zwyczajne życie – rozdział przedostatni

pobierz-pdf

ROZDZIAŁ PRZEDOSTATNI.

Niektóre jego opowieści były jeszcze bardziej zakręcone od innych. Niby metaforycznie, niby poprzez siłę skojarzeń mieliśmy się uczyć… Może też stylizował się trochę na wypowiedziach wielkich z poprzednich pokoleń…

* * *

Ostatni krok Barnabiusza…

Biegł najszybciej jak mógł w jakimś dziwnym szale, niczym opętany przez złego ducha… Kiedy na niego patrzyli, on tylko chował głowę w kołnierz płaszcza i jeszcze mocniej zagryzając zęby udawał się na spotkanie przeznaczenia…

Wydawało się, że sytuacja jest bez wyjścia, ale niektórzy obserwatorzy mieli jeszcze nikłą nadzieję, iż to wszystko okaże się tylko złym snem, że za chwilę Barnabiusz zatrzyma się i powie “żartowałem… nie bójcie się – ja wcale nie zamierzam skakać… przecież nie jestem taki głupi…”

Ale Barnabiusz coraz bardziej zacięty w swoim postanowieniu nie mógł już zrezygnować z podjętej próby… choć rozum podpowiadał mu, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż popełnia właśnie największy… i zarazem ostatni błąd w swoim życiu… Niestety było już za późno. Słowo się rzekło jak mawiają niektórzy i Barnabiusz nie mógł się wycofać…

W ostatniej chwili – tuż przed przepaścią spojrzał jeszcze na Euzebę… Było to zaledwie przelotne spojrzenie, ale jakże wiele mówiło… Jakiż smutek wypływał z jej oczu, nie był to bunt przeciw niesprawiedliwości wszechświata, nie była to złość czy wściekłość na Barnabiusza, który podjął wyzwanie, nie była to nawet niemoc… Był to czysty, najczystszy na świecie smutek pogodzenia się z czymś czego bardzo się nie chce, co można przerwać, ale w imię miłości, przyjaźni, czy też innej zasady, rezygnuje się z własnego „ja” na rzecz tej drugiej osoby… Smutek przywiązania i zrozumienia jego wolności.

Nic chyba nie mogło bardziej zaboleć Barnabiusza…

Jeszcze mocniej zapragnął, aby to wszystko się już skończyło… aby nigdy więcej nie ujrzeć tych oczu, które milcząco opłakiwały jego przyszłą śmierć, aby swoim skokiem uczcić te oczy… i aby dać świadectwo wolności umysłu… panowania umysłu nad ciałem…

Turyści, gdyż tak można ich nazwać, którzy przyszli zobaczyć jak młody Barnabiusz zmaga się z niedoścignionym marzeniem, które albo przysporzy mu sławy, albo zapewni niekończący się upadek na sam spód świata… a przynajmniej przepaści. Turyści, których Barnabiusz zobaczył, nie byli smutni… Byli raczej zdziwieni – nigdy w życiu nie przeszło im przez myśl, że można spróbować przełamać najbardziej podstawową zasadę fizyczną… Niemniej jednak w świetle faktów jakimi właśnie byli raczeni, nie mogli już dłużej udawać, że nie ma na świecie “wariatów i wizjonerów” – i jedni i drudzy są trudni dla otoczenia, i jedni i drudzy wprowadzają zamęt w spokojne życie turystów.

Barnabiusz wiedział, że gdy skoczy i nie uda się mu… Teraz już zupełnie nie wierzył w powodzenie swojej misji oderwania się od ziemi, do której z każdej strony przybity jest co najmniej tysiącem gwoździ… Wiedział, że gdy już upadnie – w umysłach tych ludzi ma szansę przetrwać, podlać kiełkujące być może, a być może dawno zapomniane – przysypane ziemią – ziarenko szaleństwa, buntu wobec zastanych reguł, zastanowienia nad apriorycznością sądów czysto aposteriorycznych.

Turyści napawali Barnabiusza optymizmem, bo przecież “nie wszystek umrze”. Przetrwa… tyle tylko, że nie będzie mógł się z tego cieszyć…

Ostatnie trzy kroki…

Smutne oczy Euzeby spotkały się jeszcze raz z szaleństwem Barnabiusza…

Dwa kroki…

Pierwsza łza spłynęła po jej policzkach…

Ostatni krok… … … …

Trwał sekundę, a może minutę, godzinę, rok lub całą wieczność…

Barnabiusz… Euzeba… Turyści…

Zatrzymał się…

Zatrzymał się czas? Czy to tylko krzyk Euzeby i ostatni krok Barnabiusza? “Skoczy kiedy indziej?” “Jeszcze nie czas?…”

* * *

Dłoń Euzeby

Euzeba podniosła swoją dłoń do góry i spojrzała na nią… Przez chwilę milczała… chyba nie za bardzo wiedziała co można, bądź wypada, powiedzieć w takiej sytuacji…

– Patrz, Barnabiuszu. To moja dłoń.

