zwyczajne życie – rozdział 5

pobierz-pdf

ROZDZIAŁ 5.

Oni wszyscy byli specyficzni. Kiedyś miałem znajomego, który potrafił dyskutować na każdy temat i na każdy temat miał swoje zdanie. Jak się później okazało – był umierający. Czy on czuł co się dzieje? Czy człowiek, który umiera otrzymuje cząstkę całej mądrości wszechświata? Czy zawsze pod koniec… Właśnie – jak się człowiek czuje pod koniec…

Może to dlatego Janusz miał tak wiele do powiedzenia. Może jego teoria ma sens i… To straszne – on mógłby mieć rację.

Nawet dziś nie jestem w stanie sprzeciwić się temu “nawiedzonemu chłopcu”… Nawet dziś.

* * *

– Na początku był plemnik i komórka jajowa, a z nich powstało nowe dziwne życie…

Kiedy już wszystko zanegujesz i nic na tym świecie nie pozostanie dla ciebie świętością w końcu narodzisz się znowu do życia.

Połącz się ze światem, w którym żyjesz. Połącz się ze światem, którym jesteś. Zajrzyj w głąb ludzkiego umysłu a odkryjesz chaos własnego istnienia.

* * *

– Sokrates wypowiedział kiedyś znamienne zdanie, które z biegiem lat zyskało sobie rzesze sympatyków. Powiedział on: „Wiem, że nic nie wiem”. A jeżeli to nawet nie on użył tego zwrotu – nic to. Kolejne pokolenia tak bowiem przyzwyczaiły się przypisywać mu ową sentencję, że myślę, iż nikt z Was się nie pogniewa jeżeli i ja mu ją przypiszę… Nawet jeśli nie będzie to zgodne z prawdą.

I wtedy się wszystko zaczęło. Kiedy Sokrates odszedł już na zasłużoną „emeryturę” przejął po nim pałeczkę Platon, następnie Arystoteles i tak dalej, i dalej, aż do dziś kiedy to żyją sobie w różnych miejscach świata filozofowie twierdzący, że podstawową wiedzą, którą posiedli jest ta, że nic nie wiedzą… I na tym właśnie polega ich błąd.

Mądrzy ludzie błąkający się po ogrodach abstrakcji naiwnie wierzący, że ich mistrz nie prowadzi ich na manowce poszli za nim. A kiedy doszli do ostatniej ściany zielonego labiryntu zatrzymali się i przestali myśleć. Przecież tu miały być drzwi do lepszego świata wszelkiej wiedzy… Przecież obliczenia wskazały… Przecież mistrz…

Niestety niczego nie znaleźli za tamtą ścianą – nie było tam ukrytych drzwi. Ktoś się po prostu pomylił. Ale kto? Rzesze kontynuatorów, rzesze intelektualistów podążające wspólną ścieżką prowadzącą do edenu wiedzy? Kto?

Mistrz.

Popełnił błąd. Uwierzył, że ma prawo wydawać jakikolwiek sąd na temat własnej wiedzy bądź niewiedzy. Uwierzył, że skoro zdaje mu się, że nie wie – to jedno właśnie wie. Tymczasem nawet tego nie wiedział. Miał rację – nie wiedział nic. Nie mógł jednak tego wiedzieć. Choć wielu twierdzi, że uwierzyć znaczy poznać.

Wiara.

Potomkowie pierwszego kolonizatora niewiedzy starali się jak i on poznać ziarnko prawdy. Chcieli również uznać, że jest coś niepodważalnego, jest coś w co nie będzie trzeba wierzyć, coś zwane podstawą aprioryczną. Metodyczni sceptycy i tysiące innych dochodzili do coraz to wymyślniejszych fenomenów, zgodnie z którymi wierzyli w apeiron, idee, cogito, etc. Miliony domorosłych filozofów zgadzało się z nowymi mistrzami lub też uznawało, że nie mają oni racji. Wielu pogubiwszy się w tej gmatwaninie „mysłów” i „pomyśli” odeszło od poszukiwania istoty. Doszli do wniosku, że ktoś tu postawił zupełnie błędne pytanie. Zmienili więc pytanie i dalej gonili szczątki mistycznej prawdy transcendentu. Nikt chyba jednak nie doszedł do żadnego konstruktywnego skonkretyzowania. Zmiana pytania nie pomogła wiernym kościoła prawdy absolutnej. Niewierni bowiem wewnątrz swego domu szukać musieli tego co tak bliskie duszy każdego sześciolatka w parku. Dlaczego mamo? Każdy wciąż zadaje to samo pytanie bez względu na to jakiego wyznania rodzice jego i najbliższych grono.

