaczego? powiedz… czemu dorosłeś i przejrzałeś w jednej sekundzie… czemu w chwili spotkania uciekłeś od niej… dobrze wiesz… musiałeś…”

* * *

– Poznaj Agatę. Agato, poznaj mojego przyjaciela. Wczoraj byliśmy razem u Janusza.

– Bartek. Miło mi.

– Cześć. Jacka jeszcze nie ma, bawi Zosię, ale zaraz powinien przyjść…

– Zosię?

– Naszą małą córeczkę…

Odniosłem wrażenie, że temat był drażliwy… więcej nie zapytałem… spotkałem ją kilka tygodni później… to była jednak krótka znajomość… wyjechała… wyjechała daleko… i nie wróci… ani do rodziców, ani do ludzkich rozmyślań… jedynymi świadkami jej istnienia byli bowiem ludzie, którzy teraz żyją już tylko w mojej głowie…

Gdzie wtedy byłeś? Dlaczego? Powiedz…

czytaj dalej – rozdział trzeci