Barnabiusz równie zdziwiony jak zakłopotany tym jakże banalnym stwierdzeniem, po sekundzie zastanowienia wybąkał:

– Piękna… Bardzo mi się podoba.

Nie wiedział biedaczyna jak daleko od przemyśleń Euzeby padł jego strzał. Można powiedzieć – tak jakby trafił na Księżyc wybierając się na Słońce…

Dłoń Euzeby była bowiem nie tylko piękna, jak zresztą słusznie zauważył Barnabiusz, ale także nadzwyczajnie interesująca z punktu widzenia fizyki…

Euzeba zobaczyła dłoń… Spojrzała głębiej, dłużej, intensywniej… i zobaczyła pory na skórze… żyły… poszczególne tkanki… przebiegające neurony… przepływającą krew… szeregi aminokwasów… setki tysięcy milionów cząsteczek cukrów… miliardy milionów atomów tlenu, wodoru, węgla, azotu, żelaza… i wciąż patrzyła…

– Patrz Barnabiuszu. To moja dłoń.

– Piękna… Bardzo mi się podoba.

Spojrzała głębiej i zauważyła fotony i leptony, kwarki i antykwarki… i wciąż patrzyła…

W pewnym momencie nie widziała nic… świat realny, tzw. materialny przestał istnieć – nie mogła już zaczepić oka na żadnym składniku swojej ręki… a przecież ona tam była… i była piękna…

Zobaczyła jak świat zaczyna fluktuować, jak teoria chaosu przeobraża się w rzeczywistości jej dłoni… Była bliska płaczu… i śmiechu jednocześnie…

Ale proces postępował…

– Patrz Barnabiuszu…

– Piękna…

– To moja ręka…

– To moje nogi…

– To mój brzuch…

– To moje piersi…

– To moja szyja…

– Piękna… Naprawdę mi się podoba…

Już go nie słyszała. Przestała istnieć, choć on wciąż ją widział, choć wciąż nieśmiało komplementował jej ciało, choć wciąż słuchał jej głosu, którego nie było… bo jak mógł być skoro nie było właścicielki…

A głos, którego nie było wciąż i wciąż powtarzał co do niego należy… co jest nim… z czego się składa… Tyle tylko, że sam już w to nie wierzył…

– Patrz… – mówił głos, który nic nie widział, gdyż stał się tym co widzi i widziane jednocześnie – niewidzialnym odbiciem…

Euzeba jeszcze przez chwilę trwała w niebycie własnego ciała, w łączności z tym co niektórzy nazywają pramaterią, odwieczną zasadą wszechświata… ale trwała tylko po to, aby za moment znów zasnąć… i śnić o swojej szyi, nodze, dłoni…

Gdyby nie usnęła, Barnabiusz nie zaznałby nigdy więcej piękna rozmów, dyskusji i dywagacji swojej Euzeby… A ona nie zaznałaby niepewnych, acz za każdym razem trafniejszych odpowiedzi swego Barnabiusza…

Musiała usnąć, gdyż Barnabiusz – część świata którego nie było – był jej częścią…

Część niebytu była niebytu częścią…

Następnego dnia Euzeba znów zaczęła zastanawiać się nad swoim światem.

Tym razem dużo szybciej wpadła w wir fal i fluktuacji subatomowych kwantów świata widzialnego. I znów zniknęła, ale tym razem Barnabiusz był razem z nią. Stali się jednym gdyż być czymś innym nie mogli – zbyt wiele ich łączyło… Te same tkanki, te same atomy… Ich ciała znalazły się w tak bliskiej okolicy, że wymiana wszelkich substancji tworzących niemal natychmiast połączyła umysły nieistniejących. A On patrząc przez wielki mikroskop zauważył, że ciężko byłoby oddzielić gdzie on się kończy a ona zaczyna… więc pozostawił ich w spokoju, stwierdziwszy tylko, że teraz są jednym.

Barnabiusz-Euzeba Euzeba-Barnabiusz nie mogli pojąć co się stało – stało się przecież niemożliwe, a jednak się stało…

Świat, który dane im było oglądać na zawsze oddziałał na ich psychikę… a przecież i tak w końcu zasnęli do normalnego życia, w którym znów byli tylko Euzebą i Barnabiuszem.

Jak wygląda tamten świat – ten prawdziwy?