Ale nie o tym…

Zostawmy filozofów filozofom. Zajmijmy się sobą. Wiarą, nadzieją, nauką…

Każdy z nas w coś wierzy – jeden w dobro, drugi w zło, jeden w Boga, drugi w szatana, trzeci powie, że stoi na zewnątrz i nie jemu decydować o tych sprawach. Uwierzyć, że można stać na zewnątrz jest bardzo piękną wiarą, ale wciąż tylko wiarą, a każda wiara może stać się fałszem.

* * *

– Odrzućcie wszystko. Chodźcie za mną – te słowa z kolei przypisuje się innemu z mędrców. Nie jest jednak ani łatwe ani przyjemne zrezygnować z całości swego dotychczasowego życia – przyznać, że mogło się trwać przez ileś kolejnych lat w błędzie. Ciężko jest popatrzyć wstecz i stwierdzić – no tak, nie miałem racji, powinienem posłuchać przyjaciela, rodziców, wewnętrznego głosu. I nie ważne z której strony tak zwanej barykady człowiek się znajduje – czy po stronie „odrzucających wiarę przodków”, czy też „trwających w zastanej wierze”. Wiara zaś nie dotyczy jedynie tak błahych problemów jak dobro i zło, ale także podstawowych według niektórych pytań: skąd, dokąd, dlaczego, kim? Zrozumienie niektórych prawd, jeżeli takowe istnieją, jest co najmniej trudne dla dzisiejszego człowieka – może on jedynie uwierzyć, że jest tak lub inaczej. Może również odrzucić wszelką wiarę i trwać w przekonaniu, że i tak nigdy się tego przecież nie dowie. Może też wiecznie szukać. Jest kilka rozwiązań, a każde ma swoje plusy i minusy. Żadne nie jest lepsze… A może…

Kiedy człowiek wszystko już zaneguje staje na pustyni nie wiedząc nawet czy to on stoi i czy istnieje pustynia na której właśnie się znajduje. Nie ma nic pewnego. Nie ma też nic co by go ograniczało. I ten właśnie moment jest przełomowy – w tym momencie może on stwierdzić, że skoro niczego pewnego nie ma na tym świecie nie ma po co żyć. Może jednak także stwierdzić, że skoro jest teraz całkowicie wolny, bo odrzucił wszelkie myśli zarówno cudze jak i własne, odrzucił wszelkie prawdy – może w takim razie stworzyć nową prawdę, w którą uwierzy. Po co? Właściwie nie wiem, chyba po to żeby mu się lepiej żyło… Nie warto? Być może. Ale jest coś co warto wtedy uczynić – popatrzyć na siebie. Zazwyczaj człowiek bowiem nie jest w stanie odrzucić wszystkiego – wierzy przynajmniej w to że odrzuca, albo w to, że odczuwa, wierzy, że czuje się źle lub dobrze. I może to jest właśnie granica. Może to jest prawda. Mędrzec powiada „zdaje mi się, że widzę”, lecz tak naprawdę to zdaje mi się, że czuję. Samo widzenie lub niewidzenie jest nieistotne, gdyż wzrok (nawet wzrok duszy) może nas mylić. Ale uczucie? Uczucie oczywiście też może nas mylić, ale jest dla nas ważniejsze. To że widzę lub nie, nie sprawia mi bólu… To że czuję sprawia mi ból. Lub przyjemność.

* * *

– Zanegowanie wszystkiego daje możliwość nieskrępowanego wyboru. Niewielu jednak udaje się odrzucić naprawdę wszystko. Zanegowanie wszystkiego sprawia, że człowiek czuje się bardzo samotny. Ale człowiek nie neguje zazwyczaj własnych odczuć – przyznaje im prawo istnienia. Dojść na sam koniec…

Po zanegowaniu wszystkiego nie ma już nawet odczuć. Nie ma nic…

Czy można powrócić ze ścieżki negacji?