Nie wygląda – jest w nim tak jak opisują: wszystko i nic – jest jedność… ale jest również wyjątkowość, gdyż jedność w miejscu i czasie jest tylko częścią jedności, która pomimo tego, że całą jest jednością, jest jednak jedynie jej częścią…

Nie wiedząc czemu działo się to wszystko oboje byli trochę zasmuceni, godzili się mimo tego na to co zastali, gdyż wiedzieli że jest to tylko chwila…

Barnabiusz i Euzeba nie mogli być… a może mogli…

Nabrani przez świat, nabici w butelkę przez wyznawców snów i rzeczywistości, z których i jedni i drudzy namawiali do wstąpienia do jednego ze światów i całkowitej rezygnacji z drugiego… Wiedzieli, że to nie ma sensu… Jakże bowiem ktoś kto był tam i tu mógłby powiedzieć, że ten albo tamten jest lepszy – że istnieją dwa światy, gdy przecież jest tylko jeden.

Dwie strony tej samej monety, dwa zbliżenia tego samego mikroskopu, dwa zdania – ogólniejsze i bardziej szczegółowe, dwa spojrzenia – z prawej i z lewej strony. Dwa… a może trzy…

Rezygnować? Nie leżało w ich naturze – świat był zbyt wszędobylski, by zdecydować się na zaledwie częściowe jego spostrzeganie…

A jednak zdawali sobie sprawę, że mimo całych swoich starań – nie pozostaje im nic innego jak rezygnować z tego co nie do pomyślenia – z nieistniejącego… czymkolwiek by ono nie było…

* * *

W tajemniczej łodzi

Była już ciemna noc gdy postanowili zakończyć tradycyjną zabawę z okazji święta Małego Panka. Na stole dogorywały ogarki świec, talerze błyszczały denkami w oczekiwaniu na kolejne posiłki, które nigdy nie miały nadejść, a w kącie miotły już szykowały się do tańców ze świtaniem… One jedne wiedziały, że koniec imprezy nadchodzi i że już niedługo będą mogły wkroczyć na parkiet i pokazać swoje umiejętności…

Na dworze migocące gwiazdy zalotnie zapraszały rozbawionych gości do nadmorskiego spaceru. Szum morza wzywał wszystkich nocnych rozbitków na brzeg do wysłuchania pieśni starych wilków morskich, wtulenia się w siebie nawzajem i oddania się pod władanie nieustającej szanty odpływu.

Jutro wszystko będzie wyglądało inaczej, ludzie powrócą do swoich obowiązków, zwierzęta ponownie oddalą się na zasłużony odpoczynek, i tylko morze, niczym stary wierny sługa nadal będzie wzywało nad swój brzeg…

Wielka Niedźwiedzica. Krzyż Południa. Koń. Koza.

Całe gwiaździste niebo patrzyło jak Euzeba z Barnabiuszem i kilkunastoma innymi przyjaciółmi śpiewają o starych czasach, o swoich przodkach, o najbliższych którzy już odeszli i tych którzy jeszcze się nie narodzili. W ich głosie słychać było na przemian smutek, żal, radość, nadzieję, zgodę na świat i bunt przeciw niemu…

Ktoś kiedyś powiedział, że wszystko się zmienia i dąży do zmian kolejnych – nic nie dąży do homeostazy… ale słuchając pieśni młodych gniewnych, którzy pogodzili się już z latami które minęły ciężko pogodzić się z myślą, że nie ma na świecie miejsca, w którym spokój i cisza ukoiłyby życia tysięcy… Ciężko się z tym pogodzić…

Myśl biegnie powoli do brzegu znad morza, myśl słucha mijanych fal, gdzie jesteś najmilsza, gdzie pływasz kochany, gdy ja czekam tu, wiecznie trwam…”

Każdy z nich miał kogoś z kim chciałby się pożegnać, kogoś komu przy ostatnim rozstaniu powiedział “do widzenia, do jutra”, ale jutro nie nadeszło… Każde z nich w duszy opłakiwało stracony czas zmarnowany na zbędne kłótnie o brudny stół, nie zamiecioną podłogę, rozbity talerz, czy przykre słowo. Każde z nich posiadało tę przeraźliwą pewność (niczym nie uzasadnioną), że już nigdy więcej, razem, wspólnie czy nawet osobno – nigdy nie dane im będzie się śmiać…

Była już ciemna noc kiedy zaczęli płakać… Być może pod wpływem nocy, morza, wypitych trunków… a być może po prostu coś w nich pękło… Jak co rok… W wieczór Panka zawsze ktoś pęka i kolejna skała staje się miękką gliną – zdatną do kształtowania. Żadne z nich nie sprzeciwiało się łzom płynącym wprost z serca. Wiedzieli, że taka jest kolej rzeczy i że następnego dnia znów przepoi ich radość.

Czasami trzeba sobie popłakać” mówiła prawda Małego Panka. Mały Panek był bowiem symbolem wielkiego zrozumienia dla małych prawd. Za życia był skrytym, uczynnym bożkiem – niczym dobry duszek. Zawsze pomagał, nigdy nie odmawiał, nigdy też nie starał się osiągać rzeczy wielkich, gdyż wiedział, że nie ma to najmniejszego sensu. Cała radość pochodziła z tego co miał blisko siebie, z drobnych uczynków i drobnych szczęść. Panek widział wielu większych od siebie, butnych i ambitnych bożków, którzy starali się posiąść wiedzę i umiejętności. Widział i rozumiał, gdyż oni po prostu źle się czuli nie wiedząc gdzie są i po co żyją. Wielcy próbowali odpowiedzieć na pytania nad wyraz istotne, ale zapominali o innych istotnych pytaniach. Czy oczekiwane odpowiedzi warte są poświęcenia? Wielu zapatrzonych w swoje misje życiowe Panów powiedziałoby, że jak najbardziej, ale on wiedział, że to tylko połowiczna prawda, półprawda lub nawet żadna prawda. Bez względu bowiem na to jakie są te najważniejsze pytania i równie najważniejsze odpowiedzi – jedno się nie zmieniało – pytający. Zawsze był ktoś kto pyta… I ten ktoś był dla Panka ważniejszy od samych pytań… Dziś znany jest cały wykład Panka dotyczący podstaw leżących u pytań: “Co możesz zrobić ze swoim pytaniem, ze swoją odpowiedzią? Czy możesz z nimi porozmawiać, poczuć się blisko z nimi związany, wypłakać się w ich ramiona? Czy odpowiedzi i pytania sprawią że staniesz się kimś bardziej “panowatym”? Co zrobisz kiedy odnajdziesz odpowiedź na ostatnie pytanie? Czy wtedy będzie więcej niż teraz? Co jest dla Ciebie najważniejsze? Dlaczego szukasz odpowiedzi? Czy mówi Ci coś stwierdzenie “bieg do mety”? Czy przez przypadek nie chcesz za wszelką cenę osiągnąć mety? Ale co wtedy? Jeśli to naprawdę będzie meta, co zrobisz później kiedy już nic nie będzie? Czy Twoje życie jest dla Ciebie coś warte? Czy to co się teraz dzieje jest ważne? Kiedy już staniesz się jednością ze wszystkim i wszystko zrozumiesz, co wtedy? Czym jest doskonałość do której dążysz?”

Co roku wszyscy uczestnicy uczty Małego Panka zastanawiają się nad tymi pytaniami. I co roku dochodzą do wniosku, że nic im nie wróci dzisiejszego dnia, który właśnie się kończy… I że właśnie dlatego powinni wykorzystać ten dzień na zabawę, na radość bycia z bliskimi, z przyjaciółmi… na radość i smutek, smutek niebycia z tymi którzy odeszli, których nie ma i którzy już nie przeżyją święta Małego Panka… Ale smutek, który przechodzi, gdyż taka jest natura świata w którym żyją, że nie ma takiego powodu, który mógłby wymuszać wieczny smutek na jakimkolwiek Panu.

Barnabiusz i Euzeba dobrze wiedzieli, że choć dziś są razem jutro mogą już nie być, choć dziś są wśród przyjaciół, jutro mogą już nie być… ale wiedzieli też, że choć czasem nie są wśród przyjaciół… Nie wiedzieli jak odpowiedzieć na to pytanie. Nadeszła bowiem pora smutku… Smutek ten, był przejściowy – z czego zdawali sobie dobrze sprawę, i godzili się na niego… wiedząc, że już jutro nadejdzie nowa radość… wiedząc, że radość może się czaić za każdym rogiem – wystarczy ją tylko wypatrzyć…

Ale na razie byli smutni…

Cóż złego w smutku?” “cóż dobrego w radości?” “cóż obojętnego w obojętności?”

Przeczekali…

A już w klika godzin później te same pytania, które pamiętali przecież, miały zupełnie inny wydźwięk… Zniknął smutek, pozostały tylko pytania… A radość i spokój, które zajęły miejsce żalu pozwoliły im spojrzeć na swoje problemy zupełnie, ale to całkowicie inaczej…

Świat, który rozciągał się przed nimi nie był już światem przyjaciół, którzy odeszli, niespełnionych marzeń i przedwczesnych pożegnań… Ten świat epatował szczęściem… Nie zmieniły się fakty – przyjaciół nie było, zmieniło się uczucie… A może zmieniły się również fakty…

Może przyjaciele na nowo się pojawili w myślach, wspomnieniach, może marzenia wciąż czekały na swój czas…