Tylko zrozumienie własnej niczym nieograniczonej wolności może ocalić człowieka przed jego wyborami. Każdy wybór jest co prawda równy wobec świata, ale… Czy jest równy wobec wybierającego?… Nieważne. Ale czy jest on całkowicie wolny. Człowiek, który neguje zazwyczaj poszukuje wolności, całkowitej wolności i ostatniej granicy. Człowiek, który neguje jest zazwyczaj dużo bardziej wolny niż przeciętny człowiek, ale nieprzygotowany do takiej wolności nie wie co ma czynić, gdzie iść…

* * *

– Patos.

Wolność, która rozpościera swe skrzydła przed każdym, który zechce jedynie wyciągnąć ramiona w dążeniu do prawdy, ułudy bądź wyraźnego fałszu staje się siostrą, matką lub przyjaciółką. Przedstawia swoje powaby, które niejednego i niejedną mogą sprowadzić na manowce… (prawdy? życia? świata?)

* * *

– Umysł ludzki to przedziwny fenomen. Łączy w sobie dwa tak skrajne żywioły, a mimo wszystko udaje mu się funkcjonować w otaczającym go świecie z w miarę pozytywnymi efektami. Człowiek popychany przez siły destrukcji i konstrukcji w coraz to dalsze obszary wszechświata, balansując na krawędzi życia i śmierci, zastanawiając się (lub nie) o cóż do cholery chodziło jego stwórcy – śmieje się i płacze przez wszystkie lata swej chwilowej egzystencji poddając się wykluczającym – zdawać by się mogło – uczuciom i ciągle trwa. Minutę, godzinę, chwilę, ale jednak trwa. Kiedy zaś już przeminie przychodzi kolejny podobny mu agnostyk, ateista, deista lub nihilista i powiela jego sukcesy i porażki z zadziwiającym poczuciem odrębności, inności, wyjątkowości. I tak historia powtarza się od wieków. Każdy dorzuca jednak coś nowego co sprawia, że nie trwamy w miejscu. Trwamy w czasie… Zmieniamy się w czasie…

I to jest chyba piękne…

Każdy z autochtonów zamieszkujących tę małą zieloną planetę jest inny. A jednak wszyscy składają się w sumie z tego samego. Każdy robi co innego, a jednak wszyscy pragną tego samego. Każdy w coś wierzy…

Najpiękniejszy banał wszechświata – każdy w coś wierzy… A jednak, ileż w nim prawdy.

Bez względu na to kim jest – każdy w coś wierzy. Zarówno teista jak i ateista, materialista i idealista, nihilista, komunista, postmodernista – każdy z osobna i wszyscy razem. Mogą się oczywiście nie zgadzać w sprawach ideologicznych, ale jednak jest jakaś wspólna płaszczyzna, która sprowadza ich do tego samego poziomu. Wierzą, że kiedy dorzucą cukru do herbaty – będzie słodsza; wierzą, że bardziej smakuje im łosoś w pomarańczach niż karp w galarecie; wierzą, że po zimie następuje wiosna. Wierzą w naprawdę dużo wspólnych prawd.

I to jest piękne…

Piękne, że każdy może tutaj wierzyć w coś innego, a jednak wszyscy wierzą w to samo. Piękne, że istnieje tyle prawd spośród których kolejne pokolenia mogą wybierać to co dla nich jest najodpowiedniejsze. Piękne, że nikt nie odkrył jeszcze tej najprawdziwszej prawdy i wszyscy się błąkają. Choć może tę najważniejszą każdy poznał jeszcze zanim się narodził…

I Ty, i ja – również należymy do rasy wierzących. W co? Zapewne w coś innego, ale… Jesteśmy ludźmi. Przede wszystkim ludźmi. Jeszcze zanim samookreśliliśmy się jako mężczyzna lub kobieta, student lub licealista, profesor albo żul, gangster lub arcybiskup – ktoś nadał nam znamię człowieczeństwa. Czy był to bóg, czy matka natura – to w gruncie rzeczy nie jest tak istotne. Jesteśmy ludźmi. I to jest nasza wspólna płaszczyzna. We wszystkim innym możemy się nie zgodzić oprócz tego jednego. A właściwie inaczej – również w tym możemy się nie zgodzić, ale cóż to w gruncie rzeczy zmienia. I tak będzie to tylko wiara. I jak każda wiara – dla osób z zewnątrz wyda się ona jedynie przejawem ignorancji. „Wierzysz, że jesteś człowiekiem? Przespałeś chyba lekcję historii najnowszej.”