Świat po święcie Małego Panka zawsze stawał się jakby piękniejszy, bogatszy w nadzieję i serdeczne spojrzenie, zrozumienie bez zasmucenia… Zasmucenie bowiem jak zauważył przed wiekami Panek przemija… “i nie ma związku z tym co się rzeczywiście wydarza – zasmucenie jest cechą naszych organizmów, a nie świata otaczającego, jest jak sen, jak głód, jak zmęczenie nóg po długiej wędrówce, jest chwilowe… i dlatego nie należy się przed nim bronić, nie należy szukać wytłumaczenia we wszechświecie spraw, które tłumaczy nasza bytność na tym świecie… Radość, która także jest stanem też przemija i też wraca… Prawdziwą wartością natomiast jest samo życie – smutne czy radosne – to nie istotne… ale jeżeli pojmie się naturę życia – stanie się ono w pewnym sensie radośniejsze… zrozumienie sprowadzi inną radość, spokój ducha, który pozwoli kontrolować to co ważne… zrozumienie pozwoli zapomnieć o radości i smutku, pozwoli zacząć zupełnie nowe życie… w zupełnie nowym świecie”…

I znowu nastał dzień… I znów słońce zaprosiło swoich przyjaciół do wspólnej wędrówki… mądrzejszych o rady Panka…

* * *

Pamiętam jedną z ostatnich rozmów, które przeprowadziliśmy z Januszem. Siedząc na jednej z ławek w parku… już nie pamiętam na której… upijaliśmy się dyskusją na temat początku i końca tego świata, na temat wartości doczesnych i ponadczasowych. Mówiliśmy o wojnie, o bogu, o ludziach, o tych których kochamy i tych których nienawidzimy… Pamiętam swoje zdziwienie, gdy usłyszałem, że nawet Janusz nienawidzi. Wspomniał o Mateuszu… i o jego przyjacielu. Był smutny, że Mateo (tak go zdrobniale nazywał w chwilach ojcowskiego rozczulenia) wdał się w kontakty z tym człowiekiem, którego uznawał za uosobienie Zła. Myślałem, że w jego ideologii nie ma miejsca na Zło, że uważa, iż Świat jest ponad tym… A jednak wierzył w Zło. Czym ono było? Chyba ingerencją. Janusz nienawidził “głośnych i napastliwych”, którzy narzucają swoje ideały nieświadomym ludziom.

Oczywiście pierwszym moim pytaniem było, czy nie widzi sprzeczności w swoich słowach i czynach… Może nie powinienem był o to pytać…

* * *

– Zastanawiałeś się kiedyś kim jesteś?

– Czasami… często…

– Ja właściwie zastanawiam się nad tym cały czas. Gdybym tylko mógł znaleźć odpowiedź moje życie zyskało by pełnię i wieczność.

* * *

– Czy jestem bytem, który skoncentrował się na tym, aby być człowiekiem i skoncentrował się tak bardzo, że nie potrafi wyjść poza tę „MYŚL”?

Czy też jestem człowiekiem, który ma możliwość zdobycia pewnej umiejętności łączenia się ze wszechświatem, ale możliwość tę ma tylko dlatego, że urodził się z kobiety i mężczyzny i to jest jego podstawą?

Czy też jestem skupiskiem energii, które stało się człowiekiem, ale może przekształcić się w coś innego jeśli zajdą odpowiednie okoliczności?

Czy jestem świadomym bytem, który został człowiekiem – czy przypadkowym skupiskiem energii, która może się przekształcić dzięki temu, że osiągnęła jako człowiek samoświadomość?

Czy zanim byłem człowiekiem byłem „istotą” – bytem myślącym, czy też jest to zasługa mego „człowieczeństwa” – narodzin jako człowieka?

Czy wreszcie byt ludzki jest najwyższym z możliwych do osiągnięcia przeze mnie bytów, czy też jest gdzieś na drabinie czy może na samym dole?

Czy mogę wybierać czy chcę być człowiekiem?

Czy też jestem na człowieczeństwo „skazany”?

Czy jestem na cokolwiek skazany? Czy jestem całkowicie wolny?

Jako kto dążę tam gdzie dążę (jako człowiek, bóg, przypadkowe skupisko, idee, wiązka koncentrująca)?

Czy jestem bytem – odrębnym od pozostałych, czy też po prostu innym spojrzeniem na tę samą rzeczywistość?

* * *

– Ziarenko piasku.

Wszystko odbija się w ziarenku piasku.

* * *

– Czy rzeczywistość jest taka malutka i jedna, że nie ma bytów ludzkich, tylko to co my nazywamy bytami jest spojrzeniem z innej strony, pod innym kątem na tę rzeczywistość?

Rzeczywistość = ziarenko.

* * *

– Czy istnieje możliwość odpowiedzenia na te pytania?

Jeśli tak to jaka to możliwość – co trzeba zrobić by odpowiedzieć?

Kto może to uczynić?

I czy warto?

Czy warto poznać prawdę?

I jak ma się do tego zwyczajne ludzkie życie?

Czy warto poświęcić całe życie by szukać tej jednej odpowiedzi?