Najcenniejszą sprawnością jaką człowiek w tej mierze może osiągnąć jest zrozumienie własnej ignorancji. I Twoja wiara i moja tyle samo warte. A ignorancja nasza równa sobie wzajem.

Radość zaś czerpać z tego powinniśmy, że w takim razie wiarę swoją zmieniać możemy do woli. Lecz oczywiście nie jest to ani łatwe, ani przyjemne. A w wielu przypadkach nawet niewskazane.

Ludzkie życie – bezcelowy rząd zmian, którym możemy kierować w każdym obranym kierunku. Żaden kierunek nie jest ani lepszy, ani gorszy; mądrzejszy ani głupszy; słuszniejszy lub mniej słuszny, sprawiedliwszy lub mniej sprawiedliwy. Czy wybierzesz życie pod mostem czy w dzielnicy willowej, czy postanowisz pomagać czy przeszkadzać ludzkości – nie zmienisz faktu bycia człowiekiem. I nie staniesz się gorszy czy lepszy dzięki swoim wyborom. W czymże bowiem jest lepszy ten który wierzy, że zielony kolor bardziej pasuje do białego płaszcza, od tego, który z równie silnym przekonaniem twierdzi, że właściwszym byłby naprawdę czerwony. Niczym się także nie różnią od tego, który stwierdził, że nie ma i nie będzie płaszcza białego na ziemi. Kto rozsądzi abstrahując od swej własnej wiary czyj sąd słuszniejszy w tym sporze.

I tak wciąż płynie życie…

Aż do śmierci… Przynajmniej taki jest jeden z poglądów. Śmierć jest tam końcem, smutnym epitafium. Ale to jest bardzo smutna wiara, którą można zastąpić inną.

* * *

– Bo właściwie kto powiedział, że po śmierci nic nie ma – ludzie. Tacy jak ja, może również tacy jak Ty, którzy po prostu w to uwierzyli. Ale oni niekoniecznie mieli rację. Mogli się mylić – jak to ludzie.

* * *

– Życie może być piękne jeżeli tylko takim je uczynimy. A z tymi, którzy musieli na chwilę wyjechać gdzieś dalej kiedyś się jeszcze spotkamy. Kiedy i gdzie tego nie wiem, ale wierzę, że kiedyś to nastąpi.

* * *

– Na początku było dzieciństwo – wspaniały okres, w którym człowiek nie miał praktycznie żadnych większych problemów. A dokładniej… problemy jego były na jego miarę. Mały człowiek – małe problemy… Oczywiście, subiektywnie na to patrząc to nie całkiem tak…

Na początku człowiek był ograniczony przez swoje ciało, które nie poruszało się tak jak człowiek mu proponował. Byli też rodzice, którzy mówili co wolno, a czego nie wolno. I to było piękne w pewien sposób – patrząc z późniejszej perspektywy.

Później nadszedł okres pierwszych buntów – pierwszych łamanych barier – pierwszych pokonywanych przepaści. Dążenie do wolności w tym okresie przesłaniało cały ograniczony świat. Każdego dnia pojawiały się nowe – fascynujące granice, które należało przekroczyć. Człowiek nie musiał zastanawiać się nad tym co będzie kiedy złamie już wszystkie możliwe zabezpieczenia, kiedy wyzwoli się spod jarzma wszelkich istniejących ograniczeń. Świat był wtedy bowiem czymś tak cudownie nowym, tak zapraszającym do poznania… To były piękne czasy…

Niestety w pewnym momencie musiał w końcu (a może niekoniecznie) nadejść moment, w którym ostatnie więzy zostaną odrzucone, moment w którym człowiek stanie się całkowicie wolny. Niewielu jest na to rzeczywiście i dobrze przygotowanych. Większość bowiem przez dotychczasowe życie czuło się ograniczonych i cały czas poświęcało na zdobywanie owych kolejnych szczytów, kolejnych sukcesów. Przez to, że byli ograniczeni, ich świat był w jakiś sposób zorganizowany, nikt nie potrzebował się zastanawiać co by było gdyby, gdyż to co było wystarczało. Można powiedzieć człowiek ograniczony jest szczęśliwy, bo jest zakotwiczony. Posiada jakieś wartości, ideały, cele życiowe. Są sprawy do których jeszcze nie dorósł i które może jeszcze rozwiązać. Natomiast w chwili zbliżenia się do jednej z ostatnich krawędzi wolności jego życie zaczyna się dziwnie zmieniać…

Dla wielu przełamywanie barier stało się sposobem na życie. Powody? Uznali, że człowiek powinien gdzieś dojść i że to co zaoferował im świat jest niewystarczające.

Po osiągnięciu pewnego poziomu wolności człowiek zaczyna zauważać możliwość negacji pewnych stałych, wartości, pewnych „oczywistych prawd”. Negując je kroczy ścieżką Sokratesa, Platona, Kartezjusza, Hume’a i kolejnych filozofów poszukujących. Coraz więcej sfer życia dotychczas tak pięknie ułożonego staje się niepewne, możliwe, ale nie konieczne. Świat zaczyna się powoli rozmywać. Taka wizja może przerazić. Człowiek, który znajdzie się na takim etapie zapewne odczuwa coraz większy strach związany z odrzuceniem ostatniej możliwej alternatywy. „Wiem, że nic nie wiem” (a nawet tego nie wiem) nie jest wcale łatwym i przyjemnym sposobem na życie dla człowieka, który wychowany został w świecie i dla świata. Tymczasem teraz sam sobie ten świat odbiera – neguje całokształt osiągnięć nie tylko swoich, ale także całego gatunku ludzkiego. To naprawdę nie jest przyjemne.

W tym momencie człowiek staje właśnie na krawędzi wolności całkowitej. Stąd też prowadzi dalej kilka możliwych do wyboru ścieżek. Tu pojawiają się również pytania o sens istnienia – te same, które u innych, ale jednak w zupełnie innym wymiarze. Dla niektórych pytanie o sens jest wyborem spośród wielu możliwości, dla człowieka stojącego nad krawędzią jest to pytanie przekraczające dotychczasowe osiągnięcia ludzkości. Teraz człowiek szuka znowu jakiejś podstawy, jakiegoś dawno utraconego sensu, jakiejś prawdy. Tu zaczynają rodzić się myśli filozoficzne i zagubione. Tu jest ostatnia krawędź. Człowiek stoi sam na sam przed wyborem pomiędzy nicością a sensem, brakiem a wartością. Tu człowiek zaczyna zauważać, że całkowita wolność oznacza również całkowitą pustkę, niebyt, nicość, negację. Jeżeli wolność jest tak nieograniczona to mogę wszystko, ale co w takim razie warto robić, do czego warto dążyć, po co żyć? Takie i inne pytania błąkają się nad ową ostatnią przepaścią i napadają znienacka turystów, którzy przybyli tam nieświadomi zagrożenia płynącego z wnętrza tej głębiny. Wielu w tym momencie traci zmysły, całkowicie gubi się w swojej wolności i nie ma zielonego pojęcia co ma dalej uczynić. Niestety nie stoi tam zazwyczaj żaden mędrzec, który mógłby wskazać prawidłową drogę. A nawet gdyby stał – człowiek, który tam się już znalazł nie byłby w stanie go wysłuchać. Przecież mędrca też można zanegować.

Całkowita wolność daje możliwość negacji wszystkiego. Człowiek, który ją otrzymał nie jest w stanie znieść jej ogromu, siły. Zazwyczaj bowiem jest jeszcze dzieckiem na drodze rozwoju, jest młody i nie ma zielonego pojęcia o tym jak odpowiednio mógłby wykorzystać osiągniętą wiedzę. Całkowita wolność wzbudza nieprzejednany strach i lęk przed samą sobą. Zagubiony mały człowieczek krzyczy wtedy dokoła, ale nikt go nie słyszy, gdyż wszystkich i wszystko już zanegował, odrzucił. Pytania „gdzie jest wyjście? którędy mam iść? dokąd?” nie uzyskują żądanych odpowiedzi. Prośba o wskazanie ścieżki, sensu i wartości nie zostaje wysłuchana…

W tym momencie należy się na chwilę zatrzymać. Usiąść i odpocząć. Wysłuchać wszystkich swoich myśli i postarać się je zrozumieć. Tylko w ten sposób odnajdzie się właściwą drogę.