Co jest ważniejsze?

Co jest wartością? Wartościowe?

Hierarchia wartości…

Ale kto tę hierarchę ustala – ja: byt, człowiek, skupisko, przypadek?

Kim jestem ja, który ustalam co dla mnie jest wartością?

Czy wartości mogą się zmieniać w moim życiu wraz z dorastaniem?

Na ile mogę być ich pewny i pewny w ogóle, odpowiedzi których udzielam, które odnajduję?

Czy mogę mieć różne hierarchie w zależności od tego czy postrzegam się jako byt, człowiek, idea?

Czy mogę być i bytem i człowiekiem i bogiem i skupiskiem?

Kim jestem? podstawowe pytanie ludzkości…

* * *

Czy znalazł odpowiedź?

Chyba tak… Czy dobrą? A kto może się pokusić o jakiekolwiek stwierdzenie w tej kwestii?

Myślę, że był szczęśliwy kiedy umierał… Może.

* * *

– Kultura, tradycja, wiedza, wiara, przesądy, etc. Tysiące zastanych przez nas sytuacji. Od narodzin do śmierci. Zawsze zapośredniczeni. Zawsze zakorzenieni. Zawsze wolni… w granicach wiary. Wiary w boga, wiary w ludzi, wiary w siebie, wiary w dobro lub zło. Zawsze.

Spoglądam na świat przez szybę… złudzeń i wyobrażeń. Spoglądam i wierzę, że to ja… Że to ja spoglądam na ten cały świat za oknem… Że to naprawdę jestem ja… Niestety… już w to nie wierzę.

Zazdroszczę ludziom, którzy nie zastanawiają się nad najgłupszymi pytaniami istnienia – najgłupszymi, a jednak najbardziej cenionymi. Filozoficznymi. Egzystencjalnymi. nymi, nymi, nymi. Skąd pochodzimy? Dokąd zmierzamy? Kim jesteśmy? Gdzie jesteśmy? Czy jesteśmy? Po co jesteśmy? Jacy jesteśmy? Zazdroszczę, choć nie wiem czy znalazłbym tego, któremu mógłbym zazdrościć. A jeżeli bym go nawet znalazł – to czy wtedy też bym mu tak zazdrościł…

Temat rzeka – z wiecznym i odwiecznym źródłem nieokreśloności. A może to tylko złudzenie. Może wszystkie odpowiedzi leżą przed nami na srebrnej tacy… tylko my – za bardzo zadufani w swojej błogiej niewiedzy i „nieupragnieniu” mądrości twierdzimy, że odpowiedzi tych… na których najbardziej nam przecież zależy… nigdy nie uzyskamy. Bezsensowny świat sensu bezsensu ma jakiś jednak urok, jakiś sens… mizerny… Ale wystarczający, stwarzający pozory zbawienia. Pozwalający dotrwać do pierwszego… Do pierwszego mleczaka. Do pierwszego dnia w szkole. I do pierwszej miłości. I do pierwszej mądrości. Do pierwszego orgazmu. Do pierwszego marazmu. Do oznaki starości. Do ostatniej słabości. Do pierwszego oddechu… za bramą.

Bez sensu… Kwitnący bez „sensu”. Bez „sensu bezsensu”. Piękny jest jego kwiat.

Ale nie o tym chciałem…

Zastanawiałem się kiedyś nad tym jak wygląda świat. Do niczego nie doszedłem, ale stworzyłem sobie na własny użytek pewną wizję. Wizja ta pomogła mi faktycznie przeżyć kilka lat w miłym stanie spełnienia. Niestety – „nic nie jest wieczne”. Moja wizja po pewnym czasie umarła śmiercią tragiczną – pamiętam, to była letnia czerwcowa noc. Brak snu owej nocy okazał się nad wyraz szkodliwy. Wystarczyła chwila nieuwagi – i znalazłem się po drugiej stronie. Moje życie po raz kolejny stanęło na głowie, a ja nic nie mogłem na to poradzić. Przerażająca myśl, która wykluła się z niewinnej zabawy w skojarzenia sprowokowała lawinę nieokrzesanego zwątpienia. Tysiące przeinaczeń, wypaczeń, syntez i antytez przewalając się z łoskotem przez moją małą, niewinną główkę, przez tyciutki umysł – spowodowało niepowetowane straty dla mojego intelektu. Zaburzenie całego dotychczasowego systemu wartości było zaledwie początkiem spełnienia się apokalipsy. Dziś wspominam z rozrzewnieniem tamtą noc, która wtedy graniczna, dziś wydaje mi się jedynie delikatnym powiewem nicości. Przez następne kilka lat umysł mój miliony razy pokonywał przepaści absurdu skacząc nieświadom w coraz większą pustkę. Chaos stał się bratem siostry myśli, a świat dalekim kuzynem od dawna nie widzianym na oczy.