A co można usłyszeć? Po pierwsze owo tak znane wszystkim pytanie o sens istnienia. Kołata się ono po naszej głowie i nie daje ani spać, ani normalnie funkcjonować. Dlaczego właśnie to pytanie? Skąd ono się wzięło i do czego jest nam potrzebne?

Całkowita wolność oznacza brak sensu. Człowiek natomiast przyzwyczajony do swojego małego świata sensu i bezsensu nie może się z tym pogodzić. Bo skoro utraci sens, cóż mu pozostanie? Człowiek, który zawsze pragnął odrzucenia wszelkich możliwych granic teraz nagle panicznie zaczyna ich szukać. Potrzebuje granic, aby pozostać sobą, aby nie czuć tego przerażającego lęku, który wzbudza w nim całkowita zmiana dotychczasowego życia. Człowiek ten nie jest wolny i częściowo nie chce nim być. Ale boi się przyznać przed samym sobą, że ogarnął go lęk. Woli krzyczeć i szukać sensu niż zaglądnąć w głąb siebie. Lęk, który się tu pojawia jest czasami tak silny, że ludzie wybierają zamiast bycia wolnym zniewolenie wolnością.

Człowiek zniewolony wolnością potrzebuje granic i tworzy je gdzie mu się tylko uda. Człowiek zniewolony wolnością w momencie kiedy ujrzy jakąś granicę musi ją pokonać, musi zdobyć ten kolejny szczyt, albo osiągnąć kolejne dno. Lęk przed wolnością nie pozwala mu odrzucić żadnej możliwości przekraczania. Człowiek taki ma duże szanse osiągnięcia najwyższych szczytów kariery i władzy, ale może też osiągnąć najgłębsze dno. Jedno od drugiego niewiele się różni gdyż człowiek ten nie jest wolny i nie może się takim stać dopóki nie zrozumie dlaczego jest taki jaki jest. To gdzie się znajdzie zależy od tego skąd zaczynał, jakie możliwości dało mu społeczeństwo…

Zawrócenie z raz obranej ścieżki… Jest bardzo ciężkie. Bez względu na to czy jest to ścieżka sukcesu czy porażki, „dobra” czy „zła”. Cholernie trudno jest powiedzieć samemu sobie „słuchaj stary przez te naście, bądź dzieścia lat byłeś w błędzie. Zawróć teraz i idź nową ścieżką, nie tą którą wcześniej wybrałeś, a tą którą wybierasz teraz”. Oj, to nigdy nie jest proste. Dlatego większe szanse mają Ci, którzy jeszcze za daleko nie zaszli. Ale nic to…

Jedną ze ścieżek prowadzących znad ostatniej przepaści jest ścieżka prowadząca do wolności. Kiedy wybierze się wolność nadejdzie zrozumienie.

Sens nie jest potrzebny. A przynajmniej sens, który mogą zaoferować inni. Kiedy jesteś wolny zauważasz cały świat z wszystkimi jego możliwościami. Widzisz wszelkie zbudowane przez innych ścieżki i rozumiesz, które zostały z jakiego powodu zbudowane. Teraz możesz skorzystać z każdej z wypracowanych już strategii, ale możesz też stworzyć swoją własną. Możesz stworzyć własne wartości, możesz wytyczyć nową ścieżkę. W tym momencie sens przestaje Ci być potrzebny, gdyż sens zdobyty w sposób niewolny jest jedynie ucieczką, jest związaniem, utrzymaniem starego porządku i chwilowego spokoju ducha za cenę wolności. Wolność natomiast, choć rzeczywiście z początku straszna i ogromna zaczyna w Twoich rękach kształtować się tak jak sobie tego zażyczysz.