Ale to wszystko dziś jest już tylko przeszłością.

W kilka lat po owej pamiętnej nocy, pierwszy raz od wieczności uwierzyłem, że świat jest jednak piękny. Na swój specyficzny i czasami chory sposób, ale jednak piękny.

Dlaczego zacząłem w to znowu wierzyć? Otóż dlatego, że doszedłem nad ostatnią krawędź, którą bynajmniej nie jest śmierć jak się to większości wydaje, doszedłem i postanowiłem zawrócić. Pierwszy raz w życiu nie skoczyłem. Uznałem, że nie warto. Zobaczyłem. Już wiem co jest za tą przepaścią, za granicą pomiędzy wiedzą a niewiedzą. Tam jest… Nie, hmm, nie mogę tego powiedzieć. Tam jest niewypowiedziane… Tam jest prawda…, ale prawda jest tutaj. Skok nie miałby najmniejszego sensu… ponieważ już tam skoczyłem… Nie skacząc – skoczyłem. Jednocześnie znalazłem się po dwóch stronach przepaści. Nie jak zawsze, albo tu albo tam. Ja byłem, jestem, i już zawsze będę i tu i tam. Mistycy nazwaliby to transcendentnym złączeniem z Wszechbytem – ja mówię, że jest to ostateczne złączenie z Nicością. Lecz oczywiście Nicość ta nie oznacza tego, za co uchodzi wśród ludzi. Nicość jest drugą stroną Wszechności. Dualizm jest formą Istności. Abstrakcja. Zrozumienie. Iluzja. Prawda. Mądrość. I tysiące innych – wszystkie. A jednocześnie żadna z nich. Czas i bezczas. Byt i niebyt. Prawda i fałsz. To wszystko dwie strony tej samej monety. Materia i antymateria. Korpuskuła i fala. Świat. Przepaść.

Wyobraź sobie czterowymiarową czasoprzestrzeń, w której nie ma ani czasu, ani przestrzeni; ani dobra, ani zła; miłości, ani nienawiści. „Świat” poza dobrem i złem.

Wyobraź sobie „świat”, którego jedynym ograniczeniem jest brak ograniczeń, a jednocześnie niczym nieograniczone ograniczenie. To Ty. Jesteś tym „światem”. Zapomnij o tym co podpowiada Ci Twój umysł, zapomnij o całej wiedzy, kulturze, wierze, przesądach i tradycji. Istnieje tylko to co pragniesz, żeby istniało. Nie ma ograniczeń. Są ograniczenia. To Ty.

Jeżeli chcesz kochać – kochaj; jeżeli wybierasz nienawiść – nienawidź; jeżeli wybierasz, że nie będziesz wybierać – nie wybieraj. Cokolwiek uczynisz – wszystko jest bez znaczenia. Cokolwiek uczynisz – wszystko staje się znaczeniem samym w sobie. Czyniąc nie czynisz. Nie czyniąc czynisz. Jesteś po obu stronach jednocześnie. Masz tyle lat ile pragniesz, a jednocześnie pragniesz mieć tyle lat ile masz. Jesteś jednocześnie dzieckiem i starcem, mężczyzną i kobietą, Wszystkim i Niczym, Sobą i Innymi. Oni też są Tobą. Wszyscy jesteście. Nikogo z Was nie ma. Czysta forma. Czysta treść.

Abstrakcja.

Ale nie o tym chciałem…

Spróbuj sobie wyobrazić swoje czyny wobec czynów „wszechświata”. Twoje „ja” nie istnieje z punktu widzenia „materii” wyższej. Niektórzy nazywają go bogiem, inni wielkim duchem, a tak naprawdę nikt z nich nie ma racji. Nikt z nich nie widział go, nikt go nie zobaczy. Jego nie ma. On. Po prostu On. Ani tu, ani teraz, ani jest, ani nie ma. Po prostu On. To. Patrząc z Tego punktu widzenia – Ciebie nie ma. Nikogo nie ma. To więc co czynisz nie istnieje, a jednocześnie nie przeminie. Będzie trwało na wieki w swojej nieistności. Będzie „Świat”.

Wychowanie. W kulturze, tradycji, wierze, wiedzy, prawdzie. Korzystaj z tego co poznałeś, ale nie ograniczaj się tym. Za każdym razem kiedy coś uczynisz zastanów się co uczyniłeś. I nie zadowalaj się odpowiedzią. Pytaj i szukaj dalej. Nic nie znajdziesz. Bo nigdy niczego nie zgubiłeś. Jesteś mądrością. Jesteś uczuciem. Jesteś.