Kiedy zdobędziesz się na całkowitą wolność stajesz się na nowo niemowlęciem, które poznaje nowy, cudowny świat do którego właśnie weszło. Tym razem był to jednak Twój wybór. Sam wybrałeś, że chcesz się narodzić dla wolności. I to był bardzo piękny wybór. Kiedy spojrzysz na świat, który się przed Tobą rozpościera zauważysz jego ogrom. Nie bój się go. To jest właśnie wszechświat możliwości. Każdy Twój krok – udany lub nie – będzie krokiem do wiedzy, do osiągnięcia sprawności w poruszaniu się w tym nowym świecie. Można powiedzieć, ze uczucie którego doznasz będzie czymś transcendentnym. Już nigdy nie będzie tak jak dawniej.

Każdy Twój wybór w nowym świecie będzie dobry, każdy będzie właściwy, każdy będzie wolny, każdy będzie Twój. Możliwe, że na początku nie uda ci się objąć rozumem tej całej wolności – kieruj się więc uczuciem. Wybierz to co uznasz za odpowiednie właśnie dla Ciebie. Może to być skok z mostu lub pomoc bliźniemu. Teraz to już nie jest ważne co wybierzesz.

A sens? Jaki jest sens życia gdy wszystko wolno? Nie ma sensu. Sens jest potrzebny do opanowania świata dziecięcego, sens jest potrzebny kiedy się obawiasz. Sens jest naleciałością kulturową naszych czasów. Nikt przecież nigdy nie powiedział, że sens jest najwyższą mądrością. A nawet jeśli ktoś tak powiedział – to przecież ludzie już wiele razy się mylili.

Podstawą po przekroczeniu kolejnej ostatniej granicy jest wolność. Teraz nie musisz już niczego negować. Możesz, ale nie musisz. Granice, które teraz się pojawią staną się dla Ciebie całkowicie przekraczalne. Zrozumiesz, że możesz znaleźć się po obu ich stronach jeśli tylko tego zapragniesz. Zrozumiesz, że nie musisz przekraczać wszystkiego co napotkasz, nie musisz łamać barier. Teraz sam wybierasz co chcesz, a czego nie chcesz robić. Wybór nie określa ciebie, tylko Ty określasz wybór. Jesteś wolny.

Oczywiście możesz teraz powiedzieć, że to wszystko co tu usłyszałeś nie ma sensu. I może masz rację. Pamiętaj – każdy może się mylić – i ja i Ty.

W pewnym momencie sam stworzysz swój sens, swoje życie szczęśliwe lub nie, swoje wybory wolne lub nie. Od Ciebie tylko zależy kiedy i jak to uczynisz.

Na początku była miłość dwojga ludzi a z niej powstało nowe dziwne życie…

* * *

– I co o tym myślisz?

– Proszę? – wyrwała mnie z jakiegoś dziwnego otępienia wywołanego słuchaniem niezrozumiałego wywodu Janusza.

– Prawda, że to mądre? Ja zgadzam się z tym całkowicie.

– Tak. – chciałem zapytać z czym, ale wiedziałem, że pytanie to było bez sensu. Nawet bowiem gdybym uzyskał odpowiedź nie mógłbym się do niej ustosunkować, gdyż od połowy przemowy znalazłem się we własnym świecie – stare przemyślenia, które budziły się na nowo. Kwiat po raz kolejny wyłaniający się spod śniegu. Coś się zmieniało. Nie wiedziałem co, ale przerażało mnie to i fascynowało zarazem.

– Bartek! Co z tobą? Halo!

– Tak?

– Odpłynąłeś.

– Ja? A, tak. Przepraszam. Zamyśliłem się nad tym…

– Dobra, widzę że nie należy Ci teraz przeszkadzać. Ziarenko trafiło na podatny grunt.

– Aha… nie, tak tylko… – oby tylko nie za bardzo, muszę przyznać, że cholernie się obawiałem siły Janusza. Długość jego monologów sprawiała, że większość słuchających po godzinie przestawała się zastanawiać nad tym co mówi, a jedynie chłonęła treści, które sączyły się z jego jakże pięknych opowieści…

Czy mam prawo oceniać to co się tam działo? Chyba tak… Przecież nawet Janusz dał mi do tego prawo…

czytaj dalej – rozdział szósty