Wyszedł rano. Tego poranka zdarzyło się coś o czym pamiętał przez całe swoje dotychczasowe życie. Dziś poznał swoją pamięć. Przyszłość przeszłości stała się teraźniejszością. Wszyscy mówili później o nim – ten który…

Ostatni klucz. Zdobył. Więcej kluczy zdobywać nie musiał. Więcej krawędzi po drodze nie spotkał. A ta ostatnia była także pierwszą.

Życie z wszystkimi kluczami jest nie do zniesienia dla kogoś kto dostał je przedwcześnie. Wiedza… Za dużo jej…

Większość ludzi twierdzi, że jest jakaś prawda. Każdy z nich ma jakąś wizję owej prawdy, ale żaden nie zbliża się do niej nawet na milimetr. Kilka osób twierdzi, że nie ma obiektywnej prawdy, że coś takiego nie ma prawa istnieć. Oni też nie zbliżają się do owej prawdy. Jeszcze inni twierdzą, że nawet jeśli prawda istnieje i tak jej nigdy nie poznamy, więc nawet nie warto szukać – można sobie stworzyć własną. Są i tacy, którzy twierdzą, że już poznaliśmy prawdę, lecz przestraszyliśmy się i uciekliśmy. Wszyscy zaś którzy szukają, bądź myślą na ten temat są ludźmi. Czy jednak aby na pewno? A tak w ogóle – to czy dylemat prawdy istnieje naprawdę, czy to pojęcie ma jakieś znaczenie? Czy warto poświęcić życie „kochając naukę”, czyli innymi słowy szukając prawdy od rana do nocy. W jakim celu? Czy warto za to umierać? Niektórzy pragną tej prawdy tak bardzo, że wierząc, iż kiedyś poznają ją pewnie – wybierają przepaść, kolejną, martwą, lecz niepewną wiecznie. Zapożyczeni przez życie na moment – sami zwracają to co otrzymali, tłumacząc sobie to drogą wolności i ceną prawdy, którą poznać pragną. I to ich wybór. Lecz nie jest on wolny. Kultura, wiedza, nauka, tradycja – wciąż ich krępują, więc gdy wybierają są ciągle ludźmi i ludzki ich wybór. Dla „świata”…

Jakiej odpowiedzi Wy wszyscy szukacie? Po co? W jakim celu? I w co wierzycie? I dokąd zmierzacie? Skąd tu przybyli jesteście – spragnieni? Mądrości?

Nie znalazłem odpowiedzi. Ale ciągle wspominam tamtą letnią noc. Była naprawdę piękna. I choć przyniosła, co przynieść musiała – mnóstwo radości także z sobą wiodła. Niestety tylko chwile owe cudne zbyt rzadko słodzą ciągłe walki z prawdą. A tamta przepaść wcale nie ostatnia. Bo postostatnia już się pojawiła…

* * *

Czy był świrem? A może mistykiem? Jakże bowiem niedaleko przebiega granica…

* * *

wszystko już zostało powiedziane… teraz pozostaje życie… życie i mówienie to jedno… życie i życie to zupełnie co innego…

* * *

każdego dnia mogę okazać się za słaby by „temu” sprostać… Ale każdego dnia mogę okazać się wystarczająco silny… A każdego następnego mogę spróbować raz jeszcze…

* * *

nie wszystkie odpowiedzi są we mnie drogi Sokratesie. Niektóre z nich są w innych ludziach.

* * *

„zapraszam na wycieczkę w ogrody szaleństwa” powiedział mistrz do ucznia. „Zapraszam na wycieczkę do normalności” odrzekł na to uczeń i zamienili się miejscami…

* * *

kiedy osiągniesz już wszystko… radość mogą ci sprawić tylko rzeczy małe… kiedy zostaniesz bogiem, będziesz się mógł cieszyć tylko z codzienności…

* * *

wiedzieć, znaczy mieć o sobie wysokie mniemanie… wierzyć, znaczy zdawać sobie sprawę z bycia jedynie człowiekiem… i aż człowiekiem…

* * *

już dawno dorośli, dojrzali. Z dnia na dzień mądrzejsi o nowe doświadczenia. Z dnia na dzień napotykamy nowe, z którymi uczymy się dawać sobie radę. Wiecznie z nadzieją, że prowadzi to do upragnionego celu…

* * *

potrzeba sensu życia w pewnym momencie życia staje się bardzo sensowną potrzebą…

* * *

nadejdzie w końcu taki dzień, w którym ściana się nie cofnie. Nadejdzie kiedyś moment odpowiedzi na pytania „Profesora”… Właściwie… ten dzień już nadszedł. Zawsze bowiem „dziś” zdajemy egzamin…

* * *

początki i końce… końce i początki… a życie trwa… to właśnie życie – wieczne trwanie od początku do końca… poprzez początki i końce… końce i początki… poprzez trwanie do wieczności…

czytaj dalej – rozdział ostatni